sobota, 22 maja 2010

111.

poranna morfologia.
ulica w kolorze żonkila.
gałąź starego drzewa na której siedząc wymachuję nogami nad małym strumieniem.
rozłożywszy myśli w bezradności, czekając na autobus, który pojawić ma się za minut dwadzieścia, maszeruję przed siebie w poszukiwaniu wcześniejszego przystanku zakarmarkami nieciekawej dzielnicy miasta skąpanego w rozpoczynającym swój codzienny zgon słońcu.
mam kwiaty we włosach i powoli wargi układają mi się w uśmiech. samotne spacery mi sprzyjają, choć nadal prześladują mnie niedopowiedzenia.

dziś uzależniona jestem od:
Beirut - Mount Wroclai (Idle days)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy