środa, 2 grudnia 2009

67.

nierozpakowane zmysły. zamknięte w drewnianym pudełeczku z sercami, kupionym za pięć złoty, które leży sobie na szafce, obok aniołów, krasnali i starych zdjęć przykrytych kurzem teraźniejszości.

mój dzień z pomałanym obcasem, bo się uciekał zbyt szybko, usiadł wygodnie w fotelu z papierosem i z dumą nakreśloną na twarzy wypuszczał chmury dymu do mojej głowy.
miał zmoczone włosy, porannym deszczem i wpatrywał się w ciemne niebo, szukając kłębów białych chmur.
monotonność chował pod spódnicą, lekko podwiewającą przy wietrze wpuszczonym do mieszkania przez uchylone okno.
gdzieś pomiędzy palcami przemycał rozczarowania i sępy ukradkowych spojrzeń.
w uszach szumiało mu echo słów, których nie usłyszał, obijających się gdzieś chaotycznie.
wbijał swoje długie paznokcie pomalowane kontrolowanym oddechem i jadem sączącym się z oczu w moją dłoń, rozszarpując ją aż do krwistości. zostawił blizny nasączone jego obrazem.

dzisiaj nie lubię siebie bardzo. pustość wewnętrzna wyskoczyła ze mnie i pełza mi po podłodze. rozlewa się i znów scala do pierwotnego kształtu stworzonego w mojej świadomości opruszonej zeszłorocznym śniegiem.
szyba jest zimna resztkami wczesnego deszczu, tysiącami jego kropel. dzień się potyka, przewraca i łamie sobie nogi obrzygując mnie swoim jękiem. powietrze krzyczy chłodem oddechu i oparami roztartych wzroków. w gorącej parze ulatującej z czajnika dostrzegam nieistniejące kłęby oddechów, nieskładnie wijących się przed moim nosem.
zablokowany okruchami jedzenia klawisz odmawia posłuszeństwa.
grudzień mnie krępuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy