w perspektywie dwa miesiące w których będziemy odpoczywać od dróg krzyżowych zamkniętych w codzienności, zapominać o dniach tygodnia, godzinach i oddychaniu.
można doszukiwać się sensu, predestynacji w przypadkach rozrzuconych po ulicy. można układać wszystko w niebanalne obietnice i coraz mocniej zawierzać się szaleństwom bujnej fantazji, układać się z uśmiechem na ustach do snu i wmawiać szarym komórkom, że są różowe.
/boję się siebie; obsesyjnie wpatruję się w zdjęcia. półprzytomnie siedzę oparta na łokciach przy stole rozmyślając nad herbatą, że mogłam nie podsycać nadziei innym, kiedy to mi samej do głowy przebijała się myśl, że warto ją odrzucić. zabawić się w kuratele zamysłów i nie płakać w zimną podłogę.
gdyby tak spytać, czego szukam w tym świecie, zapewne rozłożywszy bezradnie ręce wybuchnęłabym płaczem w głowie tworząc samobójcze wizje, wykrzykując, że urodziłam się za późno by zobaczyć the doors i zaznać trochę autentyczności ludzkich odruchów, z których dzisiejsze powietrze wydychane przez ludzi, których mózg przekształcił się w drugie jelito lub kalkulator jest całkowicie ogołocone.
miewam ostatnio problemy z zamianą myśli w słowa. z ubraniem tego czegoś schludnie i mniej pasywnie. palę listy schowane pod sterty książek przypalając sobie opuszki palców.
/ciemność i dwie leniwe latarnie za oknem, markotnie mrugające bladym światłem, rozlewającym się w nocy niby promienie. 00:38, czas skończyć tą konsternacje dnia.
sobota, 26 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz