od początku zeszłorocznej zimy, aż do początku lata kiedy z tego wszystkiego coraz mocniej ulatywał niezauważenie sens moja wyobraźnia nie zaprzestała tworzenia abstrakcji. mimowolnie myśli pobudzają niby-pięść podpisaną twoim imieniem, która uśpiona przez dni kilka spoczywała gdzieś pod żołądkiem by rozbudzić złowrogim uciskiem miażdżącym żebra wszystkie te chwile, małe i większe układając je w zarys fragmentu niedokończonego wspomnienia. wspomnienia rozwianego w niedopowiedzeniach, mogiłach rzeczywistości, które z łobuzerskim uśmiechem grzebała tląca się niczym woskowe światło w krztuszącym się szarością pokoju nadzieja.
bo widzisz, pod zalewającym się nowymi pokładami ciemnych chmur niebem przyklękam na chwilę na kawałku ziemi obrośniętym przez koniczyny, by tej czterolistnej wypatrzeć jak wtedy w dniu poprzedzającym najostrzej pachnące szczęściem chwile i w tej deszczowej osłonie dnia wdycham powietrze w płuca i układam sobie minione lata, które uciekły za szybko, wszystkie słowa, o których wypowiedzenie jestem uboższa, bo teraz jesteśmy prawie dorośli, bo już nie mieszka w nas tylko słońce, którego promienie układają się w uśmiech, bo już nie przesiadujemy godzinami bawiąc się istnieniem, bo my kurwa (nie)dorośliśmy.
no i widzisz chyba, że przez te lata marudne zgubiłam wszystko, dla czego warto by było wyjść z siebie, z wyobraźnią i rozgniecionym umysłem na dłoni. że moje ciało tętni każdym swoim skrawkiem nienawiścią do miejsc, nazwisk i niemych twarzy zatrutych wyziewami tego miasta.
bo ciągle myślę, że co dzień będziesz mówił dobranoc, a ja poprzedzając trzepotem rzęs osunę się w głębokie rewiry mojej sennej wyobraźni, które rozpruwając taflę rzeczywistości przenikną w te ściany, które oglądam codziennie, a wtedy świt rozleje się po podłodze i Twoich oczach kurcząc Ci źrenice i razem z brzaskiem powiesz dzień dobry i będziesz się niemo uśmiechał, oczami.
środa, 11 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz