na ulicy zalega cienka warstwa śniegu.
herbata i moje oczy odbijające się w tafli szklanki. tak bardzo dziwnie zielone. dżem na głośnikach przeplatający się z dźwiękiem fortepianu w sąsiednim pokoju.
czasami lubię bawić się bezsennością. rozdzierać ją na pojedyncze kształty moich nadziei. spokojnie przetaczających się po pokoju i obrastających w kurz.
nie lubię takich poranków, które krzyczą, że to już koniec. że dziś jest jeszcze później, by wejść ponownie na start. gdy przytulona do wiatru, wsłuchuję się w echo dni, jakie mi przynosi.
w chwilach wolnych surrealistycznie układam się w migawkę jakby zza okna pociągu tnącego powietrze.
pustawo wewnętrznie mi i wieczory są zimne. zimne płatkami śniegu na parapecie.
środa, 16 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz