otwieram oczy tak mocno w obawie przed napływami płaczu, że aż czuję ból, bo znów próbuję ocierając paznokciem o zdjęcie poczuć coś, czego szukałam w obszarze promieniowania twoich tkanek, kiedy stałam obok z tak bardzo nieużytecznym ciałem.
/wczoraj;
nocą rozdzierają światła samochodu czerń oblepiającą każdy skrawek lasu, który rozrastał się wokoło drogi. potoki płynów mazgających się nad głowami ciemnych chmur, które swoją ponurą aurę rozsiewają po całym niebie, zamieniając jego błękitne spojrzenie w rozmazy szarości. co chwila zarysy przeskakujących na sąsiedni, niemal brzeg drogi, bo te chimery pogodowe uczyniły ją niemal morską siostrą małych żab i myszy, których nieświadomość wpycha je pewnie pod koła wszystkich pojazdów sennie mknących przez węglowe krajobrazy początku kolejnego dnia.
znów wyeksploatowana z sił i strzępek nadziei przyczepionych jeszcze gdzieś do ciała kładę się nie przebrawszy się nawet do łóżka, które stało się małą kolebką myśli z wykrzywioną twarzą i twoimi ustami. ciszą.
nie mam ochoty choćby skakać z wieżowców bo ogołocona z każdego marnego złudzenia czuję jak zaczyna boleć mnie wzrok, słuch i dotyk na każde ujęcie ciebie.
tragiczne życiorysy rozrzucone na stole. granatowe trampki. herbata. czas. milczenie telefonu. rozrastające się zimno podskórnie-wewnętrzne. skwierczące od próżni dzisiaj (nieobecny..).
sobota, 28 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz