do zaspanych oczu dobija się początek dnia.
powieki swoją ociężałością i przychylna mimika twarzy tuszują krwawą batalię myśli w mojej głowie, choć bandaże zdrowego rozsądku zaczynają już napełniać się ich czerwienią.
przeciągam się zapachem żółtej pościeli, pod którą, znów rozdrapał mnie sen, przyklejony do nieumalowanej rzęsy. siedzę ze wzrokiem wlepionym w zaokienny chłód zaklęty w cichość tej ulicy.
siedzę w miejscu, do którego nigdy nie chcę wracać, a które zwykłam nazywać domem. w miejscu, w którym poczucie niedopasowania wzbiera we mnie i wylewa się na brzegi warg, które wykrzykują je, bez echa. w miejscu, w którym pani krępacja i pan łachmyta zaufania, tworzą idealną harmonię, która podsyca tylko moje wewnętrzne roztrojenie. nierówno wyśpiewane zwrotki moich dni i spojrzeń, ten sam refren, a właściwie, brak refrenu.
zetrę kurz z szafek, zjem kolejną tabliczkę czekolady, położę się i w błękicie nieba poszukam twoich oczu. napełnię się chłodem pokoju, zwalczając go ciepłem kolejnej herbaty i wezmę tabletkę na ból głowy, który stał się moim najbliższym towarzyszem dni. przetrę zaparowane lustro i pozadręczam się mankamentami mojej fizyczności. sobota uczesana w nudę wiszącą w powietrzu.
gorąca herbata wypita zaraz po opuszczeniu łóżka, powiedziała mi, że podobno w twoim sercu był wczoraj śnieg.
był?
sobota, 5 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz