w poduszce szukam nieistniejących ramion. przygryzam sobie wargę i oglądam jak napełnia się krwistością.
ze zniechęceniem sypiam. jestem rozstrojoną struną okrytą kurzem. jestem przekleństwem, jakie rzucam co dzień rano przyglądając się swojej twarzy w lustrze otumanionej porankiem i ze snem zalegającym pod powiekami.
przymarzam do ulicy idealnie zaniedbując poczucie czasu. moje zatracanie nadziei na cokolwiek jest procesem bardzo złożonym i marudnym. czuję, że niedługo przyjdzie czas, kiedy zacznie trawić mnie poczucie winy, że mogłam zrobić więcej, że mogłam narodzić się kimś innym. czuję, że spali mi rzęsy i pozostawi przekrwione oczy, czerwienią tworzące obrazy w mojej głowie.
w tramwaju pustki czuję w powietrzu i wzrok wlepiam w szybę zimną oddechem jesieni z zewnątrz.
nie uzbroiłam się w uśmiech na specjalną okazję, nie zaparzyłam ulubionej herbaty, nie zapamiętałam snu.
dziś mam ochotę umrzeć. nic więcej.
piątek, 27 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz