lubię wczorajszą niedzielę. lubię gdynię, jej zapach, odmianę, jaką stanowi dla mojej monotonności.
Aleksandra i spacer z nią późnym, nagrobkowym wieczorem po plaży i cisza zakłócana dźwiękiem fal rozbijających się o brzeg. widok miasta pokrytego ciemnością i tajemnicą, kontury budynków i jego światła przypominające świetliki. kłęby oddechów lawirujących w chłodzie nadmorskiego powietrza.
moje serce sprawia wrażenie obumarłego o każdej porze dnia. abstrakcyjne wymysły mojej wyobraźni zaczynają milknąć, przykryte strumieniami codzienności opływającej mnie w ciągu dnia i papierowymi spojrzeniami.
oddaje się im wieczorami, nocami okraszonymi bezsennością, na co wskazują podkrążone oczy.
szukam płynności w snach. snów szukam w uścisku realności.
"take it as it comes"?, pomyślałam, tak jak śpiewał Jim Morrison.
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz