sobota, 18 września 2010

144.

piętro czternaste i rozciągające się szarym błękitem na horyzoncie morze. mnogość mrugających spojrzeń miasta pod kołdrą nocy.
myśli płodzą mi całe szeregi snów, tych, co niby znaczyć coś mają. no więc ja wyżłabiam korytarze między regałami dni, wyścielam zimne podłogi nadzieją, potem mimowolnie jakoś życie skręca, a wtedy otumaniona tym zwrotem przecieram powieki i widzę, że w innej części nic nie ma. tyle.
jaka pogoda wewnątrz-myślowa? pochmurność oczekiwania ze skrzeczącym w ciele przeziębieniu.
w połamanych na poligonach wymówek obcasach przewracam się o każde schody.
pluję poezją chyba z nadmiaru czasu, który spędzam z chrypką w gardle, lekką gorączką i słowami oblepiającymi przewód pokarmowy tak mocno, że aż przełknięcie czegokolwiek zamienia się w gehennę powinności wobec fizjologicznych potrzeb. i czekam znów intensywnie, nakryta ciemnością pokoju zatajającego moje istnienie układam sceny, spojrzenia i zlepiam potencjalne dialogi w całość o ostrym zapachu oniryzmu, który i tak pewnie nie wgramoli sie pod podwiązki przyszłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy