środa, 27 października 2010
151.
każda sekunda roztrwoniona myślą o bezdźwięcznych wargach ucieka razem z oddechem podrażniając ślepia nieba. zdjęcie podrywa ciało niczym gromadę czarnych kruków wzbijających się do lotu.
obumarłe ciało ułożone do snu, ciężki oddech i sen tłumiony nieustającym bojem wspomnień, migawki wszystkich chwil, które tworzą sklejoną obietnice złamaną milczeniem. tak więc zmęczenie nie pozwala zasnąć, obce ciało w celi rzęs, co kraty rwie szarpiąc firankę wieczoru.
chyba wiem czemu nie lubię prostych ulic tego miasta, czemu w koło słucham tej samej muzyki i oglądam te same filmy, czemu głuche ściany zrywają tamy błogości zajętego umysłu, czemu coraz bardziej plugawię cały ten rozgardiasz zebrany w jednym miejscu, w którym przyszło mi sapać przy niemiarowości oddechu torpedowanego kolejnym rozczarowaniem i kolejnym samotnym stukotem klawisza.
któregoś dnia opowiem ci o dziewczynce, która płakała. o dziewczynce, która zawsze płacze.
od dzisiaj będę uśmiechać się dla nikogo.
wtorek, 26 października 2010
150.
codziennie rano przekręcam drzwi zostawiając za nimi rozlane miasto, te wszystkie kobiety i mężczyzn, którzy jeszcze śpią, ludzi rozrywających poranną mgłę i wdychających ją zaspanymi nozdrzami, świeżo zakorkowane ulice, to wszystko, co oglądam przez okno. przekręcam je dużym kluczem, z rowkowatymi wgłębieniami, o którym czasem myślę, że wyrwał się z jakiejś baśni, żeby potem móc przesiąknąć wonią mojej dłoni niezdarnie kręcącej nim w lewą stronę. zjeżdżam windą z czternastego piętra, przyglądając się ciemnemu odbiciu swojego ciała, w którym pulsuje jeszcze sen.
popołudnia mijają marudnie, obślizgłe zawistną ciszą albo cuchnące fetorem dnia wczorajszego.
wieczorem siadam z magdaleną na dużym kamieniu i zaglądam w okna pod mnogością gwiazd i bulwiastego księżyca zmąconego żółcią wyróżniającego się na tle czarnego kołnierza nieba za zasłoną liści drzew rosnących po lewej stronie. jakkolwiek przytłacza mnie ogrom wszechświata roztoczonego nad moją głową to każda sekunda chowa w sobie ten raban tęsknoty. często zamykam wtedy wargi, ale nie do końca, wdycham to chłodne powietrze, które pachnie dziesięcioma tysiącami wcześniejszych dni i dziesięcioma tysiącami dni przyszłości, później gorącym podmuchem zimnego ciała wyrzucam tą historię na wiatr i nie pamiętam nic więcej. tylko chyba większość strat wzięłam na siebie, rozlałam krew w milczenie i tak nie wiem, czy mam umartwiać się ciszą czy unosić się złością. na chodnikach tego miasta rozkładają się zwierzęce odchody, puszki, sobotnie rzygowiny i czas, a myśl, że cokolwiek się zmieni, że zdołasz rozsupłać te wargi, wydaje mi się niedorzeczna.
niedziela, 24 października 2010
149.
siedzę ścierając ze skóry obrzynki zaufania i zastanawiam się tylko, ile mi zostało, ilu ludzi odejdzie w skutek normalnego przesiewu, ile perspektywicznych znajomości zostanie tylko epizodem i kiedy rozklejając rzęsy o poranku zobaczę, że każdy oddech stwarza coraz większą lukę.
ćmy przyklejone do szyby podrywa oddech firmamentu zalanego czernią, w której nie migoczą choćby poległe w batalii z pochmurnością gwiazdy.
splin balansuje lekko na krawędzi szklanki wypełnionej owocową herbatą.
w jękach wspomnień szukam balsamu łatwowierności, który rozproszyłby to dzisiaj spłodzone otumanienie, jakie widzę w perspektywie najbliższych dni.
dziś spaceruję po gdyńskiej plaży, przy zamąconym szarością zachodzie słońca i coraz bardziej rozgryzam każdą chwilę, w którą próbuję się chować przed biczem każdego dnia skamlącego tęsknotą.
wykrzywiam splugawione wargi na myśl, że koniec stoi obok i delikatnie pieści moją dłoń. po kalkulacji umysłu wiem, że doszliśmy już na skraj. tylko ta czerwona pikawa schowana w piersi karze mi się telepać na kolejny przystanek i kolejny opustoszały peron po którym błądzić będę wzrokiem szukając zarysu twarzy, szukać zapachu na ulicy i wypatrywać nawrotu tych kilku chwil, co nawiedzają swoim widmem każdy wieczór.
czwartek, 21 października 2010
148.
przestałam ciężko znosić rozczarowania, bo wniknęły do codziennego jadłospisu, który rozpycha żołądek pustką, która skwierczy w ciele turbowanym wspomnieniem.
z napiętnowaną ciszą niemrawych słów trzymam między wargami każdy obraz, tak bardzo nienaruszony czasem.
zamknięte w locie obietnice ciepłego imienia, co pękają łzawym kształtem na żałobne rytuały dnia.
bezładnie miotam się wzrokiem po markotnej tęczy rozlanej nad panoramą miasta. chyba zaczynam bawić się w tęsknotę.
niedziela, 17 października 2010
147.
mam w głowie tysiące krwistych róż w ofierze dla mlecznych strażników, co owijają mnie stalową linią warg.
po dzisiejszej dawce poezji, co wykrzykuje otumaniony umysł słowną wydzieliną mam wyżłobione blizny nasercowe. bo idąc za rękę ze słowem, wszystko zaczyna zalewać wzburzona czerń i wnikać w nić krwi, która pulsując miarowo mruczy, że w życiu z którego właśnie się ruszyłeś, nic nie ma.
więc stoisz z bezwładnym wzrokiem nadzianym na grymas nieba i w odurzonych źrenicach rozlewa się fala nicości, która niczym tabletka na głowę, rękę, dupę niweluje ten ból gruchoczący niczym stare kości strzępy samozachowawczych instynktów.
niedziela, 10 października 2010
146.
chciałabym cisnąć tobą gdzieś w te imienne czeluście milczenia, wyciągnąć i czuć, że wszystkie niewypowiedziane słowa zalęgły się gdzieś tam, że będą pluć zielonymi różami. weźmiesz je w dłonie i ciepłym podmuchem wargi rozrzucisz w oczy tych ciemnych wieczorów, które wyją kształtami oblanymi czernią.
ulice wieczorami pachną grudniem. zalękniona, krwista nadzieja w żółtych butach, co rozrywają wtapiając się w tafle liści. pierniki w rozerwanych opakowaniach. czas nonszalancko parska śmiechem i ucieka potem. w każdą pojedynczą ulicę, samotną i rozdrażnioną chłodem, w którym pęcznieją dłonie, nieużywane. martwe bardziej niż wczoraj.
czerwień rozlewa mi się po twarzy i czuje jak zlewa mnie w ścianę po tej batalii z ciałem.
czasem pachnie też karmelem i wydzielinami kominów, które opadają na nieokryte kawałki różowej skóry na której rozciąga się pajęczyna naczyń krwionośnych podrażnionych zimnem. cisza przedsenna zawsze pod kołdrą się panoszy, a ja coraz bardziej próbuję wyrysować sen i zaplątać go między palcami. zabłąkane miłosne ptaki w motaninie błękitu próbują odnaleźć się w nocy.
przetrawiam tabletki przeciwbólowe i walczę z wylęgającym się we mnie przeziębieniem.
/ostatnimi czasy spełniło się małe dzieciarniane marzenie, o duszy, co mieszka obok i godzinami oddycha idąc zawsze o krok, obecnej. magdalenie dziękuję.
wtorek, 5 października 2010
145.
z niepewnością przytuloną mocno do ciała, czuję jak chłodnieje z każdym oddechem w tym wychłostanym wiatrem ciele schowanym w zielonym płaszczu.
pachnie niczym, a ja obawiam się każdego herbacianego poranka pod płaszczem jesieni i czekam zarazem ze wzrokiem nadzianym na cyfry, co układają się w godziny, co raz późniejsze i coraz bardziej zimne.
ulice toną w szklistych oczach. kroki rozdzierają tafle przekwitniętych liści, co podrywane podmuchami mroźnymi lawirują wyścielając koryta dla stóp.
beznamiętne wargi i blade, aż nadto. nie wiem, jak plunąć słowem, jak patrzeć, słyszeć i czuć. rozgardiasz tylko, nieuczesany, wewnętrzny, demony przeszłości, co karmią się słońcem i burzą, uśmiechem i łzą, tobą i mną.
sobota, 18 września 2010
144.
myśli płodzą mi całe szeregi snów, tych, co niby znaczyć coś mają. no więc ja wyżłabiam korytarze między regałami dni, wyścielam zimne podłogi nadzieją, potem mimowolnie jakoś życie skręca, a wtedy otumaniona tym zwrotem przecieram powieki i widzę, że w innej części nic nie ma. tyle.
jaka pogoda wewnątrz-myślowa? pochmurność oczekiwania ze skrzeczącym w ciele przeziębieniu.
w połamanych na poligonach wymówek obcasach przewracam się o każde schody.
pluję poezją chyba z nadmiaru czasu, który spędzam z chrypką w gardle, lekką gorączką i słowami oblepiającymi przewód pokarmowy tak mocno, że aż przełknięcie czegokolwiek zamienia się w gehennę powinności wobec fizjologicznych potrzeb. i czekam znów intensywnie, nakryta ciemnością pokoju zatajającego moje istnienie układam sceny, spojrzenia i zlepiam potencjalne dialogi w całość o ostrym zapachu oniryzmu, który i tak pewnie nie wgramoli sie pod podwiązki przyszłości.
niedziela, 5 września 2010
143.
no chyba, wypluje to wszystko z siebie w te uśmiechnięte oczy, bo wyrywając się z koszmarnych ramion snu otwieram powieki i czuję się obumarła wewnętrznie, bo samo-zatruta snem miotam się po świecie, mieszkaniu i swojej głowie. zarysowana zmarszczka przebiegająca wzdłuż czoła malowana natłokiem analizy tego całego galimatiasu, batalii przeznaczenia z przypadkiem i wspomnień konających na każdej ulicy.
sny potrafią rozerwać całe ciało i wyobraźnie na wszystkie strony brudząc ściany, chociaż tylko silne wstrząsy potrafią ożywić to, co zaczyna umierać zatruwając nonszalancko każdą myśl i każdą tkankę przesiąkniętą wonią tęsknoty.
środa, 1 września 2010
142.
miłość jest niezgrabną parafrazą myślę. a w tych dniach dusznych od westchnień, wprowadzam do krwiobiegu przyzwyczajenie jak tabletkę na głowę, serce i dupę. od dzisiaj dożylnie stosowane zapomnienie wstrzyknięte pod skórę brakiem czasu i ramową obróbką dnia. tylko nocą tonę w pół-chwilach i niby emocjonalny rozbitek mam ochotę uczepić się czegokolwiek w nadziei na podtrzymanie oddechu.
/chciałam opowiedzieć tu o pewnej osobie, choć myślę, że zasłużyła na coś więcej;
paloma imię jej. niebieskie oczy okazale przez długie brązowe włosy. serce pełne poezji i myśli na dłoni, kiedy umie się czytać i zdolność czytania też, ze mnie, jak z niedomytego talerza i niebotyczne pokłady empatii ukryte w tak drobnym ciele. choć nieforemne figury wychodzą mi ze słów, to powiem, że gdynia na spacerach z kimś takim staje się jeszcze piękniejszą, niż jej obraz w mojej głowie. a czas staje się nieistotny, bo chyba po tym można poznać kogoś wyjątkowego, kiedy mając za sobą tyle powłok czasu bez niego w jednej chwili można oddać całe swoje życie w jego ręce i wyobrazić sobie, że znamy się od pierwszego płaczu.
sobota, 28 sierpnia 2010
141.
/wczoraj;
nocą rozdzierają światła samochodu czerń oblepiającą każdy skrawek lasu, który rozrastał się wokoło drogi. potoki płynów mazgających się nad głowami ciemnych chmur, które swoją ponurą aurę rozsiewają po całym niebie, zamieniając jego błękitne spojrzenie w rozmazy szarości. co chwila zarysy przeskakujących na sąsiedni, niemal brzeg drogi, bo te chimery pogodowe uczyniły ją niemal morską siostrą małych żab i myszy, których nieświadomość wpycha je pewnie pod koła wszystkich pojazdów sennie mknących przez węglowe krajobrazy początku kolejnego dnia.
znów wyeksploatowana z sił i strzępek nadziei przyczepionych jeszcze gdzieś do ciała kładę się nie przebrawszy się nawet do łóżka, które stało się małą kolebką myśli z wykrzywioną twarzą i twoimi ustami. ciszą.
nie mam ochoty choćby skakać z wieżowców bo ogołocona z każdego marnego złudzenia czuję jak zaczyna boleć mnie wzrok, słuch i dotyk na każde ujęcie ciebie.
tragiczne życiorysy rozrzucone na stole. granatowe trampki. herbata. czas. milczenie telefonu. rozrastające się zimno podskórnie-wewnętrzne. skwierczące od próżni dzisiaj (nieobecny..).
czwartek, 26 sierpnia 2010
140.
nie bawię się nocą, sklejając kontury pochłaniane przez jej rozrastają się czerń wszystkiego, co zasięg oka obejmuje. walczę z tego natłoku myśli z kołdrą, ciałem, pozycją ułożenia głowy, namolnie otwierającymi się powiekami i samą sobą produkującą coraz to większe ich szeregi.
analizuję powoli każdy kroczek, każde słowo rozgryzam na pół i szukam tego błędu, który z lubieżnością obrócił mi ten oniryczny dzień w czeluście rozumu, który kruszy wszelki obraz namalowany lewą ręką nadziei (nadzieja nie jest mańkutem, panowie). wybałuszam oczy i nadziewam wzrok na zegarek, który napędzany tym czasem, który zdaje się za szybko uciekać wybudza rozum otumaniony urojonymi scenariuszami, a ten za to maluje tą moją wewnętrzną poczekalnie na te parę słów czernią i żałobne pieśni wyśpiewuje przy zamknięciu jej drzwi. sygnału nie będzie, słowa choćby przeżutego. mieszkasz tam w tym swoim świecie i łamiesz mi kości palców, kiedy próbuję otwierając lekko drzwi wejść do środka, a wtedy nie czuję bólu rozgniecionych kości, ani złości, właściwie nie czuję nic, a ta nicość rozrasta się do każdego skrawka ciała, coraz mocniej nieczułego i przesiąkniętego tym wszystkim, czego nie dotknęło.
znów czuję się arlekinem o włosach koloru brązowej koperty, który uporczywie próbuje jakoś poruszyć jednoosobowym tłumem, do którego należy. który, mimo, że znów schowany gdzieś w odmęty dnia i obrastający szarością wypluwaną przez jego serce to obmyśla tylko nowe sztuczki, żeby tłum był skory uśmiechnąć się, choć raz, tak specjalnie, dla niego.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
139.
nie dość, że wszystko dzieje się jakby obok mnie, łono matki poskąpiło mi dobrego głosu i te wszystkie czynniki niezależne ode mnie przewracają mi co chwile życie na skrajny bok w trakcie jego harmonicznego snu, to nie mogę zdecydować się choćby, czy zjeść dziś cokolwiek.
myśli powtarzane systematycznie w ciągu dnia lepią mi sny, a ja znów obgryzam paznokcie i co gorsza, nie potrafię się rozradować w przestrzeni tego domowego konfliktu na myśl o tym, co w perspektywicznym myśleniu jawiło się jako spełnienie absolutne.
na ubranie tego całego galimatiasu, jakim się stałam, w słowa zabraknie nawet poezji. chyba zaczynam krztusić się tą całą papką dla otumanionego iluzorycznością, która etapami zaczyna przenikać w (nie)codzienność umysłu.
budzą się permanentne bóle głowy i uczucie mdłości, a noce rozciągają się nicią bezsenności.
"Szczęście jest optyczną iluzją. Dwa lustra, które wysyłają sobie ten sam obraz w nieskończoność. Nie próbuj dotrzeć do początkowego obrazu, nie ma go tam. "
- Lolita Pille
czwartek, 19 sierpnia 2010
138.
rewolucjonizm wewnętrzny ostatnich miesięcy poszedł się kochać i znowu wpadam w te same schematy, z których w chwilowych olśnieniach zechciałam się wyrwać tak jak wiesz, wszystkie organy pulsujące w ciele kiedy oczy przetwarzały twoje kontury, te rzeczywiste, pochłaniane przez paletę czerni. albo kiedy właśnie oczy wyrywały się z oczodołów na wycieczki po niemych twarzach w poszukiwaniu tego niebieskiego uśmiechu rozlanego na którejś z gdyńskich ulic.
gdynia znów bywa pustką przepychu, odległością bliskości, gdynią-oksymoronem, który wplątuje spojrzenia w każde zbożowe włosy rozwiewane przez chłodny wiatr i równocześnie rozświetlanych przez to sierpniowe słońce słaniające się już ku jesiennym pomrukom.
/dostałam dziś kartkę od magdaleny. miło dostawać kartki. lubię dostawać kartki. lubię słowa. szczególnie te na papierze.
ofuckme, wrzesień puka lekko.
wtorek, 17 sierpnia 2010
137.
wspomnienia egzystują w każdym oddechu, tak nierównym i rozrywanym popłochem myśli. dziwne poczucie przynależności zawsze obecne i dławiące chwile. krztuszę się tą ciszą pod twoimi wargami, chłonę tą linię horyzontu wymalowaną grantem i szarością od samego poranka, który pachnie głodem.
nadzieja, obłudna komediantka, aktorka i schizofreniczka, wciąż zasiewa swoje plony na polach nieurodzai przykrytych jej trupami.
/proszę nie próbujcie mnie zrozumieć.
niedziela, 15 sierpnia 2010
136.
/spacerujemy cmentarzem schowane w granatowym kołnierzu nieba, a noc jest tak piękna mnogością mrugających gwiazd i tylko szuranie naszych stóp przerywa koci jazgot, który ocknąwszy satanistyczne wizje popycha nas w popłochu myśli ku wyjściu.
rozłożywszy ciało na moście zbudowanym ponad ulicą pełną samochodowego zgiełku, oglądamy wschód słońca nierozrywany warkotem żadnego prawie silnika, horyzont różowieje i z jasności przeradza się w czysty błękit, którego widok znów wlecze nas do domu, w którym to wreszcie przymykamy na kilka godzin powieki, pod którymi trwa nadal analiza "into the wild", skończonego tuż przed brzaskiem. rankiem znów powłóczywszy zmęczonymi kończynami obchodzimy okolicę.
(nie)zwyczajność nocy i poranku z perspektywą dnia jutrzejszego sprawia, że układam się w wewnętrzny uśmiech, czuję się jakoś pociesznie z tym wszystkim, czego nadmiary wchłaniam i tym, czego brak wylewam ze łzami.
środa, 11 sierpnia 2010
135.
bo widzisz, pod zalewającym się nowymi pokładami ciemnych chmur niebem przyklękam na chwilę na kawałku ziemi obrośniętym przez koniczyny, by tej czterolistnej wypatrzeć jak wtedy w dniu poprzedzającym najostrzej pachnące szczęściem chwile i w tej deszczowej osłonie dnia wdycham powietrze w płuca i układam sobie minione lata, które uciekły za szybko, wszystkie słowa, o których wypowiedzenie jestem uboższa, bo teraz jesteśmy prawie dorośli, bo już nie mieszka w nas tylko słońce, którego promienie układają się w uśmiech, bo już nie przesiadujemy godzinami bawiąc się istnieniem, bo my kurwa (nie)dorośliśmy.
no i widzisz chyba, że przez te lata marudne zgubiłam wszystko, dla czego warto by było wyjść z siebie, z wyobraźnią i rozgniecionym umysłem na dłoni. że moje ciało tętni każdym swoim skrawkiem nienawiścią do miejsc, nazwisk i niemych twarzy zatrutych wyziewami tego miasta.
bo ciągle myślę, że co dzień będziesz mówił dobranoc, a ja poprzedzając trzepotem rzęs osunę się w głębokie rewiry mojej sennej wyobraźni, które rozpruwając taflę rzeczywistości przenikną w te ściany, które oglądam codziennie, a wtedy świt rozleje się po podłodze i Twoich oczach kurcząc Ci źrenice i razem z brzaskiem powiesz dzień dobry i będziesz się niemo uśmiechał, oczami.
wtorek, 3 sierpnia 2010
134.
uszczuplając minione dwa tygodnie wylewa mi się z każdej szczeliny ciała dożylnie stosowane niebo jakim okazał się dla mnie paryż. kraina tłumiąca pełnię udręk przybitych do krzyża codzienności, w której maszerując szybkim krokiem nawet przejścia dla pieszych i zamglone horyzonty układają się w uśmiech.
nic nie może też równać się ze spacerem po ulicach barcelony, na których słychać jeszcze szmer przerzucanych stron pachnących typowo przegnitą tekturą. z błądzeniem wzrokiem, który niedawno układał jeszcze słowa w wyobrażenie miejsc, w które uciekało się zanurzając się w nie coraz to bardziej karmiąc czas nieobecnością, w których szaleństwa wyobraźni posuwały się do kreowania złudzeń, które mruczały o ponownym urodzeniu, przeżywaniu tego pieskiego życia na innych zaułkach na których czuć byłoby woń ulotnej miłości i krwi zmieszanej z moczem.
tak samo obecne w krwioobiegu są chwile kiedy to kąpiąc się w morzu na którego tafli niewinnie tańczyła pełnia księżyca razem z pomrukami bluesa po których leżąc na ostudzonym schyłkiem dnia piasku nadziewam oczy na jasno mrugające gwiazdy osadzone na granacie nieba calelli.
mały wycinek pamięci przeznaczony dla miasta kasyn, nocnego życia i starych mężczyzn z wypadającymi odbytami wyposażonymi w hojnie obdarzone wdziękami przez chirurgów plastycznych młode kobiety i łajdaczących się jak ostatnie kurwisony ludzi obarczającymi cię spojrzeniami napęczniałymi od dumy i wyniosłości pachnącej papierowym banknotem.
są uczucia, które muszą pozostać uczuciami nieistniejącymi dla słów. są też miejsca, w których nieobecnie trwamy i oddychamy wspomnieniem o nich rozpraszając je każdym oddechem.
wtorek, 20 lipca 2010
133.
/możemy przeszukiwać siebie samych wewnętrznie, chaotycznie i rzucać kurwami w bezradności, bagatela. powierzone chwili nagłe olśnienia buszują we mnie, jak te myśli przy których czuję gwałtowne szarpnięcia strun nasercowych po których rozlewa się fala wspomnień i ponurości życia wywołująca fizyczny ból. każdego dnia coraz mocniej ubywam. ubywam w tęsknoty zasznurowane twoimi wargami.
blade prześwity na peronie przeciskając się przez samotne chodniki będą szumiały o pustce wylewającej się przez palce. o opustoszałej przestrzeni w której czuć tylko swąd rozkładających się ciał marzeń poturbowanych ciszą.
witaj paryżu w swojej romantycznej aurze, witaj hiszpanio wybrukowana czarnymi oczyma swoich mieszkańców, witaj barcelono, konstelacjo moich wyobrażeń o lepszym życiu, planszo historii, w które chcę się wplątać.
zabawimy się w niepamięć?
czwartek, 15 lipca 2010
132.
/ciągle pamiętam ten zimowy tydzień. pamiętam te dni wraz z którymi mój rozum i wyobraźnie zabrały zbożowe kosmyki i oblane rumieńcem blade policzki. tam zaczęła się bajka o nadziei więdnącej jak świeżo zerwane kwiaty między spoconymi palcami. o odkryciu wszechświata, do którego niewielu z nas dotrze. do płaszczyzny, która jako jedyna stanowi o naszej odrębności od wszystkich innych żywych gatunków, jakie z uśmiechem na twarzy rozgniatamy połamanymi obcasami. moje konstelacje układają się w litery, które wykrzykują mi sny w gorączkowych i spektakularnie pachnących fragmentach pod powiekami.
minęły niespełna dwa lata, w których uświadomiłam sobie, że dane mi było poznać i otrzeć się o tajemnice małego wszechświata, właściwie fundamentalnej niewiadomej naszego jestestwa. że w mieście niemych twarzy i bezpańskich dusz, przed którymi nie otworzą się jego drzwi, wciąż w nim jestem, oddycham i zaludniam go procesją marzeń, oblewam całunem cichych myśli i że pomimo, iż czuję, że byłabym o niebo szczęśliwsza nie przegrywając batalii z pamięcią o dniu wczorajszym i wszystkich minionych chwilach to należę do jednej pary nieistniejących dla mnie dłoni, ku którym biegnę w każdej iluzorycznej migawce, w której chowam się przed brutalnością rzeczywistości.
niedziela, 11 lipca 2010
131.
- jestem okropnym alkoholikiem, przyznaję. - mówił. - i na zdjęciach wyglądam jak syn hitlera.
później wgłębiając się w całą tą przestrzeń prywatności otwieranej zapewne każdemu napotkanemu człowiekowi mówi o rodzinie, którą stracił, o latach liceum, swoich kruczoczarnych włosach, których zazdrościła mu była żona a z których dzisiaj pozostały jedynie szare nitki przesiąknięte wonią tanich trunków i papierosów. co moment przerywa swoją historię, żeby powiedzieć, że siedzenie na zimnych szynach może przyprawić mnie o przeziębienie. wspomina dużo o osamotnieniu, o bohaterskiej śmierci ojca i stracie matki. stracie tego wszystkiego, czego później próbował szukać w butelce. kto by pomyślał, że na punkowym festiwalu można poznać osiemnastoletniego fińczyka z finansową biegunką, który uroczo potykał się o polski akcent i leśnika, który tuła się przez kraj autostopem, snuje nam opowieści przeszłości, o starych dobrych latach polskiej muzyki, o swoim małym miasteczku, który sypia gdzie popadnie i zawsze pod ręką ma kompas.
/wczoraj mruczało mi do ucha, że czas na przeprowadzkę małego chłopca. na wbicie sobie do głowy tej bezsilności dłoni.
nie wracajmy tam, mały chłopcze. nie nakładaj wciąż na mnie pancerzyka lekkich złudzeń, od którego zaczynam wznosić wielkie królestwo nadziei, w którym co raz umieram.
paradoksalnie; trzeba zobaczyć, że niczego nie ma.
czwartek, 8 lipca 2010
130.
w dużym mieście, w którym każda płyta chodnikowa jest placem odciśniętych śladów, historii, małych przestrzeni codziennej anonimowości i fragmentów wyrwanych z sekwencji zdarzeń, do których należą.
mężczyzna postawił stopę wracając z pracy z mocno zarysowaną linią brwi po której spływały strużki zimnego potu w nadziei, że po przekroczeniu drzwi frontowych szarego mieszkania będzie mógł usiąść wygodnie w samotnym fotelu i w puszce piwa utopić kolejny nabrzmiały monotonią dzień. kobieta w wiśniowym swetrze, papierosem w ustach i telefonem przy uchu, poprawiająca co chwile nieład jaki ogarnia jej włosy przy natarciach letniego wiatru. małżeństwo w podeszłym wieku podtrzymujące się nawzajem i powolnym krokiem zmierzające do małego domku, w którym pachnie starością, mydłem i wypaloną miłością. w mnogości śladów jest też jeden, niepozorny i całkiem pospolity, należy do dziewczyny, która nie poznała jeszcze smaku najsłodszych złocistych jabłek i warg, miłosnych uniesień i kawioru. dziewczyny, której mina rzednie na widok słonecznych promieni, które opływają jej brązowe kosmyki falujące niczym rtęć poruszane przez małe pomruki wiatru, który burzył tą parną atmosferę dnia. w której rozbrzmiewają nieme słowa. w którą wklejony jest portret, którego usilnie szuka w każdym napotkanym człowieku. której marzenia zabija codzienność i czynniki od niej niezależne przenikające przez palce, wciąż zajęte ocieraniem się o siebie przez natłok myśli. dziewczyna na chwile zatrzymuje się, wbija wzrok w niebo po czym gwałtownie obraca głowę. zapewne każdy element tego świata mruczy jej do ucha, że powinna być gdzie indziej. kroczyć innymi chodnikami, nie sama. spuszcza wzrok i razem z płaczliwym spojrzeniem wyżłabia przezroczysty ślad jej wyobraźni w betonie. po czym podnosi głowę i idzie dalej. najzwyczajniej. z tą swoją historią. potem tylko wieczorami, pod kocem ciemności, którą tak lubi czuć na każdym kawałku ciała patrzy w gwiazdy i snuje im opowieści i dołącza życzenie. tak, tak. tam wysoko, w gwiazdy.
środa, 7 lipca 2010
129.
czuję, że wypłakuję każdą minutę, która minęła od czasu, kiedy zobaczyłam twoją bezradną i niewinną twarzyczkę. krótki spacer słonych łez po moim policzku niby metafora całej tej historii, która zatruwa mi oddechy.
choć wiem, że za kilka dni znów będę patrzeć w twoje oczy, tak bardzo uśmiechnięte, pomimo wszystkiego i od razu niby zarażona ułożę wargi w uśmiech. znowu nie poukładam strumienia słów w zalążek sensu. powiem coś nieistotnego wpadłszy na siebie (nie)przypadkiem. w zakamarkach i czeluściach podświadomości znowu zobaczę, jak wspaniały jesteś i rozdrapię skrzepioną nadzieję. gestykulując bezładnie powyrywam słowa z ciągu układającego się w to, co zmusiłoby do pomyślunku nad całą tą niechlujnie ubraną rozmową. zacznę żałować każdego przeżutego słowa, kolejności i nieharmonijności tego wszystkiego. a ty nadal tam będziesz. będziesz uśmiechał się tymi niebieskimi oczami.
/dziewczyna leży napastowana chaotyczną batalią myśli na łóżku. wspomnieniem uśmiechniętego wzroku wżynającego się w każde mrugnięcie. rozkładając bezwładnie ręce w postać litery V ze wzrokiem wbitym w leniwe chmury przepływające spokojnie po błękitnej palecie nieba. gdy konfrontacja wspomnień i trwającego teraz stanu zaczyna milknąć wstaje i z dziecięcą naiwnością przejeżdża wzrokiem po pomarańczowych ścianach pokoju i głęboko nabiera w płuca powietrze cicho szepcące, że całe to starcie czas zawinąć w prześcieradło, schować woń minionych nadziei głęboko do kieszeni i najzwyczajniej wyjść. wychodzi, po drodze zrywa kilkanaście liści, by zająć się czymkolwiek innym niż gmeraniem w pamięci, która aż krzyczy od zatrucia jego enigmatycznością, za którą tak bardzo tęskni.
wtorek, 6 lipca 2010
128.
ta wielka przemiana spłodzona niewinnie w małej chwili obliguje do układania życia. uporządkowania tego chaosu niedopowiedzeń, swędzących słów i chwil, w których pachniało miłością.
/budzi mnie trzask okna, którego zapominam zamknąć przed ułożeniem ciała w sen. słyszę głuche echo słów, które wciąż trzymam w głowie. łzy są kobietą, z której wyciekają każdej nocy. która zamknięta w ambiwalencji i wszelakich skrajnościach niemal banalnych, nie wie czego chce. z twarzą wepchniętą w kałużę łzawych słonych wymiocin.
są obrazy, stworzone nie przez gałki oczne, a jakiś organ, bezimienny, który projektuje sny. najwspanialszy album ze zdjęciami, pamiętnik wspomnień, których nie było, do którego zaglądam niezmiernie często podczas gdy pamiątki po minionej rzeczywistości obrastają grubymi warstwami kurzu. to zabawne, że imaginacja staje się w pewnym etapie niedopieszczenia życiem pokarmem dla zmysłów, żołądka i umysłu.
czekanie stało się moją religią. na kilka słów, które zatuszują wszystkie tygodnie, w których umierałam z niepewności. bardzo powoli i z wewnętrznym krwotokiem przeszłości. przy każdym zmrużeniu oka widzę to, czego mieć nie mogę, a stojąc obok czuję, jak bardzo odległa jest para ramion, która swoją wiotkością mogłaby otworzyć nowy rozdział wciąż nieukończonej księgi tych sentymentalnych wzlotów i małych pomruków miłości.
dotykam najbardziej samotnego fotela z taką czułością, że niemal zaczynam drżeć. znów tu mieszkasz. coraz bardziej (nie)obecny.
niedziela, 4 lipca 2010
127.
(dziękuję klau za małe eskapady od życia, w których zapominam..)
/rozczesuję dokładnie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość na trzy pasma, później plotę warkocz wspomnień i obietnic wplątanych we włosy.
jeszcze kilka oddechów i wydychane powietrze będzie szumiało tylko o tym, że trzeba było zrobić więcej, działać bardziej konstruktywnie lub zapomnieć zanim opadły na mnie zielone wyziewy nadziei.
raz spalonej zapałki nie da się zapalić po raz drugi. dziś jestem zapałką.
piątek, 2 lipca 2010
126.
/w mojej głowie mieszka ktoś. mały chłopiec z zasznurowanymi wargami. z milczeniem przyklejonym do rzęs.
znajdujemy się w punkcie wyjścia, bo choć zdaje sobie sprawę z mojego patowego położenia to brnę w to wszystko dalej i choć wstyd mówić o tym głośno to w małych gestach, uśmiechach, pojedynczych słowach i samym byciu obok zmartwychwstaje nadzieja, której kurczowo trzymam się aż do kolejnych dni ciszy.
w zaplątanych wymysłach uśmiercam gdzieś rozwagę. niespokojni strażnicy snów wyciągają dłonie ku oczom, na dnie których rozbudzone zmysły wykrzykują imię.
głaskani czasem słowem, z trudem oddychamy.
środa, 30 czerwca 2010
125.
przestrzeń, rozłożona w każdym skrawku ciała, myśl podpisana imieniem, którym pachną wieczory, styropian rozrzucony po ulicy, deszcz i trawy rozkołysane przez markotne wiatry niczym kosmyki zbożowych włosów.
jutro z małomównością na ustach i poplątanymi słowami układanymi w głowie moje oczy wybiorą się na wyprawę po niemych twarzach, horyzontach nadziei i wspomnieniach, którymi wymalowane są gwiazdy.
apopleksje nasercowe zalewające wszystkie komory, oddechy, cebulki włosów i bezwładne wargi.
/mam ochotę rozdrapać blado zielonym paznokciem twarz człowieka z przed lustra. wyjść, trzasnąć drzwiami, nie wracać więcej w krainę postrzeganą przez zmysły, które wszystko układają mi w przypominajkę o kimś, kogo we mnie być nie powinno, kto zatruwa każde spojrzenie i kogo podświadomie szukam w każdym szczególe w konflikcie ze świadomością, która przymusowo wpycha mnie w niedołężne uściski zapomnienia.
niedziela, 27 czerwca 2010
124.
sobota, 26 czerwca 2010
123.
można doszukiwać się sensu, predestynacji w przypadkach rozrzuconych po ulicy. można układać wszystko w niebanalne obietnice i coraz mocniej zawierzać się szaleństwom bujnej fantazji, układać się z uśmiechem na ustach do snu i wmawiać szarym komórkom, że są różowe.
/boję się siebie; obsesyjnie wpatruję się w zdjęcia. półprzytomnie siedzę oparta na łokciach przy stole rozmyślając nad herbatą, że mogłam nie podsycać nadziei innym, kiedy to mi samej do głowy przebijała się myśl, że warto ją odrzucić. zabawić się w kuratele zamysłów i nie płakać w zimną podłogę.
gdyby tak spytać, czego szukam w tym świecie, zapewne rozłożywszy bezradnie ręce wybuchnęłabym płaczem w głowie tworząc samobójcze wizje, wykrzykując, że urodziłam się za późno by zobaczyć the doors i zaznać trochę autentyczności ludzkich odruchów, z których dzisiejsze powietrze wydychane przez ludzi, których mózg przekształcił się w drugie jelito lub kalkulator jest całkowicie ogołocone.
miewam ostatnio problemy z zamianą myśli w słowa. z ubraniem tego czegoś schludnie i mniej pasywnie. palę listy schowane pod sterty książek przypalając sobie opuszki palców.
/ciemność i dwie leniwe latarnie za oknem, markotnie mrugające bladym światłem, rozlewającym się w nocy niby promienie. 00:38, czas skończyć tą konsternacje dnia.
czwartek, 24 czerwca 2010
122.
ludzie mrugają, a wtedy przegapiają najlepsze chwile.
piszę listy, których nigdy nie wyślę i chowam je pod pudłami, na których zalegają ślady czasu.
delikatnie niczym niewidomy gładzę opuszkami palców zżółknięte kartki i czytam słowa, szukając w nich harmonii. ubieranie całego chaosu w słowa i wizje, gdy wyszeptuję je do ucha na ciemnej ulicy przy warkoczach latarnianego światła wijącego się nam pod nogami.
pod powiekami mieszkają fragmenty uśmiechu i rozmów.
tylko problemy układają się co noc, obok skonałego ciała. one nie są zmęczone.
na karuzelach błędnika myśli dalej tworzą splątane połączenia, a wszystkie szczegóły, litery, godziny i nazwy mijanych ulic przypominają o jednym. w mojej małej iluzorycznej astronomii jest osoba, która zawsze trwa, która nie zasypia ani ze słońcem ani z gwiazdami i w rozciągniętym swetrze mojej wyobraźni ma swój dom, którego okna są niczym oczy, w które beznamiętnie potrafię się wpatrywać, drzwi, niczym usta, które rzadko się otwierają i których milczenie bywa wymowne.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
121.
nadzieja, ukryta w mnogości mrugających gwiazd obgryziona i już inna, niż kiedyś. gasnąca razem z nimi przy każdym świcie oblewającym powieki i wyrywającym z nieobecnego trwania w ramionach morfeusza.
sobota, 19 czerwca 2010
120.
bohaterowie i historie, w ramiona których chciałoby się uciec. zasypiać w ciemnościach i budzić się w purpurze poranku rozlewającego się i przecinającego pomrukami zmartwychwstałego słońca na ulicach dwudziestowiecznej barcelony.
tymczasem wczoraj i dziś odwiedzam gdynię i będąc jeszcze bliżej, czuje się jeszcze bardziej odlegle. odjeżdżając, coraz mocniej czuję, jak bardzo tęsknie za widmem chwil, które się nie narodziły. wspominam gesty i niby film układam sobie w głowie wszystko, za co czuję wdzięczność, że dane było mi to przeżyć i schowawszy gdzieś na dnie oczu, wylewać to razem ze łzami.
codziennie rano budzę się w całkiem jasnym pokoju, który kradnie senne złudzenia, które istnieją tylko w świeżym mroku. które smakują lepiej i są bardziej obecne, kiedy miasto, którego z całej siły nienawidzę owinięte jest jeszcze czarnym szalem nocy, a latarnie oświetlają jedynie mgliste warkocze i kontury przechodniów sunących po ulicach usłanych wielkimi źrenicami.
tęsknie za czarną paletą kolorów, którą wymalowane są ściany, domy, mosty i twarze.
"Jestem jeszcze zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć. To musi być ktoś zupełnie obcy, kto nie może mnie zranić."
- Janusz Leon Wiśniewski
poniedziałek, 14 czerwca 2010
119.
niepojęte jutro. zasznurowane wargi, niedowłady palców i kolejne rozczarowanie rozlane na podłodze.
urojone chwile są obecne. zawsze o krok, coraz bardziej realne i coraz bardziej bytują we krwi. wewnętrzne krzyki parzą słuch i głuchnę na słowa, które burzą mój irracjonalnie poukładany sen.
mam ochotę na rozmowy w świetle bladego księżyca.
dzisiaj nie mam na nic siły/ochoty/życia.
piątek, 11 czerwca 2010
118.
pogoda lubi skrajności; wychodząc z domu widzę drgające od gorąca powietrze, wracając zastaje porozrzucane po pokoju zdjęcia, które wpadający przez lekko otwarte okno wiatr zerwał ze ścian.
/"Dlaczego mój umysł wciąż krąży wokół ciebie
Dlaczego planety myślą jak to byłoby być tobą
Wszystkie twoje słodkie dzikie obietnice były słowami
ptakami w bezustannym locie.."
czuję się rozdziobana, rozrzucona w chwilach, w retrospekcjach, w czekaniu. w głosie, którego nie potrafię zapamiętać i w uśmiechu, którego szukam w ścianach.
złe scenariusze w głowie, niepoukładane i gryzące. dostaję pierdolca i do trzeciej nad ranem nie mogę zasnąć. problemy nie są zmęczone i dożylnie wstrzykują mi bezsenność. w tej chwili nic nie ucieszy mnie bardziej ani w jakikolwiek sposób, niż pewność, że się mylę. że scenariusze nigdy nie zostały wcielone w życie.
zamykając oczy, widzę w ciemności pokoju o zgaszonych światłach widzę małą kropkę, wielkości główki od szpilki, gwiazdę, przed którą wylewałam się z obaw i składałam ku niej życzenie w nadziei, że nie jest samolotem.
chyba jednak samoloty latają wysoko (..)
czwartek, 10 czerwca 2010
117.
to zabawne jak wiele historii i kawałków czasu można ukryć w zapachu. melonowy balsam do ciała, który przypomina najmilej spędzone wakacje, trudny do sprecyzowania zapach nagrzanego słońcem piasku, dzieciństwo i dnie spędzone na grzbietach galopujących koni.
w parnej atmosferze dnia wczorajszego ukazuje się jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w parze z kropiącym deszczem dając pole do popisu wyobraźni, która układa te lawirujące emocje w wieczór niby ostatni w życiu.
wychodzę na balkon i przy jednym z moich ulubionych zapachów, podeszczowej ziemi, spotykam się z echem dni, które minęły pod postacią dźwięków kilku piosenek, które chyba zawsze będą symbolem tego, do czego chcę wracać zawsze i wszędzie. do godzin, w których mogłabym zamieszkać i być nietykalną dla teraz.
środa, 9 czerwca 2010
116.
- Jan Chojnacki
obmyślam sobie chwile. rozrysowywuję gesty w głowie, nabrzmiałej od mroku gryzącego każdy narożnik pokoju. układam słowa w dwa monologi zlepione w rozmowę. ćwiczę jeden z uśmiechów na specjalną okazję i mrużąc oczy oglądam się w kawałku małego lustra. rozrywam spokój wariacjami zielonych oczu, których kolor pochłania noc, mylnie błądzących po ciemnych ścianach, wychylających się z pod ciepłej kołdry.
do małych wizji prężę się niczym kot do punktowych lamp, by potem zauważyć, że w odpowiednim czasie scenariusze zwiędną niczym białe róże ułożone na trumnie, nad którymi zamknie się wieko czasu teraźniejszego, ustępując miejsca chaosowi.
czas jest reżyserem, a czekanie czyni ze mnie chełpliwego aktora, przebierającego w coraz to bardziej absurdalnych scenariuszach.
/ewokacje wspomnień. rozgryzam każde słowo po kawełeczku.
wtorek, 8 czerwca 2010
115.
wszystkie zielone krzaczki pęcznieją od białych kwiatów, które uwielbiam wsuwać we włosy za lewym uchem.
wieczory stają się ofiarami wewnętrznego gadulstwa o przeżuwanych powoli słowach i bibelotach obecnych i nieobecnych.
wczoraj zasypiam spokojnie, obejrzawszy koniec z hollywood woodiego allena, który jakoś działa dożylnie optymizmem. nie toczę walki o kołdrę z bezsenności, manewrując kończynami w nadziei na sen.
miasto tonie w duchocie wiosennej.
bagatela, pooddychajmy.
wtorek, 1 czerwca 2010
114.
w tramwaju dwaj starsi panowie używający partykuł wzmacniających z puszką rozpoczętego piwa w dłoniach. duchota miasta zamknięta w deszczu zmagazynowanym w chmurach. tramwaje to pojazdy o niezwykle ostrym zapachu refleksji, w szczególności, gdy jedną trasę pokonuję trzy razy dziennie, która wbija mi do głowy, niczym szpilki świadomość monotonności, której częścią się stałam. elementem, który wpasowując się w normalności, roztapia się w chaosie.
otwieram wieko minionych dni i czuję, że nie tylko żołądek napełnia się głodem. obietnice są tylko zastygłą śliną na wargach. czuję się zgnieciona ciągłym czekaniem i tymi rzędami marnych uśmiechów.
zamknięta w pudełku z czasem przeszłym.
niedowłady słów.
sobota, 29 maja 2010
113.
wyposażona w wielki worek zabobonów nic nie rozumiem i trzymam się ledwo chwil, które napełniają serce, by w dniu następnym rzucić mnie na kolana przed huraganami codzienności.
mało spokojne noce, mimowolne wybudzanie się ze snu, którego usilnie chcę pamiętać, a który wycieka ze mnie wraz z otwarciem oczu.
lubię wczoraj.
dziś jest ambiwalencją. dziś, parszywe w niedopowiedzeniach, we wpatrywaniu się w ekran telefonu w nadziei na widok komunikatu obwieszczającego zielonej parze oczu o nowej wiadomości. dziś, pyszne w rozmowach o sensie, przeznaczeniu i wszystkiego, co układa nam się w wyraz 'życie' pod granatową peleryną nocy, z których natłoku pękają mi zwieracze w oczach.
(magdalenie dziękuję za wszystko..).
"Kiedy inni oczekują od nas, że staniemy się takimi jakimi oni chcą żebyśmy byli, zmuszają nas do zniszczenia tego kim naprawdę jesteśmy. To dosyć subtelny rodzaj morderstwa. Większość kochających rodziców i krewnych popełnia je z uśmiechem na twarzy."
- Jim Morrison
środa, 26 maja 2010
112.
życie mnie dotyka. połykam wielką pigułkę nicości zapakowaną w gratisie do lepszych snów.
cienie rosną w oczach i chcę umierać w ramionach gwiazd.
nic nie sprawi mi tak wielkiej radości, jak pewność, że się mylę. że cała melanholia i teorie, których mam pełną głowę, odejdą w czeluście wczorajszego dnia razem z zachodem słońca, który nigdy więcej się nie powtórzy.
"[...] ja właśnie płakałem. Nie po wierzchu. Czułem coś takiego, jakby z drugiej strony moich oczu łzy do wewnątrz mnie spływały. Doświadczył pan może takiego płaczu?"
- Wiesław Myśliwski
sobota, 22 maja 2010
111.
ulica w kolorze żonkila.
gałąź starego drzewa na której siedząc wymachuję nogami nad małym strumieniem.
rozłożywszy myśli w bezradności, czekając na autobus, który pojawić ma się za minut dwadzieścia, maszeruję przed siebie w poszukiwaniu wcześniejszego przystanku zakarmarkami nieciekawej dzielnicy miasta skąpanego w rozpoczynającym swój codzienny zgon słońcu.
mam kwiaty we włosach i powoli wargi układają mi się w uśmiech. samotne spacery mi sprzyjają, choć nadal prześladują mnie niedopowiedzenia.
dziś uzależniona jestem od:
Beirut - Mount Wroclai (Idle days)
piątek, 21 maja 2010
woody allen said
dziś, właściwie wczoraj; gubię się i odnajduję.
autobus wyposażony we wspomnienia z zakładów karnych, zapach taniego piwa i majowe powietrze.
tak spędzam urocze chwile na małym pomoście w sopocie przy horyncie wtulonym w mgłe i niebie, które jest pastelowym przejściem błękitu w markotną biel z Klaudią, rozmawiając o życiu i bibelotach zamkniętych w chwili.
/szczęście dało się tylko pomuskać wzrokiem i uciekło, wpychając mnie w uściski strzępów nadziei, uściski chaotyczne i porozrzucane po ciele.
oglądam amelię. tłukę szkło. telefonuję do Aleksandry, by potem szukać jej uśmiechu w martwym błękicie młodej nocy.
mam oczy ciepłe od świeżych łez. rozmawiam z gwiazdami leżąc na balkonie. na betonie, który nie jest dziś zimniejszy ode mnie.
"Nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz człowieka. Każdy z nas ciągle oszukuje siebie. Na przykład co dzień spotykamy kobiety, które mówią, że są bardzo samotne i do szczęścia potrzebują tylko dobrego męża. Inni twierdzą, że do szczęścia brakuje im urlopu, wypadów do nocnych klubów, lepszej pracy, przeprowadzki z Teksasu do Nowego Jorku czy do Kalifornii. Jednak kiedy zajrzymy w tych ludzi głębiej, widzimy, że każdy z nich podświadomie pragnie zupełnie czegoś innego. A tak naprawdę, to w ogóle nie wiadomo, czego każdy z nas chce.
Szalenie trudno jest zrozumieć, co się dzieje w naszych sercach i umysłach. Można oczywiście spróbować psychoanalizy i - przy odrobinie szczęścia, po długim czasie - dowiedzieć się nieco więcej o sobie. Znacznie bardziej spektakularne wydają się jednak momenty magicznego olśnienia."
- Woody Allen
czwartek, 20 maja 2010
110.
- Co?
- Kiedy mając dwadzieścia lat jesteś tak strasznie zakochana, ale boisz się zrobić pierwszy krok i czekasz aż On go zrobi. Ale się nie doczekasz. Po dwudziestu latach spotykacie się i okazuje się, że On był w Tobie szaleńczo zakochany, ale bał się odrzucenia. Córeczko, nigdy nie bój się zrobić pierwszego kroku."
/dziękuję moje martynowe szczęście, bardzo bardzo! :*
wtorek, 18 maja 2010
109.
podkrążone oczy, bóle głowy i szum w uszach który krzyczy o sen.
nieobecności, które są obecne w każdej minucie.
to wszystko, niby niedokończony jeszcze sen rzeczywistości.
czwartek, 13 maja 2010
108.
za oknem i pod skórą.
targuję się z nadzieją o jej miejsce w przestrzeni rzeczywistej.
maj wlewa się w deszczowe nastroje, zmęczenie i martwe powieki.
nie pamiętam snów.
poniedziałek, 10 maja 2010
107.
w dniu następnym o poranku spacerować sopockimi ulicami i zajmować miejsce w jeszcze zamkniętej kawiarni z zuzanną, w której potem niemal wpadam w objęcia snu. w małej szufladce ukrytej w okrągłym, brązowym stoliku mokrym od rozlanej kaktusowej herbaty, przy którym chłonąc jazz z głośników, wypchanej od listów napisanych na biletach z grudziądza, skasowanych biletów tramwajowych i paragonach czytam, że liczy się tylko miłość i na małych skrawkach papieru wchodzę w małe przestrzenie prywatności.
/ułożona wzorkiem wbitym w ciemną ściane miotam się w bezsennościach.
czwartek, 6 maja 2010
106.
środa, 5 maja 2010
105.
porankom towarzyszy chłód, który jeszcze bardziej wpycha mnie w ramiona snu, łapczywego i spychającego mnie w czeluście wyobraźni. popołudnie zatrute trzaskiem okien, zgrzytem i rytmicznym uderzaniem wewnątrz głowy. wieczorami myśli delikatnie muskają gwiazdy, przykryte peleryną szarych chmur, tłumiących ich blask. subtelnie uciekają w granatową garderobę nocy. garderobę duszną od parujących łez, wrzasków rozczarowań i fetoru umartwionych marzeń.
/dzisiaj z Zuzanną. przesiadujemy w pokoju krzyczącym od pomarańczowości. głośniki pełne głosu grzegorza ciechowskiego, a przede mną Zuzanna w czerwonej flanelowej koszuli, chyłkiem wykradzionej ze stosu wypranych ubrań, z pełnymi wydętymi ustami na małe rozmowy./
otwieram drzwi i poszukuję pigułek na ból głowy. parzę herbatę i zjadam ciasto.
potajemnie błądzę w korytarzach blizn nasercowych i rozdrapuję je tworząc scenariusze piątkowe.
chyba mam cykora, który narasta we mnie i rozszarpuje moją (nie)świadomość, bo nic się nie uśmiecha w zarys tryumfu. zakładam bransoletkę za 2zł, którą szczęśliwą nazwała pani sprzedawczyni w sklepie.
żonkile w szarawym wazonie zaczynają więdnąć razem z małym wyobcowanym czerwonym tulipanem.
"- Cóż, przyznam się, że postanowiłem iść za tobą i zobaczyć to z bliska.
- Jeżeli szedłeś za mną, to dlaczego byłeś tu przede mną?
- Szedłem za tobą... bardzo szybko. "
- Woody Allen
niedziela, 2 maja 2010
104.
cmentarne rozmowy o życiu i zerwanych żonkilach wcale nie są szare niczym nagrobki, mijane wolnym krokiem ze wzrokiem wbitym w daty.
nie mam czelności pytać o drogę, gdy życie ekscentrycznie zakręca w małe, piaskowe dróżki bez drogowskazów. niebo, matecznikiem myśli, krzepiących ciało i usta pozostawiających w pół zamknięte. wiosna i małe rozczarowania. w pokoju śpi chaos i wdziera się w raban wspomnień. rozrzuconych rozmachem dłoni w pajęczyny snów.
a w snach katastrofy, tonące statki, potoki łez i troskliwe uściski ramion.
na brzegu rzeczywistości siedzę machając nogami i z oczu potokiem łez podlewam kwiaty.
środa, 28 kwietnia 2010
103.
noc bezsenna i płodna w teorie tęsknoty i czasu, roztrwonionego w mylnie wpatrzonych oczach.
dziś w ciele zatrutym od wiosennego przeziębienia z niewiosenną pogodą za oknem rodzą się deszczowe myśli.
w jednym łóżku do snu układają się życie i śmierć. wymioty w snach, według sennika, zwiastują szczęście.
ile bym dała..
"Minęło wiele miesięcy, ale mnie nic nie minęło. Czas dla mnie w miejscu przystanął. "
- Edward Stachura
czwartek, 22 kwietnia 2010
102.
firanka przypominająca sieć rybacką szatkuje obraz nocy. przebijają się latarnie, niby świetliki i szyba staje się lustrem. a lustro jest niby bezstronne, choć oblepione czernią z jednej ze stron.
całe zwoje faktów, których zmienić się nie da trzepią mną wewnętrznie. pomyłki, które aż wylewają się z oczu i wściekłość trawiącą rzęsy.
potrafię korzystać z telefonu, automatu do gorącej czekolady czy mikrofalówki, szkoda tylko, że ze słów już nie.
"Zupełnie inaczej jest, jeżeli masz kogoś, kto cię kocha. To ci daje setkę powodów, aby żyć. Ja ich nie mam. "
- Jonathan Carroll
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
101.
tak z Zuzanną marzymy o wehikule czasu, o wycieczce po życiu, którego jesteśmy tak głodne. małej przejażdżce do czasów idei, w imię których warto byłoby ginąć i żyć. do czasów uwięzienia, które było bardziej wolne niż ówczesna swoboda, którą się dławimy, która zatruwa nasze pół-martwe pompy do krwi i z której uciec nie możemy.
refleksyjne popołudnia bywają splinowe, choć otoczone jasną słoneczną poświatą wpadającą przed okno, rozlewającą się po brązowych panelach w pokoju. rażąco oddziałującej na oczy, wylewając ich zieleń jeszcze bardziej.
herbata, ćmy w głowie, maltretująca pomarańcz pokoju i marzenia zamknięte w poduszce.
trochę mi tęskno. sama nie wiem.
środa, 14 kwietnia 2010
100.
kolekcjonuję chwile, układam je w albumach, które później okrywa szara peleryna kurzu. w szperaniu w ekscentryźmie przeszłości zabijam czas, który później zabija mnie.
harmionia przypadków daje namiastkę sensu.
pewnych spraw nie da się naprawić. nie da się tak po prostu wyrzygać przeszłości niczym wczorajszej kolacji. nie da zmienić kroków, w wytańczonych pląsach pomyłek.
/żonkile wklejone w ulice, światło nadające włosom rudawą barwę, czas obecny zawsze o krok, herbata miętowa, powieki objawiające się z przyklejonym pół snem.
pomimo wszystkiego, czuję się pociesznie, zajęty umysł sprzyja trzymaniu głębszych myśli na dalszym poziomie obecności, co układa się w szeroki uśmiech na mojej twarzy. tylko wieczory, wieczory bardzo lubią mi wspominać.
Temple of the dog - Call me a dog
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
wtorek, 6 kwietnia 2010
98.
ta wiosna wplątana w pozimowe kurewstwo wcale nie budzi we mnie jakiejś aury pogodności, uśmiechu i beztroski.
/nieograniczone czasem chwile układają się w wspomnienie twojego uśmiechu i niepewnego ruchu, który tak dobrze pamiętam, którego szukam w twarzach, w którego zarys układam powieki pod osłoną granatu martwego nieba.
bo twoje piękno bywa bardziej zabójcze niż słowo.
piosenka na dziś: Lao Che - Prąd stały/Prąd zmienny
poniedziałek, 29 marca 2010
97.
wtapiam się w tłumy i w samotne ulice, w niespektakularne zachody słońca, w pociągi i w nie bycie. sen przyćmiewa nieustanna batalia myśli aż do godziny drugiej nad ranem. wiosenne powietrze gładzi skronie w lekkim gorącu i rozwiewa włosy tworząc z nich zgrabny nieład.
mój chaos jest twoim porządkiem. twoim cicho poukładanym uśmiechem, który tak dobrze pamiętam i którego szukam w każdej napotkanej twarzy.
to zabawne, że naszym życiem steruje seria przypadków kompletnie niezależnych od nas. sekwencja chwilowych zaślepień, pochopnych decyzji, krótkich dialogów, pojedynczych słów rzuconych na zeszłoroczny wiatr, który zabrał wraz z nimi nasze małe obietnice innych dni.
/gdybym tylko..
niedziela, 21 marca 2010
96.
.. biegniemy we wrzeszczu na autobus, bo niepunktualna natura Beaty daje o sobie znać. papryka wita nas brakiem biletów, więc poszukujemy uroczej kawiarni, w której potem popijając kaktusową herbatę przesiadujemy. spacerujemy po plaży i przy poszarzałym niebie i łzach wylewających się z jego kołnierza żegnamy białą porę roku niby marzanną wyrzuconą z sopockiego molo. mylimy autobusy i wracamy do gdańska drogą okrężnie namalowaną. z Laurą zrywając plakaty buszujemy do wieczora po całym wrzeszczu :)
/tylko boleśnie odbywa się wyrastanie moich zębów mądrości.
środa, 17 marca 2010
95.
śnieg tańczący na sznurkach słonecznych promieni, herbata miętowa, przepełnione tramwaje, do których nie sposób się zmieścić. rozdarte spodnie, koszula i wnętrze po niedzielnym koncercie.
poranki bywają pełne obietnic. i pozostają tylko obietnicą wpisaną w przebieg przypadkowej sekwencji wydarzeń, w której odgrywamy mimowolnie epizodyczne role.
u kresu dnia powieki nie chcą układać się w zarys snu. bo tylko księżyc kolejną nocą jest bezsenny równie bardzo jak ja. i jak zawsze skomleje coś. o Nim.
piątek, 12 marca 2010
94.
dni robią się coraz dłuższe, a resztki śniegu topnieją nam w dłoniach. czarny płaszcz zajmuje honorowe miejsce na wieszaku przez co czuję, że ubywa mi dodatkowych lat.
życie jest ekscentryzmem przypadków nic nie znaczących, układających się w zarys prawdy, poszukiwanej przez szaleństwa wyobraźni uczesanych przez wiatry mistyfikacji, która jest tylko sufiksem wielkiej łamigłówki.
naszą małą astronomię gwiazd, które nie zasypiają przyćmiewa wieczorna szarość i ciężkość powiek. bez słów uciekam w krainy moich konstelacji.
sny są nieuniwersalne. niedziela wyznaczy szlaki, schowane gdzieś wewnątrz, co pulsują i krwawią mimowolnie a nieraz z uciechy chcą wyskoczyć z piersi.
poniedziałek, 8 marca 2010
93.
posmak wiosny nie sprzyja szlajaniu się po zakamarkach wspomnień i rynsztokach wyobraźni uciekającej w promienie barwiące włosy na rudawo podobne odcienie.
niewyspane ciało ubieram w ciemny płaszcz. z oczu ścieram zmęczenie malując rzęsy.
nie-bycie.
poniedziałek, 1 marca 2010
92.
mimowolnie znów poszukuję tego uśmiechu w ludziach ubranych w nieład.
szary kołnierz nieba płacze wieczorem i odpycha senność w róg pokoju.
wszystko, co zobaczyłam to niedokończone chwile. splamione pomyłkami.
nieufne słowo ubrane w pogrzeby poranków i chrzty nocy.
/namaluj mnie słowami, bo uzbierać ich nie mogę do jednego worka by wysypać i ułożyć ze spektakularną radością.
wtorek, 23 lutego 2010
91.
"Kiedy dziewczyna ma piętnaście lat, nienawidzi mężczyzn i wszystkich chętnie by wymordowała. A w dwa lata później rozgląda się, czy któryś przypadkiem nie ocalał."
- Tadeusz Gicgier
są niemrawe sny i odór śmierci w pokoju, który wchodzi do łóżka, jak nocny gość w przesmykach ciemności. wspomnienia baraszkują wieczorami, a twoje imie ukryte w potokach tajemniczych słów znów zaczynam powtarzać jak mantrę.
zimowe powietrze przedzierające się przez nozdrza zmusza do refleksji. w pogrzebowych kolorach.
okruchy ulotnych radości niedbale rozrzuciłam na wietrze, rozmywającym efekty mojej pracy z grzebieniem. w komplikacji jestestwa umywam ręcę i nie chcę pamiętać kosmyków włosów na czarnym płaszczu. widnokrąg układa się w linie twoich warg, ułożonych przeciwnie do uśmiechu.
ulice w bieli, tak papierowej, zaklinają czas.
nieposkromiony ruczaj łez pokojowych pozostawiony dyskretnie za otwartymi drzwiami.
czwartek, 11 lutego 2010
90.
ludzie w hipermarkecie pchający wózki zmuszają do refleksji.
bo kiedyś obudzimy się, rozkleimy powieki na których zalegać będą jeszcze sny, a ranek rozwieje nasze nocne bycie. obudzimy się, obok kogoś, z przyzwyczajenia. w szponach monotonii i z nożem powinności wobec jakichś narzuconych wartości przytkniętym do gardła. nie wyłamiemy się. będziemy tak trwać i czuć jak ubywamy. na naszych twarzach rozciągnie się pajęczyna zmarszczek, a we włosy wplączemy marzenia, które rzuciliśmy na aborcyjny stół.
/zimowo. biel pełza po mieście. biel tańczy pod latarnią bawiąc się jej światłem.
od nadmiaru zimna nawiedzają mnie bóle głowy.
bezceremonialnie toczymy walkę o siebie.
z trzema łyżeczkami cukru w herbacie osładzam sobie wieczór.
wtorek, 19 stycznia 2010
89.
senność egzystuje we mnie dzisiaj. razem z niewinnie spłodzonym dobrym nastrojem.
drogi żołnierzyku, z papierową bronią ukrytą w oczach. usiądźmy wspólnie w jeden z tych zimnych wieczorów. rozprawiajmy o duperelach i śmierci nad gorącą herbatą. pomylmy nasze oddechy z kłębami unoszącej się pary. ukryjmy się w gwiazdach, które nigdy nie zasypiają.
poszukuję sensu. cokolwiek miałby on oznaczać: codziennie parzenie herbaty, sadzenia kwiatów, poezję, miłość.
śpieszno mi ostatnimi czasy do umierania.
WE WANT THE WORLD AND WE WANT IT NOW!
środa, 13 stycznia 2010
88.
miewam ochotę na ucieczkę w lata 60, w ówczesną Amerykę. na bycie w krainie słowa, poezji, muzyki i pijaństwa na ulicach.
tak bardzo chciałabym wybudzić się z tej gehenny, wyjść jak z widma sennego przekleństwa i znów wpaść w ciepłe ramiona błękitu.
niebo jest rozdrapane czekaniem.
długim palcem czasu.
i czarnym lakierem na paznokciach nocy.
ciężki oddech drzemiącego światła.
tak wtulona w muzykę. z herbatą i bielą za oknem.
poniedziałek, 11 stycznia 2010
87.
wspomnienia egzystują sobie we mnie, jak wyciskacze łez.
sypiam z bezsennością wciśniętą do poduszki.
w gorącej czekoladzie szukam zgubionych chwil ostatnich dni.
i wciąż zdaję się wsłuchiwać w ten głos, prowadzący do czeluści łkających myśli.
maluję rzęsy niedbale. bladością nocy.
"In conclusion, darling, let me repeat: your home is still here, inviolate and certainand. I open the wide smile of my remembrance. This to you on the anniversary of our first night. I know you love me to talk this way. I hope no one sees this message written in the calm lonely far out languid summer afternoon with my total love."
piątek, 8 stycznia 2010
86.
dzisiaj niebo mamrocze smutne historie wplątane w konary drzew. niezgrabnych tancerek prowadzonych przez wiatr.
smutnieję sobie, bo.
za mało wszystkiego i za dużo słów utopionych w herbacie.
najpiękniejsze sny stają się teraz koszmarami.
wtorek, 5 stycznia 2010
85.
dziś nie rozprawiam o rzeczach wielkich. schowanych do kieszeni czarnego płaszcza.
wszystko prysnęło z (nie)urokiem bańki mydlanej płynącej sobie spokojnie po zamglonej linii błękitu.
dziś chowam się w uśmiechach. w trywialności oplatającej mi wargi.
i chcę równocześnie uciekać i chcę powrotów spektakularnych. takich ubranych w niecodzienność słów.
chcę usiąść spokojnie i wypić przesłodzoną herbatę.
poświąteczność mi sprzyja. uciekam w nią. i chowam się w niej z miną zapalonego pięciolatka z przekonaniem, że ani niebo ani piekło obietnic złożonych przez sny mnie nie znajdą.
/tramwaje przepełnione zmęczeniem i angielskim akcentem.
chaotyczne rzęsy i zimne dłonie.
ciemność zatajająca istnienie miasta.
piątek, 1 stycznia 2010
84.
urodziłam się znów, w pudełku zapałek, okryta popiołową szarością rozsypanych chwil. ułożona wzdłuż.
z małymi dłońmi pachnącymi nieużywaniem. z przekonaniem, że zginę uduszona własnymi łzami.
dzisiaj oddycham, rozrywana przez obawy. przez sępy spojrzeń. przez przeszłość, która napatoczyła się tuż obok równo o północy. w tej samej ciemnej kurtce.
nie czuję nowego roku. nic nie czuję. nic się nie zmieni. pesymizm we mnie tańczy.
kolejny rok na tym samym przystanku.
środa, 30 grudnia 2009
83.
wszystko, co przed nami wygląda dziś jak niedokończony rysunek na białej kartce.
z rozmytej szarości przetaczający się w kobierce bieli.
/na podłodze w pokoju są plamy po słodkiej herbacie.
rozdzielam się na części, by mniej tęsknić. półmartwymi nadziejami wnikam w dywan.
w zapałkowym ogniu szukam ciepła ramion.
gwiazdy wchodzą mi pod powieki z obietnicą telewizyjnego spełnienia, by potem mógł poranek wysnuć je przezornie. markotnością twojego spojrzenia kopulującego ze śmiechem błękitu.
wtorek, 29 grudnia 2009
82.
chciałabym, żebyście byli, tak bardziej, w każdym śladzie oddechu złożonym na zimnej szybie.
tacy zaklęci w mimowolnych poszukiwaniach spojrzenia.
w chaosie.
w poranku.
i nocy.
znowu jestem zaplątana w żałowanie. opanowana chęcią cofnięcia czasu. wypełnienia czasu słowami, których nie zdążyliśmy sobie powiedzieć.
"Kłopot z życiem polega na tym, że nie ma okazji go przećwiczyć i od razu robi się to na poważnie."
- Terry Pratchett
niedziela, 27 grudnia 2009
81.
zatracam wszystkie wartości w całej tej świąteczności grudnia. w sumie to są zwyczajne dni, tyle, że gorsze i wybudzające ze mnie widma spraw, przed którymi roztaczam aurę zapomnienia.
środa, 23 grudnia 2009
80.
schowana w tą ciszę zasznurowaną twoimi wargami, coraz mocniej jestem niepoukładana. rozlazła między koszmarem dnia i snem nocy. jestem rozjebana we wspomnieniach. w drobnych gestach rozcierających granice ambiwalencji. w każdym szczególe i zapachu.
pustawo w czterech ścianach. szyderczo rzucających pomarańczą na turkus. w kieszeni chowam ciepło słów. i ogrzewam nim dłonie. wypalam wszystkie zapałki i chowam wszystkie do pudełka, pełnego popiołem.
wszystko układa się w kształt samotnych pomruków schowanych pod poduszką przesiąkniętą twoim obrazem, malowanym przez sny.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
79.
ciepło twoich dłoni wytwarza swoistą parę, ulatniającą się i spowijającą całe miasto.
obłapiam ją w jej chwilowym zawieszeniu nad moją głową i spoglądam z żalem wdzierającym się pod powieki jak wycieka mi pomiędzy palcami.
poranki przesiąknięte wspomnieniami snów. pachnące oczekiwaniem. na dzień. na widmo snu.
nieświąteczna jestem. zupełnie.
rozklekotana, jak stary fotel z ciemnego poddasza. taki skrzypiący i oblepiony warstwami kurzu.
posłusznie moknący od ciemności kąta. podgryzany przez gryzonie mamione wilgocią pomieszczenia. pomieszczenia mokrego od łez wyduszanych przez samotność.
niedziela, 20 grudnia 2009
78.
śnieg.
tłoczący się w odmarzniętych kończynach.
bliskość, nieużywana. w tej samej nocnej koszuli. nierozpakowana. na wyprzedaży. taka cicha, napastowana oddechami niepewnie rozlewającymi się w eterze.
niebo grzeszy dziś błękitem.
każdy krzyk wywołuje we mnie wewnętrzne roztrojenie. przywołuje mi chwile. wszystkie. przebiera. i łzy wydusza, gdzieś schowane pod poduszkę. taki sam porządek każdej z chwil.
porządek w nieporządku codzienności chłostanej monotonią i osamotnieniem dłoni.
tęsknota jest krwawiąca. krwawiąca skruchą i nieczuciem czasu. zamknięta w każdej komórce mojego ciała i zmieszana z krępacją spojrzenia.
w gorącej herbacie się zamykam. zamykam się od wzroków.
"Potem pyta, czy może mnie pocałować. Zazwyczaj nie lubię tego pytania. Po prostu całuj - zawsze myślę."
- Emily Giffin
piątek, 18 grudnia 2009
77.
mam ochotę usiąść i już nie płakać więcej. tak między ulicami, w cieniu, w ciszy się schować. przy świetle księżyca wyżłobić anioła w śniegu.
pożegnania ze snami. te chore od łez i wpychające w objęcia pierwszego napotkanego człowieka.
nie wiem w czym tkwi problem. niezdecydowaniem maluję rzęsy. niebiem krzyczącym wspomnieniem błękitu, na którego dnie chciałabym dostrzec odbicie swoich oczu.
pomimo nijakich dni i tej szarzyzny, czas ucieka szybko. wdrażam się w schemat dni. wyłamując się z niego czasem i wystawiając się tym samym na niewygodne myśli wylęgające się we mnie.
dzisiaj mogę schować się pod peleryną nocy. policzyć wszystkie gwiazdy na niebie i myśleć, że jesteś, jak kiedyś.
moja empatia wskakuje na wyższy poziom. co za absurd!
środa, 16 grudnia 2009
76.
herbata i moje oczy odbijające się w tafli szklanki. tak bardzo dziwnie zielone. dżem na głośnikach przeplatający się z dźwiękiem fortepianu w sąsiednim pokoju.
czasami lubię bawić się bezsennością. rozdzierać ją na pojedyncze kształty moich nadziei. spokojnie przetaczających się po pokoju i obrastających w kurz.
nie lubię takich poranków, które krzyczą, że to już koniec. że dziś jest jeszcze później, by wejść ponownie na start. gdy przytulona do wiatru, wsłuchuję się w echo dni, jakie mi przynosi.
w chwilach wolnych surrealistycznie układam się w migawkę jakby zza okna pociągu tnącego powietrze.
pustawo wewnętrznie mi i wieczory są zimne. zimne płatkami śniegu na parapecie.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
75.
słowa rozrzuciłam na poligonie wymówek, strzępów wyrzutów sumienia ubranych w krzywy uśmiech przyklejony do twarzy.
z poaborcyjnym szczęściem owijającym mi niespełnienia. w kosmyki brązowych włosów, potarganych dzisiejszą ciszą źrenic wplątuję chmury przyziemności, rozejm dla walczących myśli.
wywlekam z siebie sny, które zabite codziennością są zmartwychwstającym chrystusem, którego chcę pogrzebać zdrowym rozsądkiem. spluwam wzrokiem na twarz człowieka przed lustrem i rzucam kilkoma kurwami pękniętymi kącikami ust.
jestem uwikłana w pajęczynie twojego kroku. na domiar złego coraz mocniej prześladuje mnie ból głowy i żołądka, który w perspektywie najbliższych miesięcy maluje się wizytą u lekarza, której chcę uniknąć.
herbata. książka. nienawiść i rozdrapywanie zaschniętych wydzielin wrzasków.
i znów udawanie od nowa. kurwa, przedstawienia zawsze mają swój koniec, mamusiu.
niedziela, 13 grudnia 2009
74.
śmiej się lub nie, ale przy ostatnich stronach puściły mi zwieracze w oczach.
twój obraz w mojej głowie maluje mi się chaosem.
porozrywanymi spojrzeniami zamkniętymi w ścianach twojego zapachu.
niespodziewane krwotoki olśnień, co zaglądają pod powieki o szóstej nad ranem i dają w ryj.
zmęczenie układa mi się pod powiekami, a rzęsy są sklejone wczorajszym snem.
ubieram ciszę. rozbieram krzyk. coraz mocniej się nienawidzę.
czwartek, 10 grudnia 2009
73.
to miasto zakochanych, choleryków i wdów z papierosami w drżących dłoniach i ich tęsknoty wydychanej razem z dymem.
to miasto, w którego zapachu i oparach spalin wstawałam co dzień rano, wysypując z siebie sny i mimowolnie wpadając w objęcia codzienności. to miasto, którego nienawidzę i którego mgłe rozdzierają spóźnione tramwaje pękające od zmęczenia i strzępów rozmów. miasto duszne od oddechów.
miasto, w którym zaczęłam umierać. miasto, w którym sny pozostały tylko niedorzecznością nocy.
wiesz, kiedy przed oczami migały mi moje senne wizje, wszystkie światła były czerwone, a oczy wbite w podłogę, w której szukałam błękitu.
"Zadziwiające, jak osądzamy bliskich, nie zdając sobie sprawy z podłości naszego lekceważenia, dopóki ich nam nie zabraknie, dopóki nie zabiorą ich nam. Zabierają, bo nigdy do nas nie należeli.."
- Carlos Ruiz Zafon
(no właśnie.)
dziś dławi mnie pustością. dziś potykam się o własne nogi, myśli i zamknięte wargi.
wstaję za późno, bo zatrzaski snu na powiekach są mocne. te kawałeczki, miliardy szklanych kawałeczków zaniedbania rozpryskują mi się po całym ciele, kroją mnie od środka, zostawiają małe rany krwawiące moim żałowaniem.
czy nasze zdechłe spojrzenia zaliczają się już do przedmiotów?
wtorek, 8 grudnia 2009
72.
w sumie rozmowy o duperelach promieniujących z tego świata, zamykają moje myśli.
były marudne początki dnia, zaspane i była herbata. były kradzione uśmiechy i wyprzedaż wspomnień. były szyby ciepłe oddechami od zewnątrz. były plany, które zdąrzyły się potknąć, nim je zaplanowałam. była pustka przybierająca kształt spojrzeń, jakie zapamiętałam. były sny trawiące powieki. było czekanie i wlepianie wzroku w zegarek co trzydzieści sekund. było mnóstwo czekolady topiącej smutki nijakich dni i bezsennych nocy. był czas marnowany na rozprawianie o jego braku. była nicość ubrana w słowa, po prostu.
ja przypadkiem.
choć nie przypadkiem znowu spotkałam twoje źrenice.
"Ten, kto nie jest kochany, zawsze jest samotny wśród tłumu."
- George Sand
poniedziałek, 7 grudnia 2009
71.
Aleksandra i spacer z nią późnym, nagrobkowym wieczorem po plaży i cisza zakłócana dźwiękiem fal rozbijających się o brzeg. widok miasta pokrytego ciemnością i tajemnicą, kontury budynków i jego światła przypominające świetliki. kłęby oddechów lawirujących w chłodzie nadmorskiego powietrza.
moje serce sprawia wrażenie obumarłego o każdej porze dnia. abstrakcyjne wymysły mojej wyobraźni zaczynają milknąć, przykryte strumieniami codzienności opływającej mnie w ciągu dnia i papierowymi spojrzeniami.
oddaje się im wieczorami, nocami okraszonymi bezsennością, na co wskazują podkrążone oczy.
szukam płynności w snach. snów szukam w uścisku realności.
"take it as it comes"?, pomyślałam, tak jak śpiewał Jim Morrison.
sobota, 5 grudnia 2009
70.
powieki swoją ociężałością i przychylna mimika twarzy tuszują krwawą batalię myśli w mojej głowie, choć bandaże zdrowego rozsądku zaczynają już napełniać się ich czerwienią.
przeciągam się zapachem żółtej pościeli, pod którą, znów rozdrapał mnie sen, przyklejony do nieumalowanej rzęsy. siedzę ze wzrokiem wlepionym w zaokienny chłód zaklęty w cichość tej ulicy.
siedzę w miejscu, do którego nigdy nie chcę wracać, a które zwykłam nazywać domem. w miejscu, w którym poczucie niedopasowania wzbiera we mnie i wylewa się na brzegi warg, które wykrzykują je, bez echa. w miejscu, w którym pani krępacja i pan łachmyta zaufania, tworzą idealną harmonię, która podsyca tylko moje wewnętrzne roztrojenie. nierówno wyśpiewane zwrotki moich dni i spojrzeń, ten sam refren, a właściwie, brak refrenu.
zetrę kurz z szafek, zjem kolejną tabliczkę czekolady, położę się i w błękicie nieba poszukam twoich oczu. napełnię się chłodem pokoju, zwalczając go ciepłem kolejnej herbaty i wezmę tabletkę na ból głowy, który stał się moim najbliższym towarzyszem dni. przetrę zaparowane lustro i pozadręczam się mankamentami mojej fizyczności. sobota uczesana w nudę wiszącą w powietrzu.
gorąca herbata wypita zaraz po opuszczeniu łóżka, powiedziała mi, że podobno w twoim sercu był wczoraj śnieg.
był?
piątek, 4 grudnia 2009
69.
poczucie winy siada okrakiem na moich kolanach. krzyk otwiera okna i popełnia samobójstwo skacząc z drugiego piętra. w głowie małe skrawki dzisiejszego dnia kaleczące mi sny.
piątkowe rozerwanie, ja pierdolę, na śmierć zapomniałam, że żyję.
czwartek, 3 grudnia 2009
68.
tramwaj. spóźniony i roztrzaskany o grudniowe zmęczenie.
widzisz, tak się składa, że miewam wyraz twarzy dziecka, które w piaskownicy dostało w twarz z pytaniem "dlaczego?" w oczach, z zasznurowanymi wargami, bo słów się obawiam.
bawię się skrajnościami i zostawiam je we mgle spowijającej miasto, w kałuży rozczarowań, w którą mam sposobność wpadać niemal codziennie.
/występuję z brzegów moich niepokoi przed Mateuszem i mówię, odrywając się od matematyki, jak potęgująca się we mnie nieśmiałość zaprzepaszcza moje marzenia, że nie będę matką swoich dzieci, że czuję się samotnie, że kilogramów nadto i że nie będę dziennikarzem. o!/
wracam do domu i zastaję zbawienie w postaci kartonów czekolady. a po dzisiejszym wspaniałym spotkaniu we śnie, znowu wracam w mocny uścisk rzeczywistości, na pożegnanie nocy.
za dużo pustości w objęciach pomarańczy pokoju.
za dużo oczekiwania z zielenią spojrzenia wlepioną w zegarek.
za dużo marudnego pomruku wplątanego w brązowe włosy.
za dużo nicości.
/święta pachną. ozdoby choinkowe, ciastka i prezenty aż skwierczą ze wszystkich stron. życiodajne kłamstwa pięknie wprasowane między rodziny z obrazków. z precyzją snajpera.
zamiast woni radości z nimi związanymi, w głowie mam tylko fetor świątecznej krzątaniny, kłótni i pozowania na dobrą rodzinę, którą nie jesteśmy.
nie chcę już udawać. wolę to wszystko przespać i zapomnieć, jak kolor zeszłorocznego śniegu.
wszystko rozsypuje mi się w rękach i ucieka między palcami. ciepłe spojrzenia zabrał ze sobą wczorajszy podmuch wiatru. ostudził emocje. zamazał plany. cynicznie zaśmiał się błękitem i odszedł. zwyczajnie.
środa, 2 grudnia 2009
67.
mój dzień z pomałanym obcasem, bo się uciekał zbyt szybko, usiadł wygodnie w fotelu z papierosem i z dumą nakreśloną na twarzy wypuszczał chmury dymu do mojej głowy.
miał zmoczone włosy, porannym deszczem i wpatrywał się w ciemne niebo, szukając kłębów białych chmur.
monotonność chował pod spódnicą, lekko podwiewającą przy wietrze wpuszczonym do mieszkania przez uchylone okno.
gdzieś pomiędzy palcami przemycał rozczarowania i sępy ukradkowych spojrzeń.
w uszach szumiało mu echo słów, których nie usłyszał, obijających się gdzieś chaotycznie.
wbijał swoje długie paznokcie pomalowane kontrolowanym oddechem i jadem sączącym się z oczu w moją dłoń, rozszarpując ją aż do krwistości. zostawił blizny nasączone jego obrazem.
dzisiaj nie lubię siebie bardzo. pustość wewnętrzna wyskoczyła ze mnie i pełza mi po podłodze. rozlewa się i znów scala do pierwotnego kształtu stworzonego w mojej świadomości opruszonej zeszłorocznym śniegiem.
szyba jest zimna resztkami wczesnego deszczu, tysiącami jego kropel. dzień się potyka, przewraca i łamie sobie nogi obrzygując mnie swoim jękiem. powietrze krzyczy chłodem oddechu i oparami roztartych wzroków. w gorącej parze ulatującej z czajnika dostrzegam nieistniejące kłęby oddechów, nieskładnie wijących się przed moim nosem.
zablokowany okruchami jedzenia klawisz odmawia posłuszeństwa.
grudzień mnie krępuje.
wtorek, 1 grudnia 2009
66.
gryzą mnie słowa, gdzieś w środku, których nie umiem posklejać i okryć nimi Ciebie.
chciałabym napisać, że niebo znów płacze i wdziera mi się we włosy, poplątane pozornym brakiem czasu ostatnimi dniami.
chciałabym napisać, że po policzku wieczorami spływa mi łza, niemal wypalająca mi na nim dziurę, swoim słonym posmakiem.
chciałabym napisać, że nieszczęśliwa jestem przystankowym chłodem opływającym mi rzęsy.
chciałabym napisać, że coraz częściej zdarza mi się garście wyrzutów sumienia wpychać do gardła, pozostawiać w nim krwistość spojrzeń ubranych w uniki. nie mówić. żałować. wszystkiego po trochu.
chciałabym napisać, że dnie są marudne i szybko gasną. że uczesane są w zmęczenie i nieufność, przeszywającą mnie coraz bardziej.
chciałabym napisać, że zatracam dziś poczucie czasu i dnia. i że budzę się codziennie kimś innym.
czuję się taka zostawiona w kącie, taka zakurzona i nieświadoma słońca, jak niedoczytana książka.
krztuszę się tym chaosem. cholerną dezorientacją, wydłubującą mi wspomnienia i podającą je na śniadanie, na kolację. żeby tylko nie zapomnieć, choć by się chciało.
niedziela, 29 listopada 2009
65.
dzisiaj wyzerowuję swój entuzjazm chłostana zmęczeniem i obolałym ciałem. wlepiam wzrok w kołnierz blaknącego nieba i spoglądam mimowolnie na zegarek, wącham jak ulatnia się czas przy jednej piosence obłapiającej mój słuch od samego rana.
ponuruję. przytulajcie mnie co chwila.
"Szczęśliwe zakończenie to luksus na jaki może pozwolić sobie fikcja."
- Trudi Canavan
sobota, 28 listopada 2009
64.
przemarzam i przeszywa mnie jesień. strumienie deszczu tańczą pod światłem lampy na ulicy.
teraz słyszę pośniadaniową ciszę, efekt cudownego wyspania się.
o dłoniach. o pociągu. zapamiętałam sen przelewający mi się dzisiejszej nocy.
wyczekuję szesnastej, by znowu zapominać na kilka godzin wtłaczając do swojej głowy muzykę i chmury papierosowego dymu, potykając się o plastikowe kubki po piwie.
zawsze chciałam zachować wszystkie myśli, w kalejdoskopie życia. mimowolnie wyparowywały, by powracać wskrzeszone cichością spojrzeń przecinając mnie w skroś niczym pijany skurwysyn nożem tnący powietrze.
opluj mnie krzykiem, bym już nie musiała milczeć.
piątek, 27 listopada 2009
63.
ze zniechęceniem sypiam. jestem rozstrojoną struną okrytą kurzem. jestem przekleństwem, jakie rzucam co dzień rano przyglądając się swojej twarzy w lustrze otumanionej porankiem i ze snem zalegającym pod powiekami.
przymarzam do ulicy idealnie zaniedbując poczucie czasu. moje zatracanie nadziei na cokolwiek jest procesem bardzo złożonym i marudnym. czuję, że niedługo przyjdzie czas, kiedy zacznie trawić mnie poczucie winy, że mogłam zrobić więcej, że mogłam narodzić się kimś innym. czuję, że spali mi rzęsy i pozostawi przekrwione oczy, czerwienią tworzące obrazy w mojej głowie.
w tramwaju pustki czuję w powietrzu i wzrok wlepiam w szybę zimną oddechem jesieni z zewnątrz.
nie uzbroiłam się w uśmiech na specjalną okazję, nie zaparzyłam ulubionej herbaty, nie zapamiętałam snu.
dziś mam ochotę umrzeć. nic więcej.
czwartek, 26 listopada 2009
62.
/opowiedz mi bajkę, konkubinacie szatana.
opowiedz mi bajkę, o nocy rozrywanej wrzaskiem szarości.
opowiedz mi bajkę, o nocy schowanej między palcami mimowolnie ulatniającej się.
o kolorowych myślach i żonkilach wyrastających na moich oczach w przebłysku dnia.
opowiedz mi historię zapatrzoną w twoje oczy. leniwie wypływających z krainy oniryzmu.
o tańcu niepewnych spojrzeń w blasku żarówki powolnie blaknącej, owiniętej kłębami naszych oddechów. o dwóch dłoniach i zielonym autobusie. o ósmym dniu tygodnia. miejscu dla przegranych z duszy strzępem. miejscem drugiej szansy.
brakuje mi.
a jutro jeszcze nie istnieje.
środa, 25 listopada 2009
61.
dzisiaj jestem czternastoletnim jezusem upadającym po trzykroć pod ciężarem krzyża twojego wzroku.
kobieta w tramwaju pozostawia na poręczy zapach papierosa, który spływa jej po palcach. nonszalancki pomruk rzeczywistości. mam zaróżowione policzki, smagane wiatrem w czasie niemrawej drogi do domu. usta mnie pieką, od nieużywania i braku pomadki. noc wdziera mi się zza okiennego nieba, rozlewa mi się po podłodze, ściany ochładza i mój wzrok chaotycznie figlujący z zegarkiem. ulubioną herbatą raczę podniebienie i kurewsko nic nie odczuwam.
wtulam się w poezję. sypiam na siedząco. radośnie bywa. tylko.
szukam kropel z deszczowego snu, ciepła, roztrwonionego czasu z nadzieją, że znajdę go gdzieś przyczajonego tuż za rogiem cnotliwej ulicy z latarnią, ramion.
pozdrawiam z pomrukiem pocałunku złożonego na bladym policzku, z mojej golgoty.
"Nie kochasz mnie. Nie znasz mnie. Kochasz kogoś kim myślisz, że jestem. Gdybyś znał mnie, nie kochałbyś mnie. I nie próbuj udawać, że mnie znasz, ponieważ nawet ja siebie nie znam. "
- Eddie Vedder
wtorek, 24 listopada 2009
60.
jestem problemem - tylko aż - bo milczenie obłapiam w jego szalonym locie i o słowa się potykam. pod językiem chowam prawdę, rozpryskującą się na miliony, miliardy kawałeczków, chaotycznie i niepewnie. nie po drodze Ci, by wysnuć je z pod ciężaru półcichości.
zrób coś, bo nie chcę już wstawać o drugiej nad ranem ze strachem i kurewską czerwienią przyklejoną do powiek, bo ten dzień zgniótł mnie subtelnie i sen mnie rozrywa i naprzykrza się.
to wszystko jest trudne, nie chcę już czekać.
poniedziałek, 23 listopada 2009
59.
siadam przy świecy i przeglądam go, być może po raz ostatni i czuję woń bezsilności, jaka przeszywa mi skronie na myśl o gestach i słowach, których nie zdąrzyliśmy sobie powiedzieć. wypijam herbatę o smaku rozgoryczenia, której smak próbuję zmienić dodając do niej kilkanaście łyżeczek cukru. moje paznokcie splamione zaniedbaniem są połamane i zamalowane na bordowo, by ukryć białe smugi od natrętnego wyładowywania na nich swojej złości i zażenowania. powieki nabrzmiałe słonymi łzami, których posmaku nie chciałam znać. w końcu napiera echo dawnych lat forsując osłonę ciszy, w jaką uzbroiłam się depcząc wszystkie retrospekcje nękające mnie przed snem i budząc we mnie chorobę, od której uciekałam. wgryza mi się gdzieś w czaszkę, przenika do krwi przetaczającej się w żyłach, swoim odorem wybudzając ze śmierci nadzieję, która szybko ustępuje miejsca wrzawie wyrzutów sumienia topiących moje ostatnie oddechy niczym wosk z dawno rozpalonego znicza.
to choroba śmiertelna, w każdej chwili może nastąpić jej gwałtowny nawrót, wybudzający ze snu obrazy z przeszłości, a fakt bycia nią dotkniętą oszpeca mój uśmiech i hedonizm tętniący do tej pory w każdym skrawku mojego ciała.
"Można zamknąć oczy na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia."
- Stanisław Jerzy Lec
niedziela, 22 listopada 2009
58.
później prosto i klasycznie przesiaduję w parku z aleksandrą, aż dopadnie nas wieczór.
"- Rozmowy ludzi to jest taki McDonald's.
Szybko zjeść i nie stać za długo w kolejce.
- Dokładnie. Ludzie myślą, że się najedli a zeżarli jakieś gówno.
Myślą, że porozmawiali, a pieprzyli głupoty. "
potykam się o słowa krocząc po brzegu kubka wypełnionego twoim zapachem. niepewnymi pociągnięciami maluję rzęsy i niezdarnie pozbawiam się porcji mojej grzywki.
moja twarz jest równie blada, co ściana w piwnicy, a usta równie czerwone jak krew przelewająca się w żyłach.
nie widzę. nie chcę. nie czuję. zieleni wyglądam ze spektakularnym jękiem kurczących się źrenic napastowanych przez światło. obłapia mnie, mimo wszystko, nie-marudny humor złowiony w dniu wczorajszym i soboty wyczekuję.
piątek, 20 listopada 2009
57.
rozpływam się we wspomnieniach, kiedy miałyśmy po dzięsięć lat, przywołuję je do siebie i rozpryskuję na tysiące kawałeczków dzisiejszego dnia. stare miasto, sajgonka, przemoczone buty. cały ten piątek połknęłam niczym środek na ból i czuję się pociesznie. i zmęczenie powoli zaczyna zalegać pod powiekami.
jutro znów majstrujemy w dobrym nastroju. na sobotnią perspektywę doznaję skurczów na twarzy i uśmiech sam się wyzwala. podziękowania dla cudownej panny De z wielkimi oczętami, tak cudownie wyciskającymi radoście tych godzin.
czwartek, 19 listopada 2009
56.
gdzieś na kresach
doby
nie w Twoim śnie, lecz
w swoim!
miotają mi się myśli koszmarne pod powiekami i nie śpię tej nocy. łagodnie wsmarowywuję w siebie balsam podejrzliwości i ciepła kaloryfera, które cudownie pieści zmarznięte ciało.
kawałek siebie mam, w kieszeni czarnych spodni i pod czarnym trampkiem, powoli przeistaczający się w ciecz, leniwie wypływającą z pod krat twojego rozmemłania i źrenic.
kroję czas, na wskroś, ulicę przecinam na pół i zamykam się w niej, jako nastoletnia kurwa zgwałcona trzepotem twoich rzęs.
prócz perspektywy najbliższego czasu malującego się jękiem podręcznika do historii, pociesznie umalowane dziś się wałęsa gdzieś we mnie. milknie we mnie rozszarpanie.
godzina szesnasta, a zmrok okala już ulicę, światło z najcześciej objawianej oczom latarni obija się już o parapet i tworzy swoisty zakamarek izolatki od udręk wczorajszych. ból głowy roztrzaskany o znudzenie i zapowiedź snu.
tak bardzo przespać chcę jutro, zakamuflować się pod osłoną szarości poranka, rozpłynąć się w jego mgle opływającej moje ulubione zaułki trwania pod tym imieniem.
gryząc pióro
piszę
ten list, by smutną nagość
zakryć
choć takim listkiem
środa, 18 listopada 2009
55.
dotykam się w okolicach klatki piersiowej i czuję jak serce przestaje bić, gdy pomyślę o tych wszystkich samotnych brzaskach i wieczorach, w które wplątuje mi się ta tęsknota do uśmiechów, ramion.
pół-ciche markotnie i chłodno pachnące dziś. z Aleksandrą przesiaduję w ulubionym miejscu w tym mieście o ulubionej porze roku. czerwona szminka na ustach i ziąb niosący ze sobą całe czternaście lat i dziewięć miesięcy, w których chorowałam od wspomnień. bo ze wspomnieniami jest tak, że wychodzą na ciało i egzystują sobie, jak pasożyty.
potrzeba mi trochę.
trochę zapomnienia, uścisku, zapachu i bluesa, bo czuję, że jestem chłodna, niepoukładana i rozrywana przez sępy twojego wzroku i milczenia, które przed snem puka nieustannie w moje powieki. nie-rzeczywiście osądzam ten błękit i gubię się znowu za rogiem twojego spojrzenia.
wyspałam się dzisiaj, choć śniłam co nieco.
- przyszedłeś się ze mnie śmiać, czy do mnie uśmiechać? odpowiedz.
- tak przyszedłem. nudno tu, nie? widziałem cię wczoraj jak przyjechałaś na oddział.
- widzisz tutaj kółko?
- no nie, bo zamazałaś.
- bo to było wczoraj. i nie ma. jest tylko dziś. lubisz dziś?
- znaczy, chodzi ci czy dziś jest okej?
- musisz lubić dziś, to dziś ciebie polubi. a o wczoraj zapomnij, to ono zapomni o tobie.
- niezłe, a o jutrze też coś masz?
- o jutrze nie wolno. ono nie jest nasze. o świcie do każdego przyjeżdża wóz i przywozi mu jego jutro. ale wcześniej nie wolno tego dotknąć, bo nie wiadomo, czy będzie twoje. a teraz co widzisz? - kwiatek.
- czyli co to jest? naprawdę nie wiesz?
- no nie..
- to jest nasze spotkanie. wiedziałam że do mnie przyjdziesz i narysowałam kółko. jakbyś się ze mnie śmiał albo byś mnie uderzył, to bym je po prostu zamazała.
