dziś jestem siedemdziesięcioletnią kobietą w szarym wełnianym swetrze wydzierganym przez życie. mam poszarpane myśli i szare nitki wplątane we włosy, ukrywam siatkę zmarszczek pod grubą warstwą makijażu, ze starej szafy wyciągam album ze wspomnieniami i łagodnym ruchem zniszczonych dłoni rozcieram powłokę kurzu, która zdążyła doszczętnie go okryć przez te wszystkie lata niepamięci.
siadam przy świecy i przeglądam go, być może po raz ostatni i czuję woń bezsilności, jaka przeszywa mi skronie na myśl o gestach i słowach, których nie zdąrzyliśmy sobie powiedzieć. wypijam herbatę o smaku rozgoryczenia, której smak próbuję zmienić dodając do niej kilkanaście łyżeczek cukru. moje paznokcie splamione zaniedbaniem są połamane i zamalowane na bordowo, by ukryć białe smugi od natrętnego wyładowywania na nich swojej złości i zażenowania. powieki nabrzmiałe słonymi łzami, których posmaku nie chciałam znać. w końcu napiera echo dawnych lat forsując osłonę ciszy, w jaką uzbroiłam się depcząc wszystkie retrospekcje nękające mnie przed snem i budząc we mnie chorobę, od której uciekałam. wgryza mi się gdzieś w czaszkę, przenika do krwi przetaczającej się w żyłach, swoim odorem wybudzając ze śmierci nadzieję, która szybko ustępuje miejsca wrzawie wyrzutów sumienia topiących moje ostatnie oddechy niczym wosk z dawno rozpalonego znicza.
to choroba śmiertelna, w każdej chwili może nastąpić jej gwałtowny nawrót, wybudzający ze snu obrazy z przeszłości, a fakt bycia nią dotkniętą oszpeca mój uśmiech i hedonizm tętniący do tej pory w każdym skrawku mojego ciała.
"Można zamknąć oczy na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia."
- Stanisław Jerzy Lec
poniedziałek, 23 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz