poranna morfologia.
ulica w kolorze żonkila.
gałąź starego drzewa na której siedząc wymachuję nogami nad małym strumieniem.
rozłożywszy myśli w bezradności, czekając na autobus, który pojawić ma się za minut dwadzieścia, maszeruję przed siebie w poszukiwaniu wcześniejszego przystanku zakarmarkami nieciekawej dzielnicy miasta skąpanego w rozpoczynającym swój codzienny zgon słońcu.
mam kwiaty we włosach i powoli wargi układają mi się w uśmiech. samotne spacery mi sprzyjają, choć nadal prześladują mnie niedopowiedzenia.
dziś uzależniona jestem od:
Beirut - Mount Wroclai (Idle days)
sobota, 22 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz