dzień po dniu spotykam przeszłości na drodze, na której nie ma miejsca na przyszłość. chronologicznie i mimowolnie w blasku zaskoczenia.
śnieg tańczący na sznurkach słonecznych promieni, herbata miętowa, przepełnione tramwaje, do których nie sposób się zmieścić. rozdarte spodnie, koszula i wnętrze po niedzielnym koncercie.
poranki bywają pełne obietnic. i pozostają tylko obietnicą wpisaną w przebieg przypadkowej sekwencji wydarzeń, w której odgrywamy mimowolnie epizodyczne role.
u kresu dnia powieki nie chcą układać się w zarys snu. bo tylko księżyc kolejną nocą jest bezsenny równie bardzo jak ja. i jak zawsze skomleje coś. o Nim.
środa, 17 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz