nieme twarze wklejone w ulice. migawki pod powiekami, tak natrętne. wszędobylskie poczucie pustki wgniecionej pod żołądek, między żebra i nogi. bo niedługo przyjdą dni wywrócone do góry nogami i wyrwie się spokój z zatrutych wspomnieniem tych wszystkich chwili, których nie chce się pamiętać ścian.
/spacerujemy cmentarzem schowane w granatowym kołnierzu nieba, a noc jest tak piękna mnogością mrugających gwiazd i tylko szuranie naszych stóp przerywa koci jazgot, który ocknąwszy satanistyczne wizje popycha nas w popłochu myśli ku wyjściu.
rozłożywszy ciało na moście zbudowanym ponad ulicą pełną samochodowego zgiełku, oglądamy wschód słońca nierozrywany warkotem żadnego prawie silnika, horyzont różowieje i z jasności przeradza się w czysty błękit, którego widok znów wlecze nas do domu, w którym to wreszcie przymykamy na kilka godzin powieki, pod którymi trwa nadal analiza "into the wild", skończonego tuż przed brzaskiem. rankiem znów powłóczywszy zmęczonymi kończynami obchodzimy okolicę.
(nie)zwyczajność nocy i poranku z perspektywą dnia jutrzejszego sprawia, że układam się w wewnętrzny uśmiech, czuję się jakoś pociesznie z tym wszystkim, czego nadmiary wchłaniam i tym, czego brak wylewam ze łzami.
niedziela, 15 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz