wtorek, 26 października 2010

150.

układam harmonogram słów w głowie, co staje się na tyle rozległe, że nie pamiętam, co złożyłam jako pierwsze, a stłumione zmysły wrzeszczą tak bardzo, że nie chcę choćby cofnąć pamięciowej taśmy.
codziennie rano przekręcam drzwi zostawiając za nimi rozlane miasto, te wszystkie kobiety i mężczyzn, którzy jeszcze śpią, ludzi rozrywających poranną mgłę i wdychających ją zaspanymi nozdrzami, świeżo zakorkowane ulice, to wszystko, co oglądam przez okno. przekręcam je dużym kluczem, z rowkowatymi wgłębieniami, o którym czasem myślę, że wyrwał się z jakiejś baśni, żeby potem móc przesiąknąć wonią mojej dłoni niezdarnie kręcącej nim w lewą stronę. zjeżdżam windą z czternastego piętra, przyglądając się ciemnemu odbiciu swojego ciała, w którym pulsuje jeszcze sen.
popołudnia mijają marudnie, obślizgłe zawistną ciszą albo cuchnące fetorem dnia wczorajszego.
wieczorem siadam z magdaleną na dużym kamieniu i zaglądam w okna pod mnogością gwiazd i bulwiastego księżyca zmąconego żółcią wyróżniającego się na tle czarnego kołnierza nieba za zasłoną liści drzew rosnących po lewej stronie. jakkolwiek przytłacza mnie ogrom wszechświata roztoczonego nad moją głową to każda sekunda chowa w sobie ten raban tęsknoty. często zamykam wtedy wargi, ale nie do końca, wdycham to chłodne powietrze, które pachnie dziesięcioma tysiącami wcześniejszych dni i dziesięcioma tysiącami dni przyszłości, później gorącym podmuchem zimnego ciała wyrzucam tą historię na wiatr i nie pamiętam nic więcej. tylko chyba większość strat wzięłam na siebie, rozlałam krew w milczenie i tak nie wiem, czy mam umartwiać się ciszą czy unosić się złością. na chodnikach tego miasta rozkładają się zwierzęce odchody, puszki, sobotnie rzygowiny i czas, a myśl, że cokolwiek się zmieni, że zdołasz rozsupłać te wargi, wydaje mi się niedorzeczna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy