wygniecione eleganckie kubraczki szybkim ruchem wyrwane z rąk szafy i niedbale ułożone na ciele w (nie)harmonii z czerwonymi trampkami. w schematy się wgryzam, w jednostajny turkot toczących się dni.
miłość jest niezgrabną parafrazą myślę. a w tych dniach dusznych od westchnień, wprowadzam do krwiobiegu przyzwyczajenie jak tabletkę na głowę, serce i dupę. od dzisiaj dożylnie stosowane zapomnienie wstrzyknięte pod skórę brakiem czasu i ramową obróbką dnia. tylko nocą tonę w pół-chwilach i niby emocjonalny rozbitek mam ochotę uczepić się czegokolwiek w nadziei na podtrzymanie oddechu.
/chciałam opowiedzieć tu o pewnej osobie, choć myślę, że zasłużyła na coś więcej;
paloma imię jej. niebieskie oczy okazale przez długie brązowe włosy. serce pełne poezji i myśli na dłoni, kiedy umie się czytać i zdolność czytania też, ze mnie, jak z niedomytego talerza i niebotyczne pokłady empatii ukryte w tak drobnym ciele. choć nieforemne figury wychodzą mi ze słów, to powiem, że gdynia na spacerach z kimś takim staje się jeszcze piękniejszą, niż jej obraz w mojej głowie. a czas staje się nieistotny, bo chyba po tym można poznać kogoś wyjątkowego, kiedy mając za sobą tyle powłok czasu bez niego w jednej chwili można oddać całe swoje życie w jego ręce i wyobrazić sobie, że znamy się od pierwszego płaczu.
środa, 1 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz