piątek, 20 listopada 2009

57.

piątek beznamiętny aż do popołudnia. zaspany i znów noc nieprzespana, rozrywany sen przez rozmaite szaleństwa mojej podświadomości.

rozpływam się we wspomnieniach, kiedy miałyśmy po dzięsięć lat, przywołuję je do siebie i rozpryskuję na tysiące kawałeczków dzisiejszego dnia. stare miasto, sajgonka, przemoczone buty. cały ten piątek połknęłam niczym środek na ból i czuję się pociesznie. i zmęczenie powoli zaczyna zalegać pod powiekami.

jutro znów majstrujemy w dobrym nastroju. na sobotnią perspektywę doznaję skurczów na twarzy i uśmiech sam się wyzwala. podziękowania dla cudownej panny De z wielkimi oczętami, tak cudownie wyciskającymi radoście tych godzin.

1 komentarz:

  1. te mokre buty były bardzo złe,
    i od razu wrócił mi humor! musimy widzieć się częściej. :*:*:*

    OdpowiedzUsuń

O mnie

Obserwatorzy