mój drogi czarny panie, o imieniu śmierć, spaliśmy ze sobą minionej nocy. opuszkami palców kościstych dłoni przeszywałeś moją skórę. rano szybko założyłeś ubrania, a w zastygłą krew wtłoczyłeś znów życie. liczyłam na więcej. na przejażdżkę z perfekcyjnie zaniedbanym poczuciem czasu.
zatracam wszystkie wartości w całej tej świąteczności grudnia. w sumie to są zwyczajne dni, tyle, że gorsze i wybudzające ze mnie widma spraw, przed którymi roztaczam aurę zapomnienia.
niedziela, 27 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz