słowa miarowo stukają wewnątrz głowy i wystukują bezsenność. słowa kopulujące z ciszą namnażają we mnie podskórne konflikty.
nie bawię się nocą, sklejając kontury pochłaniane przez jej rozrastają się czerń wszystkiego, co zasięg oka obejmuje. walczę z tego natłoku myśli z kołdrą, ciałem, pozycją ułożenia głowy, namolnie otwierającymi się powiekami i samą sobą produkującą coraz to większe ich szeregi.
analizuję powoli każdy kroczek, każde słowo rozgryzam na pół i szukam tego błędu, który z lubieżnością obrócił mi ten oniryczny dzień w czeluście rozumu, który kruszy wszelki obraz namalowany lewą ręką nadziei (nadzieja nie jest mańkutem, panowie). wybałuszam oczy i nadziewam wzrok na zegarek, który napędzany tym czasem, który zdaje się za szybko uciekać wybudza rozum otumaniony urojonymi scenariuszami, a ten za to maluje tą moją wewnętrzną poczekalnie na te parę słów czernią i żałobne pieśni wyśpiewuje przy zamknięciu jej drzwi. sygnału nie będzie, słowa choćby przeżutego. mieszkasz tam w tym swoim świecie i łamiesz mi kości palców, kiedy próbuję otwierając lekko drzwi wejść do środka, a wtedy nie czuję bólu rozgniecionych kości, ani złości, właściwie nie czuję nic, a ta nicość rozrasta się do każdego skrawka ciała, coraz mocniej nieczułego i przesiąkniętego tym wszystkim, czego nie dotknęło.
znów czuję się arlekinem o włosach koloru brązowej koperty, który uporczywie próbuje jakoś poruszyć jednoosobowym tłumem, do którego należy. który, mimo, że znów schowany gdzieś w odmęty dnia i obrastający szarością wypluwaną przez jego serce to obmyśla tylko nowe sztuczki, żeby tłum był skory uśmiechnąć się, choć raz, tak specjalnie, dla niego.
czwartek, 26 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz