wiatr muska spękane oczy, w których rozlewa się pajęczyna czerwieni.
mam w głowie tysiące krwistych róż w ofierze dla mlecznych strażników, co owijają mnie stalową linią warg.
po dzisiejszej dawce poezji, co wykrzykuje otumaniony umysł słowną wydzieliną mam wyżłobione blizny nasercowe. bo idąc za rękę ze słowem, wszystko zaczyna zalewać wzburzona czerń i wnikać w nić krwi, która pulsując miarowo mruczy, że w życiu z którego właśnie się ruszyłeś, nic nie ma.
więc stoisz z bezwładnym wzrokiem nadzianym na grymas nieba i w odurzonych źrenicach rozlewa się fala nicości, która niczym tabletka na głowę, rękę, dupę niweluje ten ból gruchoczący niczym stare kości strzępy samozachowawczych instynktów.
niedziela, 17 października 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz