uśmiecham się nieudolnie, nie odrywając myśli od nieładu.
to miasto zakochanych, choleryków i wdów z papierosami w drżących dłoniach i ich tęsknoty wydychanej razem z dymem.
to miasto, w którego zapachu i oparach spalin wstawałam co dzień rano, wysypując z siebie sny i mimowolnie wpadając w objęcia codzienności. to miasto, którego nienawidzę i którego mgłe rozdzierają spóźnione tramwaje pękające od zmęczenia i strzępów rozmów. miasto duszne od oddechów.
miasto, w którym zaczęłam umierać. miasto, w którym sny pozostały tylko niedorzecznością nocy.
wiesz, kiedy przed oczami migały mi moje senne wizje, wszystkie światła były czerwone, a oczy wbite w podłogę, w której szukałam błękitu.
"Zadziwiające, jak osądzamy bliskich, nie zdając sobie sprawy z podłości naszego lekceważenia, dopóki ich nam nie zabraknie, dopóki nie zabiorą ich nam. Zabierają, bo nigdy do nas nie należeli.."
- Carlos Ruiz Zafon
(no właśnie.)
dziś dławi mnie pustością. dziś potykam się o własne nogi, myśli i zamknięte wargi.
wstaję za późno, bo zatrzaski snu na powiekach są mocne. te kawałeczki, miliardy szklanych kawałeczków zaniedbania rozpryskują mi się po całym ciele, kroją mnie od środka, zostawiają małe rany krwawiące moim żałowaniem.
czy nasze zdechłe spojrzenia zaliczają się już do przedmiotów?
czwartek, 10 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz