czwartek, 3 grudnia 2009

68.

rzucam telefonem wyrywającym mnie ze snu o ścianę.
tramwaj. spóźniony i roztrzaskany o grudniowe zmęczenie.
widzisz, tak się składa, że miewam wyraz twarzy dziecka, które w piaskownicy dostało w twarz z pytaniem "dlaczego?" w oczach, z zasznurowanymi wargami, bo słów się obawiam.
bawię się skrajnościami i zostawiam je we mgle spowijającej miasto, w kałuży rozczarowań, w którą mam sposobność wpadać niemal codziennie.

/występuję z brzegów moich niepokoi przed Mateuszem i mówię, odrywając się od matematyki, jak potęgująca się we mnie nieśmiałość zaprzepaszcza moje marzenia, że nie będę matką swoich dzieci, że czuję się samotnie, że kilogramów nadto i że nie będę dziennikarzem. o!/

wracam do domu i zastaję zbawienie w postaci kartonów czekolady. a po dzisiejszym wspaniałym spotkaniu we śnie, znowu wracam w mocny uścisk rzeczywistości, na pożegnanie nocy.

za dużo pustości w objęciach pomarańczy pokoju.
za dużo oczekiwania z zielenią spojrzenia wlepioną w zegarek.
za dużo marudnego pomruku wplątanego w brązowe włosy.
za dużo nicości.

/święta pachną. ozdoby choinkowe, ciastka i prezenty aż skwierczą ze wszystkich stron. życiodajne kłamstwa pięknie wprasowane między rodziny z obrazków. z precyzją snajpera.
zamiast woni radości z nimi związanymi, w głowie mam tylko fetor świątecznej krzątaniny, kłótni i pozowania na dobrą rodzinę, którą nie jesteśmy.
nie chcę już udawać. wolę to wszystko przespać i zapomnieć, jak kolor zeszłorocznego śniegu.

wszystko rozsypuje mi się w rękach i ucieka między palcami. ciepłe spojrzenia zabrał ze sobą wczorajszy podmuch wiatru. ostudził emocje. zamazał plany. cynicznie zaśmiał się błękitem i odszedł. zwyczajnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy