czwartek, 15 lipca 2010

132.

małe balony rozświetlające mglistym pomarańczowym blaskiem sopockie niebo, kiedy dostrzegam, że pojawiły się już gwiazdy. godzina dwudziesta trzecia i minuty dwadzieścia trzy i życzenie posłane wraz ze wzrokiem wbitym w górę, które nie różni się niczym od wszystkich, które w nadziei na jakąś siłę przesądów, której powierzone słowa mogłyby za jej sprawą pozlepiać fragmenty życia w coś bardziej konstruktywnego. tymczasem duszno mi na ciele i w snach, drżą mi myśli i kończyny wybudzone przez niemożność złapania oddechu w parnej osłonie pościeli o piątej nad ranem.

/ciągle pamiętam ten zimowy tydzień. pamiętam te dni wraz z którymi mój rozum i wyobraźnie zabrały zbożowe kosmyki i oblane rumieńcem blade policzki. tam zaczęła się bajka o nadziei więdnącej jak świeżo zerwane kwiaty między spoconymi palcami. o odkryciu wszechświata, do którego niewielu z nas dotrze. do płaszczyzny, która jako jedyna stanowi o naszej odrębności od wszystkich innych żywych gatunków, jakie z uśmiechem na twarzy rozgniatamy połamanymi obcasami. moje konstelacje układają się w litery, które wykrzykują mi sny w gorączkowych i spektakularnie pachnących fragmentach pod powiekami.
minęły niespełna dwa lata, w których uświadomiłam sobie, że dane mi było poznać i otrzeć się o tajemnice małego wszechświata, właściwie fundamentalnej niewiadomej naszego jestestwa. że w mieście niemych twarzy i bezpańskich dusz, przed którymi nie otworzą się jego drzwi, wciąż w nim jestem, oddycham i zaludniam go procesją marzeń, oblewam całunem cichych myśli i że pomimo, iż czuję, że byłabym o niebo szczęśliwsza nie przegrywając batalii z pamięcią o dniu wczorajszym i wszystkich minionych chwilach to należę do jednej pary nieistniejących dla mnie dłoni, ku którym biegnę w każdej iluzorycznej migawce, w której chowam się przed brutalnością rzeczywistości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy