otwieram oczy na nadmiary wiosennych poranków. przecieram powieki rozrywane od wewnątrz krwotokiem snów, niedbale wyrwanych z niedokończonych historii. miewam ochotę na rozdrapanie szorstkim paznokciem twarzy człowieka sprzed lustra, tak zmęczonej jestestwem. bo ten nasz dwudziesty pierwszy wiek pozbawia nas piękna, które chowa pod ekranem telewizora, który aż skwierczy od przepychu w kącie pokoju, rozświetlając jego blade ściany.
tak z Zuzanną marzymy o wehikule czasu, o wycieczce po życiu, którego jesteśmy tak głodne. małej przejażdżce do czasów idei, w imię których warto byłoby ginąć i żyć. do czasów uwięzienia, które było bardziej wolne niż ówczesna swoboda, którą się dławimy, która zatruwa nasze pół-martwe pompy do krwi i z której uciec nie możemy.
refleksyjne popołudnia bywają splinowe, choć otoczone jasną słoneczną poświatą wpadającą przed okno, rozlewającą się po brązowych panelach w pokoju. rażąco oddziałującej na oczy, wylewając ich zieleń jeszcze bardziej.
herbata, ćmy w głowie, maltretująca pomarańcz pokoju i marzenia zamknięte w poduszce.
trochę mi tęskno. sama nie wiem.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

MY CHCEMY WOJNĘ! MY CHCEMY WOJNĘ! : D
OdpowiedzUsuń