nic nie jest czarne albo białe. chorujemy od wszechobecnej szarości ukrytej w spojrzeniu.
dziś nie rozprawiam o rzeczach wielkich. schowanych do kieszeni czarnego płaszcza.
wszystko prysnęło z (nie)urokiem bańki mydlanej płynącej sobie spokojnie po zamglonej linii błękitu.
dziś chowam się w uśmiechach. w trywialności oplatającej mi wargi.
i chcę równocześnie uciekać i chcę powrotów spektakularnych. takich ubranych w niecodzienność słów.
chcę usiąść spokojnie i wypić przesłodzoną herbatę.
poświąteczność mi sprzyja. uciekam w nią. i chowam się w niej z miną zapalonego pięciolatka z przekonaniem, że ani niebo ani piekło obietnic złożonych przez sny mnie nie znajdą.
/tramwaje przepełnione zmęczeniem i angielskim akcentem.
chaotyczne rzęsy i zimne dłonie.
ciemność zatajająca istnienie miasta.
wtorek, 5 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz