piątek beznamiętny aż do popołudnia. zaspany i znów noc nieprzespana, rozrywany sen przez rozmaite szaleństwa mojej podświadomości.
rozpływam się we wspomnieniach, kiedy miałyśmy po dzięsięć lat, przywołuję je do siebie i rozpryskuję na tysiące kawałeczków dzisiejszego dnia. stare miasto, sajgonka, przemoczone buty. cały ten piątek połknęłam niczym środek na ból i czuję się pociesznie. i zmęczenie powoli zaczyna zalegać pod powiekami.
jutro znów majstrujemy w dobrym nastroju. na sobotnią perspektywę doznaję skurczów na twarzy i uśmiech sam się wyzwala. podziękowania dla cudownej panny De z wielkimi oczętami, tak cudownie wyciskającymi radoście tych godzin.
piątek, 20 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

te mokre buty były bardzo złe,
OdpowiedzUsuńi od razu wrócił mi humor! musimy widzieć się częściej. :*:*:*