czwartek, 19 listopada 2009

56.

Nieskończenie beztroska
gdzieś na kresach
doby
tak zasnęłam - nareszcie
nie w Twoim śnie, lecz
w swoim!


miotają mi się myśli koszmarne pod powiekami i nie śpię tej nocy. łagodnie wsmarowywuję w siebie balsam podejrzliwości i ciepła kaloryfera, które cudownie pieści zmarznięte ciało.

kawałek siebie mam, w kieszeni czarnych spodni i pod czarnym trampkiem, powoli przeistaczający się w ciecz, leniwie wypływającą z pod krat twojego rozmemłania i źrenic.

kroję czas, na wskroś, ulicę przecinam na pół i zamykam się w niej, jako nastoletnia kurwa zgwałcona trzepotem twoich rzęs.

prócz perspektywy najbliższego czasu malującego się jękiem podręcznika do historii, pociesznie umalowane dziś się wałęsa gdzieś we mnie. milknie we mnie rozszarpanie.
godzina szesnasta, a zmrok okala już ulicę, światło z najcześciej objawianej oczom latarni obija się już o parapet i tworzy swoisty zakamarek izolatki od udręk wczorajszych. ból głowy roztrzaskany o znudzenie i zapowiedź snu.

tak bardzo przespać chcę jutro, zakamuflować się pod osłoną szarości poranka, rozpłynąć się w jego mgle opływającej moje ulubione zaułki trwania pod tym imieniem.

- Wiedz: po to do krwi w dziąsłach
gryząc pióro
piszę
ten list, by smutną nagość
zakryć
choć takim listkiem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy