środa, 30 grudnia 2009
83.
wszystko, co przed nami wygląda dziś jak niedokończony rysunek na białej kartce.
z rozmytej szarości przetaczający się w kobierce bieli.
/na podłodze w pokoju są plamy po słodkiej herbacie.
rozdzielam się na części, by mniej tęsknić. półmartwymi nadziejami wnikam w dywan.
w zapałkowym ogniu szukam ciepła ramion.
gwiazdy wchodzą mi pod powieki z obietnicą telewizyjnego spełnienia, by potem mógł poranek wysnuć je przezornie. markotnością twojego spojrzenia kopulującego ze śmiechem błękitu.
wtorek, 29 grudnia 2009
82.
chciałabym, żebyście byli, tak bardziej, w każdym śladzie oddechu złożonym na zimnej szybie.
tacy zaklęci w mimowolnych poszukiwaniach spojrzenia.
w chaosie.
w poranku.
i nocy.
znowu jestem zaplątana w żałowanie. opanowana chęcią cofnięcia czasu. wypełnienia czasu słowami, których nie zdążyliśmy sobie powiedzieć.
"Kłopot z życiem polega na tym, że nie ma okazji go przećwiczyć i od razu robi się to na poważnie."
- Terry Pratchett
niedziela, 27 grudnia 2009
81.
zatracam wszystkie wartości w całej tej świąteczności grudnia. w sumie to są zwyczajne dni, tyle, że gorsze i wybudzające ze mnie widma spraw, przed którymi roztaczam aurę zapomnienia.
środa, 23 grudnia 2009
80.
schowana w tą ciszę zasznurowaną twoimi wargami, coraz mocniej jestem niepoukładana. rozlazła między koszmarem dnia i snem nocy. jestem rozjebana we wspomnieniach. w drobnych gestach rozcierających granice ambiwalencji. w każdym szczególe i zapachu.
pustawo w czterech ścianach. szyderczo rzucających pomarańczą na turkus. w kieszeni chowam ciepło słów. i ogrzewam nim dłonie. wypalam wszystkie zapałki i chowam wszystkie do pudełka, pełnego popiołem.
wszystko układa się w kształt samotnych pomruków schowanych pod poduszką przesiąkniętą twoim obrazem, malowanym przez sny.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
79.
ciepło twoich dłoni wytwarza swoistą parę, ulatniającą się i spowijającą całe miasto.
obłapiam ją w jej chwilowym zawieszeniu nad moją głową i spoglądam z żalem wdzierającym się pod powieki jak wycieka mi pomiędzy palcami.
poranki przesiąknięte wspomnieniami snów. pachnące oczekiwaniem. na dzień. na widmo snu.
nieświąteczna jestem. zupełnie.
rozklekotana, jak stary fotel z ciemnego poddasza. taki skrzypiący i oblepiony warstwami kurzu.
posłusznie moknący od ciemności kąta. podgryzany przez gryzonie mamione wilgocią pomieszczenia. pomieszczenia mokrego od łez wyduszanych przez samotność.
niedziela, 20 grudnia 2009
78.
śnieg.
tłoczący się w odmarzniętych kończynach.
bliskość, nieużywana. w tej samej nocnej koszuli. nierozpakowana. na wyprzedaży. taka cicha, napastowana oddechami niepewnie rozlewającymi się w eterze.
niebo grzeszy dziś błękitem.
każdy krzyk wywołuje we mnie wewnętrzne roztrojenie. przywołuje mi chwile. wszystkie. przebiera. i łzy wydusza, gdzieś schowane pod poduszkę. taki sam porządek każdej z chwil.
porządek w nieporządku codzienności chłostanej monotonią i osamotnieniem dłoni.
tęsknota jest krwawiąca. krwawiąca skruchą i nieczuciem czasu. zamknięta w każdej komórce mojego ciała i zmieszana z krępacją spojrzenia.
w gorącej herbacie się zamykam. zamykam się od wzroków.
"Potem pyta, czy może mnie pocałować. Zazwyczaj nie lubię tego pytania. Po prostu całuj - zawsze myślę."
- Emily Giffin
piątek, 18 grudnia 2009
77.
mam ochotę usiąść i już nie płakać więcej. tak między ulicami, w cieniu, w ciszy się schować. przy świetle księżyca wyżłobić anioła w śniegu.
pożegnania ze snami. te chore od łez i wpychające w objęcia pierwszego napotkanego człowieka.
nie wiem w czym tkwi problem. niezdecydowaniem maluję rzęsy. niebiem krzyczącym wspomnieniem błękitu, na którego dnie chciałabym dostrzec odbicie swoich oczu.
pomimo nijakich dni i tej szarzyzny, czas ucieka szybko. wdrażam się w schemat dni. wyłamując się z niego czasem i wystawiając się tym samym na niewygodne myśli wylęgające się we mnie.
dzisiaj mogę schować się pod peleryną nocy. policzyć wszystkie gwiazdy na niebie i myśleć, że jesteś, jak kiedyś.
moja empatia wskakuje na wyższy poziom. co za absurd!
środa, 16 grudnia 2009
76.
herbata i moje oczy odbijające się w tafli szklanki. tak bardzo dziwnie zielone. dżem na głośnikach przeplatający się z dźwiękiem fortepianu w sąsiednim pokoju.
czasami lubię bawić się bezsennością. rozdzierać ją na pojedyncze kształty moich nadziei. spokojnie przetaczających się po pokoju i obrastających w kurz.
nie lubię takich poranków, które krzyczą, że to już koniec. że dziś jest jeszcze później, by wejść ponownie na start. gdy przytulona do wiatru, wsłuchuję się w echo dni, jakie mi przynosi.
w chwilach wolnych surrealistycznie układam się w migawkę jakby zza okna pociągu tnącego powietrze.
pustawo wewnętrznie mi i wieczory są zimne. zimne płatkami śniegu na parapecie.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
75.
słowa rozrzuciłam na poligonie wymówek, strzępów wyrzutów sumienia ubranych w krzywy uśmiech przyklejony do twarzy.
z poaborcyjnym szczęściem owijającym mi niespełnienia. w kosmyki brązowych włosów, potarganych dzisiejszą ciszą źrenic wplątuję chmury przyziemności, rozejm dla walczących myśli.
wywlekam z siebie sny, które zabite codziennością są zmartwychwstającym chrystusem, którego chcę pogrzebać zdrowym rozsądkiem. spluwam wzrokiem na twarz człowieka przed lustrem i rzucam kilkoma kurwami pękniętymi kącikami ust.
jestem uwikłana w pajęczynie twojego kroku. na domiar złego coraz mocniej prześladuje mnie ból głowy i żołądka, który w perspektywie najbliższych miesięcy maluje się wizytą u lekarza, której chcę uniknąć.
herbata. książka. nienawiść i rozdrapywanie zaschniętych wydzielin wrzasków.
i znów udawanie od nowa. kurwa, przedstawienia zawsze mają swój koniec, mamusiu.
niedziela, 13 grudnia 2009
74.
śmiej się lub nie, ale przy ostatnich stronach puściły mi zwieracze w oczach.
twój obraz w mojej głowie maluje mi się chaosem.
porozrywanymi spojrzeniami zamkniętymi w ścianach twojego zapachu.
niespodziewane krwotoki olśnień, co zaglądają pod powieki o szóstej nad ranem i dają w ryj.
zmęczenie układa mi się pod powiekami, a rzęsy są sklejone wczorajszym snem.
ubieram ciszę. rozbieram krzyk. coraz mocniej się nienawidzę.
czwartek, 10 grudnia 2009
73.
to miasto zakochanych, choleryków i wdów z papierosami w drżących dłoniach i ich tęsknoty wydychanej razem z dymem.
to miasto, w którego zapachu i oparach spalin wstawałam co dzień rano, wysypując z siebie sny i mimowolnie wpadając w objęcia codzienności. to miasto, którego nienawidzę i którego mgłe rozdzierają spóźnione tramwaje pękające od zmęczenia i strzępów rozmów. miasto duszne od oddechów.
miasto, w którym zaczęłam umierać. miasto, w którym sny pozostały tylko niedorzecznością nocy.
wiesz, kiedy przed oczami migały mi moje senne wizje, wszystkie światła były czerwone, a oczy wbite w podłogę, w której szukałam błękitu.
"Zadziwiające, jak osądzamy bliskich, nie zdając sobie sprawy z podłości naszego lekceważenia, dopóki ich nam nie zabraknie, dopóki nie zabiorą ich nam. Zabierają, bo nigdy do nas nie należeli.."
- Carlos Ruiz Zafon
(no właśnie.)
dziś dławi mnie pustością. dziś potykam się o własne nogi, myśli i zamknięte wargi.
wstaję za późno, bo zatrzaski snu na powiekach są mocne. te kawałeczki, miliardy szklanych kawałeczków zaniedbania rozpryskują mi się po całym ciele, kroją mnie od środka, zostawiają małe rany krwawiące moim żałowaniem.
czy nasze zdechłe spojrzenia zaliczają się już do przedmiotów?
wtorek, 8 grudnia 2009
72.
w sumie rozmowy o duperelach promieniujących z tego świata, zamykają moje myśli.
były marudne początki dnia, zaspane i była herbata. były kradzione uśmiechy i wyprzedaż wspomnień. były szyby ciepłe oddechami od zewnątrz. były plany, które zdąrzyły się potknąć, nim je zaplanowałam. była pustka przybierająca kształt spojrzeń, jakie zapamiętałam. były sny trawiące powieki. było czekanie i wlepianie wzroku w zegarek co trzydzieści sekund. było mnóstwo czekolady topiącej smutki nijakich dni i bezsennych nocy. był czas marnowany na rozprawianie o jego braku. była nicość ubrana w słowa, po prostu.
ja przypadkiem.
choć nie przypadkiem znowu spotkałam twoje źrenice.
"Ten, kto nie jest kochany, zawsze jest samotny wśród tłumu."
- George Sand
poniedziałek, 7 grudnia 2009
71.
Aleksandra i spacer z nią późnym, nagrobkowym wieczorem po plaży i cisza zakłócana dźwiękiem fal rozbijających się o brzeg. widok miasta pokrytego ciemnością i tajemnicą, kontury budynków i jego światła przypominające świetliki. kłęby oddechów lawirujących w chłodzie nadmorskiego powietrza.
moje serce sprawia wrażenie obumarłego o każdej porze dnia. abstrakcyjne wymysły mojej wyobraźni zaczynają milknąć, przykryte strumieniami codzienności opływającej mnie w ciągu dnia i papierowymi spojrzeniami.
oddaje się im wieczorami, nocami okraszonymi bezsennością, na co wskazują podkrążone oczy.
szukam płynności w snach. snów szukam w uścisku realności.
"take it as it comes"?, pomyślałam, tak jak śpiewał Jim Morrison.
sobota, 5 grudnia 2009
70.
powieki swoją ociężałością i przychylna mimika twarzy tuszują krwawą batalię myśli w mojej głowie, choć bandaże zdrowego rozsądku zaczynają już napełniać się ich czerwienią.
przeciągam się zapachem żółtej pościeli, pod którą, znów rozdrapał mnie sen, przyklejony do nieumalowanej rzęsy. siedzę ze wzrokiem wlepionym w zaokienny chłód zaklęty w cichość tej ulicy.
siedzę w miejscu, do którego nigdy nie chcę wracać, a które zwykłam nazywać domem. w miejscu, w którym poczucie niedopasowania wzbiera we mnie i wylewa się na brzegi warg, które wykrzykują je, bez echa. w miejscu, w którym pani krępacja i pan łachmyta zaufania, tworzą idealną harmonię, która podsyca tylko moje wewnętrzne roztrojenie. nierówno wyśpiewane zwrotki moich dni i spojrzeń, ten sam refren, a właściwie, brak refrenu.
zetrę kurz z szafek, zjem kolejną tabliczkę czekolady, położę się i w błękicie nieba poszukam twoich oczu. napełnię się chłodem pokoju, zwalczając go ciepłem kolejnej herbaty i wezmę tabletkę na ból głowy, który stał się moim najbliższym towarzyszem dni. przetrę zaparowane lustro i pozadręczam się mankamentami mojej fizyczności. sobota uczesana w nudę wiszącą w powietrzu.
gorąca herbata wypita zaraz po opuszczeniu łóżka, powiedziała mi, że podobno w twoim sercu był wczoraj śnieg.
był?
piątek, 4 grudnia 2009
69.
poczucie winy siada okrakiem na moich kolanach. krzyk otwiera okna i popełnia samobójstwo skacząc z drugiego piętra. w głowie małe skrawki dzisiejszego dnia kaleczące mi sny.
piątkowe rozerwanie, ja pierdolę, na śmierć zapomniałam, że żyję.
czwartek, 3 grudnia 2009
68.
tramwaj. spóźniony i roztrzaskany o grudniowe zmęczenie.
widzisz, tak się składa, że miewam wyraz twarzy dziecka, które w piaskownicy dostało w twarz z pytaniem "dlaczego?" w oczach, z zasznurowanymi wargami, bo słów się obawiam.
bawię się skrajnościami i zostawiam je we mgle spowijającej miasto, w kałuży rozczarowań, w którą mam sposobność wpadać niemal codziennie.
/występuję z brzegów moich niepokoi przed Mateuszem i mówię, odrywając się od matematyki, jak potęgująca się we mnie nieśmiałość zaprzepaszcza moje marzenia, że nie będę matką swoich dzieci, że czuję się samotnie, że kilogramów nadto i że nie będę dziennikarzem. o!/
wracam do domu i zastaję zbawienie w postaci kartonów czekolady. a po dzisiejszym wspaniałym spotkaniu we śnie, znowu wracam w mocny uścisk rzeczywistości, na pożegnanie nocy.
za dużo pustości w objęciach pomarańczy pokoju.
za dużo oczekiwania z zielenią spojrzenia wlepioną w zegarek.
za dużo marudnego pomruku wplątanego w brązowe włosy.
za dużo nicości.
/święta pachną. ozdoby choinkowe, ciastka i prezenty aż skwierczą ze wszystkich stron. życiodajne kłamstwa pięknie wprasowane między rodziny z obrazków. z precyzją snajpera.
zamiast woni radości z nimi związanymi, w głowie mam tylko fetor świątecznej krzątaniny, kłótni i pozowania na dobrą rodzinę, którą nie jesteśmy.
nie chcę już udawać. wolę to wszystko przespać i zapomnieć, jak kolor zeszłorocznego śniegu.
wszystko rozsypuje mi się w rękach i ucieka między palcami. ciepłe spojrzenia zabrał ze sobą wczorajszy podmuch wiatru. ostudził emocje. zamazał plany. cynicznie zaśmiał się błękitem i odszedł. zwyczajnie.
środa, 2 grudnia 2009
67.
mój dzień z pomałanym obcasem, bo się uciekał zbyt szybko, usiadł wygodnie w fotelu z papierosem i z dumą nakreśloną na twarzy wypuszczał chmury dymu do mojej głowy.
miał zmoczone włosy, porannym deszczem i wpatrywał się w ciemne niebo, szukając kłębów białych chmur.
monotonność chował pod spódnicą, lekko podwiewającą przy wietrze wpuszczonym do mieszkania przez uchylone okno.
gdzieś pomiędzy palcami przemycał rozczarowania i sępy ukradkowych spojrzeń.
w uszach szumiało mu echo słów, których nie usłyszał, obijających się gdzieś chaotycznie.
wbijał swoje długie paznokcie pomalowane kontrolowanym oddechem i jadem sączącym się z oczu w moją dłoń, rozszarpując ją aż do krwistości. zostawił blizny nasączone jego obrazem.
dzisiaj nie lubię siebie bardzo. pustość wewnętrzna wyskoczyła ze mnie i pełza mi po podłodze. rozlewa się i znów scala do pierwotnego kształtu stworzonego w mojej świadomości opruszonej zeszłorocznym śniegiem.
szyba jest zimna resztkami wczesnego deszczu, tysiącami jego kropel. dzień się potyka, przewraca i łamie sobie nogi obrzygując mnie swoim jękiem. powietrze krzyczy chłodem oddechu i oparami roztartych wzroków. w gorącej parze ulatującej z czajnika dostrzegam nieistniejące kłęby oddechów, nieskładnie wijących się przed moim nosem.
zablokowany okruchami jedzenia klawisz odmawia posłuszeństwa.
grudzień mnie krępuje.
wtorek, 1 grudnia 2009
66.
gryzą mnie słowa, gdzieś w środku, których nie umiem posklejać i okryć nimi Ciebie.
chciałabym napisać, że niebo znów płacze i wdziera mi się we włosy, poplątane pozornym brakiem czasu ostatnimi dniami.
chciałabym napisać, że po policzku wieczorami spływa mi łza, niemal wypalająca mi na nim dziurę, swoim słonym posmakiem.
chciałabym napisać, że nieszczęśliwa jestem przystankowym chłodem opływającym mi rzęsy.
chciałabym napisać, że coraz częściej zdarza mi się garście wyrzutów sumienia wpychać do gardła, pozostawiać w nim krwistość spojrzeń ubranych w uniki. nie mówić. żałować. wszystkiego po trochu.
chciałabym napisać, że dnie są marudne i szybko gasną. że uczesane są w zmęczenie i nieufność, przeszywającą mnie coraz bardziej.
chciałabym napisać, że zatracam dziś poczucie czasu i dnia. i że budzę się codziennie kimś innym.
czuję się taka zostawiona w kącie, taka zakurzona i nieświadoma słońca, jak niedoczytana książka.
krztuszę się tym chaosem. cholerną dezorientacją, wydłubującą mi wspomnienia i podającą je na śniadanie, na kolację. żeby tylko nie zapomnieć, choć by się chciało.
niedziela, 29 listopada 2009
65.
dzisiaj wyzerowuję swój entuzjazm chłostana zmęczeniem i obolałym ciałem. wlepiam wzrok w kołnierz blaknącego nieba i spoglądam mimowolnie na zegarek, wącham jak ulatnia się czas przy jednej piosence obłapiającej mój słuch od samego rana.
ponuruję. przytulajcie mnie co chwila.
"Szczęśliwe zakończenie to luksus na jaki może pozwolić sobie fikcja."
- Trudi Canavan
sobota, 28 listopada 2009
64.
przemarzam i przeszywa mnie jesień. strumienie deszczu tańczą pod światłem lampy na ulicy.
teraz słyszę pośniadaniową ciszę, efekt cudownego wyspania się.
o dłoniach. o pociągu. zapamiętałam sen przelewający mi się dzisiejszej nocy.
wyczekuję szesnastej, by znowu zapominać na kilka godzin wtłaczając do swojej głowy muzykę i chmury papierosowego dymu, potykając się o plastikowe kubki po piwie.
zawsze chciałam zachować wszystkie myśli, w kalejdoskopie życia. mimowolnie wyparowywały, by powracać wskrzeszone cichością spojrzeń przecinając mnie w skroś niczym pijany skurwysyn nożem tnący powietrze.
opluj mnie krzykiem, bym już nie musiała milczeć.
piątek, 27 listopada 2009
63.
ze zniechęceniem sypiam. jestem rozstrojoną struną okrytą kurzem. jestem przekleństwem, jakie rzucam co dzień rano przyglądając się swojej twarzy w lustrze otumanionej porankiem i ze snem zalegającym pod powiekami.
przymarzam do ulicy idealnie zaniedbując poczucie czasu. moje zatracanie nadziei na cokolwiek jest procesem bardzo złożonym i marudnym. czuję, że niedługo przyjdzie czas, kiedy zacznie trawić mnie poczucie winy, że mogłam zrobić więcej, że mogłam narodzić się kimś innym. czuję, że spali mi rzęsy i pozostawi przekrwione oczy, czerwienią tworzące obrazy w mojej głowie.
w tramwaju pustki czuję w powietrzu i wzrok wlepiam w szybę zimną oddechem jesieni z zewnątrz.
nie uzbroiłam się w uśmiech na specjalną okazję, nie zaparzyłam ulubionej herbaty, nie zapamiętałam snu.
dziś mam ochotę umrzeć. nic więcej.
czwartek, 26 listopada 2009
62.
/opowiedz mi bajkę, konkubinacie szatana.
opowiedz mi bajkę, o nocy rozrywanej wrzaskiem szarości.
opowiedz mi bajkę, o nocy schowanej między palcami mimowolnie ulatniającej się.
o kolorowych myślach i żonkilach wyrastających na moich oczach w przebłysku dnia.
opowiedz mi historię zapatrzoną w twoje oczy. leniwie wypływających z krainy oniryzmu.
o tańcu niepewnych spojrzeń w blasku żarówki powolnie blaknącej, owiniętej kłębami naszych oddechów. o dwóch dłoniach i zielonym autobusie. o ósmym dniu tygodnia. miejscu dla przegranych z duszy strzępem. miejscem drugiej szansy.
brakuje mi.
a jutro jeszcze nie istnieje.
środa, 25 listopada 2009
61.
dzisiaj jestem czternastoletnim jezusem upadającym po trzykroć pod ciężarem krzyża twojego wzroku.
kobieta w tramwaju pozostawia na poręczy zapach papierosa, który spływa jej po palcach. nonszalancki pomruk rzeczywistości. mam zaróżowione policzki, smagane wiatrem w czasie niemrawej drogi do domu. usta mnie pieką, od nieużywania i braku pomadki. noc wdziera mi się zza okiennego nieba, rozlewa mi się po podłodze, ściany ochładza i mój wzrok chaotycznie figlujący z zegarkiem. ulubioną herbatą raczę podniebienie i kurewsko nic nie odczuwam.
wtulam się w poezję. sypiam na siedząco. radośnie bywa. tylko.
szukam kropel z deszczowego snu, ciepła, roztrwonionego czasu z nadzieją, że znajdę go gdzieś przyczajonego tuż za rogiem cnotliwej ulicy z latarnią, ramion.
pozdrawiam z pomrukiem pocałunku złożonego na bladym policzku, z mojej golgoty.
"Nie kochasz mnie. Nie znasz mnie. Kochasz kogoś kim myślisz, że jestem. Gdybyś znał mnie, nie kochałbyś mnie. I nie próbuj udawać, że mnie znasz, ponieważ nawet ja siebie nie znam. "
- Eddie Vedder
wtorek, 24 listopada 2009
60.
jestem problemem - tylko aż - bo milczenie obłapiam w jego szalonym locie i o słowa się potykam. pod językiem chowam prawdę, rozpryskującą się na miliony, miliardy kawałeczków, chaotycznie i niepewnie. nie po drodze Ci, by wysnuć je z pod ciężaru półcichości.
zrób coś, bo nie chcę już wstawać o drugiej nad ranem ze strachem i kurewską czerwienią przyklejoną do powiek, bo ten dzień zgniótł mnie subtelnie i sen mnie rozrywa i naprzykrza się.
to wszystko jest trudne, nie chcę już czekać.
poniedziałek, 23 listopada 2009
59.
siadam przy świecy i przeglądam go, być może po raz ostatni i czuję woń bezsilności, jaka przeszywa mi skronie na myśl o gestach i słowach, których nie zdąrzyliśmy sobie powiedzieć. wypijam herbatę o smaku rozgoryczenia, której smak próbuję zmienić dodając do niej kilkanaście łyżeczek cukru. moje paznokcie splamione zaniedbaniem są połamane i zamalowane na bordowo, by ukryć białe smugi od natrętnego wyładowywania na nich swojej złości i zażenowania. powieki nabrzmiałe słonymi łzami, których posmaku nie chciałam znać. w końcu napiera echo dawnych lat forsując osłonę ciszy, w jaką uzbroiłam się depcząc wszystkie retrospekcje nękające mnie przed snem i budząc we mnie chorobę, od której uciekałam. wgryza mi się gdzieś w czaszkę, przenika do krwi przetaczającej się w żyłach, swoim odorem wybudzając ze śmierci nadzieję, która szybko ustępuje miejsca wrzawie wyrzutów sumienia topiących moje ostatnie oddechy niczym wosk z dawno rozpalonego znicza.
to choroba śmiertelna, w każdej chwili może nastąpić jej gwałtowny nawrót, wybudzający ze snu obrazy z przeszłości, a fakt bycia nią dotkniętą oszpeca mój uśmiech i hedonizm tętniący do tej pory w każdym skrawku mojego ciała.
"Można zamknąć oczy na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia."
- Stanisław Jerzy Lec
niedziela, 22 listopada 2009
58.
później prosto i klasycznie przesiaduję w parku z aleksandrą, aż dopadnie nas wieczór.
"- Rozmowy ludzi to jest taki McDonald's.
Szybko zjeść i nie stać za długo w kolejce.
- Dokładnie. Ludzie myślą, że się najedli a zeżarli jakieś gówno.
Myślą, że porozmawiali, a pieprzyli głupoty. "
potykam się o słowa krocząc po brzegu kubka wypełnionego twoim zapachem. niepewnymi pociągnięciami maluję rzęsy i niezdarnie pozbawiam się porcji mojej grzywki.
moja twarz jest równie blada, co ściana w piwnicy, a usta równie czerwone jak krew przelewająca się w żyłach.
nie widzę. nie chcę. nie czuję. zieleni wyglądam ze spektakularnym jękiem kurczących się źrenic napastowanych przez światło. obłapia mnie, mimo wszystko, nie-marudny humor złowiony w dniu wczorajszym i soboty wyczekuję.
piątek, 20 listopada 2009
57.
rozpływam się we wspomnieniach, kiedy miałyśmy po dzięsięć lat, przywołuję je do siebie i rozpryskuję na tysiące kawałeczków dzisiejszego dnia. stare miasto, sajgonka, przemoczone buty. cały ten piątek połknęłam niczym środek na ból i czuję się pociesznie. i zmęczenie powoli zaczyna zalegać pod powiekami.
jutro znów majstrujemy w dobrym nastroju. na sobotnią perspektywę doznaję skurczów na twarzy i uśmiech sam się wyzwala. podziękowania dla cudownej panny De z wielkimi oczętami, tak cudownie wyciskającymi radoście tych godzin.
czwartek, 19 listopada 2009
56.
gdzieś na kresach
doby
nie w Twoim śnie, lecz
w swoim!
miotają mi się myśli koszmarne pod powiekami i nie śpię tej nocy. łagodnie wsmarowywuję w siebie balsam podejrzliwości i ciepła kaloryfera, które cudownie pieści zmarznięte ciało.
kawałek siebie mam, w kieszeni czarnych spodni i pod czarnym trampkiem, powoli przeistaczający się w ciecz, leniwie wypływającą z pod krat twojego rozmemłania i źrenic.
kroję czas, na wskroś, ulicę przecinam na pół i zamykam się w niej, jako nastoletnia kurwa zgwałcona trzepotem twoich rzęs.
prócz perspektywy najbliższego czasu malującego się jękiem podręcznika do historii, pociesznie umalowane dziś się wałęsa gdzieś we mnie. milknie we mnie rozszarpanie.
godzina szesnasta, a zmrok okala już ulicę, światło z najcześciej objawianej oczom latarni obija się już o parapet i tworzy swoisty zakamarek izolatki od udręk wczorajszych. ból głowy roztrzaskany o znudzenie i zapowiedź snu.
tak bardzo przespać chcę jutro, zakamuflować się pod osłoną szarości poranka, rozpłynąć się w jego mgle opływającej moje ulubione zaułki trwania pod tym imieniem.
gryząc pióro
piszę
ten list, by smutną nagość
zakryć
choć takim listkiem
środa, 18 listopada 2009
55.
dotykam się w okolicach klatki piersiowej i czuję jak serce przestaje bić, gdy pomyślę o tych wszystkich samotnych brzaskach i wieczorach, w które wplątuje mi się ta tęsknota do uśmiechów, ramion.
pół-ciche markotnie i chłodno pachnące dziś. z Aleksandrą przesiaduję w ulubionym miejscu w tym mieście o ulubionej porze roku. czerwona szminka na ustach i ziąb niosący ze sobą całe czternaście lat i dziewięć miesięcy, w których chorowałam od wspomnień. bo ze wspomnieniami jest tak, że wychodzą na ciało i egzystują sobie, jak pasożyty.
potrzeba mi trochę.
trochę zapomnienia, uścisku, zapachu i bluesa, bo czuję, że jestem chłodna, niepoukładana i rozrywana przez sępy twojego wzroku i milczenia, które przed snem puka nieustannie w moje powieki. nie-rzeczywiście osądzam ten błękit i gubię się znowu za rogiem twojego spojrzenia.
wyspałam się dzisiaj, choć śniłam co nieco.
- przyszedłeś się ze mnie śmiać, czy do mnie uśmiechać? odpowiedz.
- tak przyszedłem. nudno tu, nie? widziałem cię wczoraj jak przyjechałaś na oddział.
- widzisz tutaj kółko?
- no nie, bo zamazałaś.
- bo to było wczoraj. i nie ma. jest tylko dziś. lubisz dziś?
- znaczy, chodzi ci czy dziś jest okej?
- musisz lubić dziś, to dziś ciebie polubi. a o wczoraj zapomnij, to ono zapomni o tobie.
- niezłe, a o jutrze też coś masz?
- o jutrze nie wolno. ono nie jest nasze. o świcie do każdego przyjeżdża wóz i przywozi mu jego jutro. ale wcześniej nie wolno tego dotknąć, bo nie wiadomo, czy będzie twoje. a teraz co widzisz? - kwiatek.
- czyli co to jest? naprawdę nie wiesz?
- no nie..
- to jest nasze spotkanie. wiedziałam że do mnie przyjdziesz i narysowałam kółko. jakbyś się ze mnie śmiał albo byś mnie uderzył, to bym je po prostu zamazała.
poniedziałek, 16 listopada 2009
54.
spełzam łóżka, ze zlepionymi powiekami i drżeniem całego ciała i zmierzam do upragnionej łazienki, by światło żarówki, którą co dzień zapalam mogło zwęzić mi źrenice objawiając zieloną, kocio podobną barwę moich oczu, która jeszcze bardziej zyskuje na wyrazistości poprzez żółtawe światło, w którym się gubi.
kiedy już za oknami zarysowuje się poranek, naświetlając kontury otaczających ulicę budynków, okrytych całunem mgły, ospale wynurzam nos z drzwi frontowych, jadę pachnącym zmęczeniem i natłokiem ludzi tramwajem. turlam się nieco w szkole, choć w stanie rozmemłania i chandrorzygotwórczego nastroju, skupiam się na niemiłosiernie krążących mi między marzeniami myśli, zawiłych i splątanych niczym sieć pajęcza, która tylko czeka, by okryć sobą naiwną ofiarę.
rozmywam się co dzień w mętnym świetle wieczoru, choć na chwilę dostrzegając małe przebłyski radości w ciągu całego dnia sączącego się z samotności i izolacji na własne życzenie.
ten sam schemat, ten sam chodnik i to same, coraz częstsze, poszukiwanie pary oczu i zapachu, który niesie za sobą obietnice słodkiego zapomnienia i ramion, do których coraz mocniej tęsknie.
bawcie się dobrze.
niedziela, 15 listopada 2009
53.
ulice wieczorami rozkrwawiają mi poczucie bycia, niebo cuchnie szarzyzną i szybkim zgonem. gubię sierść przywiązania, leżę w łóżku w pozycji embrionalnej napastowana przez bóle wykluwającego się we mnie przeziębienia. twarz mam bladą, a rumieńce jeszcze bardziej wyraziste, niż zwykle. wzrok, choć nieudolny, wlepiony w strony biografii Kurta Cobaina, do której wreszcie udało mi się przykleić.
rozmemłanie niedzielne, otumanione zmysły i wewnętrzne poszarpanie.
piątek, 13 listopada 2009
52.
możesz sobie wyobrazić całe ciało pokryte białym puchem, herbatę z wódką jedną dla mnie na rozluźnienie, dwie dla Ciebie na odwagę w małym domu, gdzieś pomiędzy stanami świadomości, myśli samoistnie wirujących nam nad głową, wiosną za to pole żonkili okalające każdy skrawek naszej utopii zza okna, latem wieczory i noce spędzone na pomostach, jesienią zabawy w stertach pożółkłych liści.
obrazy z głowy, senne obrazy, które to u schyłku dnia tworzę, po czym zostawiam je same, kiedy to same żyją, nieokiełznane.
na 'marinę' mam ochotę, okładka wzbudza we mnie tylko apetyt na jej zawartość.
nadchodzi drzemka jesienna - zniknę, po cichu. zabobony wczesuję w rozmemłane piątko-trzynastkowe myśli, oczy mam opuchnięte, z rana od niedospania, wieczorami od łkania nad owym przeklętym dniem.
nie fałszywych spojrzeń i udawanej troski i epizodycznych przyjaciół mi potrzeba, a bluesa, ulicy pełnej półcichości i półmroku i poezji ulubionej.
czwartek, 12 listopada 2009
51.
kołatam się przez sześć godzin w szkole. koncetracja ucieka przez okno, razem ze wzrokiem skierowanym na konary drzew, chodniki i wszystko niezwiązane z tym, czym powinnam się zająć.
biegnę na autobus, wsiadam zdyszana, zajmuję moje ulubione miejsce tyłem do kierunku jazdy i przy oknie, 'to nieistotne z perspektywy absolutu' słucham.
rotuję pomiędzy monotonią a splinem, który niewątpliwie pochłania mnie w coraz większych kawałkach, coraz mniej mnie pozostawiając.
wszystko, co było, już było.
jakieś fatum trzymam na karku, od całej ten konfuzji tracę nawet na wadze.
nie czuję tego dnia, chowam się przed nim pod swetrem jej wzroku i uścisku.
"Dlaczego wciąż nie przeczuwamy, że będą słowa, których nie zdążymy sobie powiedzieć?"
- Malwina Kowszewicz
środa, 11 listopada 2009
50.
palcem dotykam spękanych warg, przykrywam całą prawdę z nich zebraną pod szarymi rękawiczkami.
i znowu rozmydlam się w rozczarowaniach i ludziach, którzy są ich przyczyną. popołudniami zawijam w kłębek to wszystko i ciskam gdzieś z nadzieją, że nigdy ich nie odnajdę. w półcichości wieczoru tułam się ulicą oświetloną mglistym pomrukiem latarnii, czuję kroplę zimna na zamkniętych powiekach.
herbatę piję, błądzę wzrokiem po cegłach, kreślę plany w jaźni, rozmyślam o wszystkim i niczym.
dryfuję w bezkresie tego dnia, w bezkresie zapachu.
tonę w nieprzytomności ostatnich tygodni, męczę się mijającym czasem, piskiem poranków i zdeptanych słów.
niedziela, 8 listopada 2009
49.
a gdyby tak wyjść z pod klosza nierealnego rejsu, cienia półcichości, ułożyć siebie jak historie przed snem.
kolejny dzień, gdy nic się nie udaje. rzygotwórcza sobota. wyrzygana niedziela. moja nuda uczesana w ból głowy i zimne palce. gorący prysznic. herbata. rumieńce.
gwałtowne ruchy wspomnień, obijających się o siebie pod czaszką. strapione popołudnia, wieczory z bolączką. noce wyśnione ze snu.
środa, 4 listopada 2009
48.
moja ulubiona piosenka, moja ulubiona pora roku, mój ulubiony uśmiech, mój ulubiony zapach, moja ulubiona niewinność. moja nuda odziana w bóle nadchodzącego przeziębienia.
baraszkuje we mnie nadzieja, krzątają się pomysły, chyba znowu czuję się pociesznie. tylko smutno bywa, kiedy pomyślę sobie, że w ówczesnych czasach człowiek bardziej przypomina mi automat z gorącą czekoladą.
wchłaniam jak gąbka poezję Morrisona. sycę się.
niedziela, 1 listopada 2009
47.
napycham żołądek, wylewam się z siebie, nie-sobą jestem.
"Ile mamy naprawdę pięknych wspomnień? Tych najistotniejszych, które nas określają i pomagają nam być tym, kim jesteśmy?"
- Jonathan Carroll
piątek, 30 października 2009
46.
boję się swoich snów.
jakoś toczę się przez ten dzień, wyglądam przez okno na chwilę odsuwając od siebie działania algebraiczne, widzę stary opuszczony dom, utożsamiam się z nim. łzy napływają, potykam się o myśli nacierające z wielką siłą, przedzierając się przez pancerz zajętego umysłu.
wychodzę, chłodne powietrze bonifikatą w pochłanianiu optymizmu przez chandrę piątkową.
znowu czuję zapach autobusu 162, wysiadam przy cmentarzu. znowu widzę odkopywane wspomnienia, swąd pozerstwa zaklętego w zniczach, chrystusowym kurestwie, kwiatach i tłumach otaczających to miejsce. wspomnienia, które zostaną pogrzebane na nowo, na kolejny rok, by wyciągnąć je jak wyżęte szmaty do ścierania podłogi.
czekam na Aleksandrę, razem oglądamy zachód słońca w jednym z parków, siedziąc na huśtawkach i zachwycając przeplatającym się różem i błękitem konającego nieba.
zapominam na chwilę, beztrosko oddycham.
i jakiś kuriozalny wewnętrzny szept, obija mi się wokół żeber, miażdży żołądek, ściska serce, wprawia w drżenie dłoni, łzy wyciska jak gąbkę. uruchamia się po najmniejszym krzyku.
nie czuję tych godzin. nie czuję całego tego tygodnia.
samotnie mi.
"Jesteśmy z tego samego materiału, co nasze sny."
- William Shakespeare
czwartek, 29 października 2009
45.
nieład jak po orkanie seksu na głowie zmoczonej deszczem.
spotkanie z Andżeliką, spacerujemy tak między kałużami, ktoś z drugiej strony ulicy pali papierosa, przemaczam buty.
Andżelika, zazwyczaj nazywana po prostu Koko, jest uprzywilejowana do nazywania ją niemal moją siostrą bliźniaczą, ale nie ze względu na podobieństwo wizualne. uwielbiam to, że namacalnie rozumie każde słowo, każdą łzę. uwielbiam jej nos. uwielbiam jej kapelusz. uwielbiam ją.
autobusowe rozmowy nastają, wysiadam.
po czym wracam flegmatycznie objawiającą się drogą do domu, drżące plecy chowam pod czarną kurtką, ciastka zjadam, pustawo jakoś. niedługo prysznic gorący wezmę, potem zataję swoje istnienie przed napływającym tsunami gryzących do krwi myśli. chcę, bądź, jak wtedy.
środa, 28 października 2009
44.
chrystusowe kurewstwo wplątane w poezje ulicy.
wyżerają mnie strzępy poczucia winy, porozrzucane gdzieś po drodze w te jesienne poranki, na korytarzach napęczniałych od uników, z których okien wylewa się gehenna.
gehenna błękitu i dużych źrenic.
parkowa żółć i truskawkowa czekolada. lubię tą jesień. napawam się nią. chłodem, zimnymi dłoniami, czerwienią warg i brązem na ulicach.
"Ona sama się zniszczyła. Żyje zamknięta w swoim kretowisku, jest samolubna, nikomu niepotrzebna. Przez to, że użyłem jej ciała, nadałem sens jej życiu."
- Jonathan Kellerman
poniedziałek, 26 października 2009
43.
i boję się amputować to, co powoli zaczyna umierać, obarczając mnie ciężarem swojej agonii.
był dziś moment, kiedy już nie czułam strachu ani żalu, chyba właściwie przez chwilę nie czułam zupełnie nic.
"Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po prostu nic wspólnego."
- Emily Brontë
niedziela, 25 października 2009
42.
rozrywam się na części i daje się rozdziobać czarnym krukom i wronom przed bramką, krążącym nad domem o zmierzchu i o brzasku. stoję, dłonie chowam w rękawiczkach, przysłaniam delikatnie wzrok, lecz wciąż widzę, choć nie chcę, jak pożerają mnie, napełniając brzuchy. jak rzygają mną po kątach.
umieram ostatnio z powodu coraz częstszych i coraz bardziej dotkliwych bólów głowy. egzystuję między ścianami przemilczenia, które swoją cnotą burzą mury, które budowałam szmat czasu. płaczę też coraz częściej, przed promykami nadziei chowam się pod kołdrą.
próbuję zmusić się do spędzenia odrobiny czasu nad książką, lecz wyrywa mnie z tego postanowienia szmer klawiatury, którą powinnam omijać szerokim łukiem.
sny o narkomanii, przedsmak zgonu.
ta impreza się przeciąga, chyba zbyt wiele twarzy wtargnęło na nią bez zaproszenia.
"Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy."
- Haruki Murakami
piątek, 23 października 2009
41.
nie umiem używać bezpośrednich słów, choć one ciążą, gniotą się gdzieś na końcu języka to wciąż, omijam je, gdyż boję się konsekwencji ich wypowiedzenia, miotam się w banałach, krępacji i niepewnych spojrzeniach. chyba już zdążyłam stracić, pogmatwać, co mogłam, teraz siedząc przed monitorem ze sflaszałym poczuciem winy za to, co mogłam, a czego nie zrobiłam.
piątek dwudziestego trzeciego, te same oczy o poranku, niby wszystko w porządku. kolejne godziny, niby wszystko w porządku. przypływ chandry. dwie czekolady, paraliżujący ból głowy, trochę łez. idealny początek weekendu. choć przecież aż do dziś dwadzieścia trzy niosło szczęście.
"Życie cuchnie. Jest jak ustawiona gra, w której zawsze wygrywa kasyno. Warto o tym pamiętać."
- Janet Fitch
czwartek, 22 października 2009
40.
moje oczy wybrały się na podróż w poszukawaniu chłopaka przypalającego papierosem opuszki swych palców, mój obupłciowy strach przed brakiem egzystencji, którą i tak najchętniej bym porzuciła niczym martwego czarnego kota dziurawi mi realia. tętnice dróg miasta wyrwanego z królestwa nocy, epizodyczni bohaterowie teatru codzienności, których schody są pełne, marionetki smutnie śledzące tętno człowieka zza szyby.
robi się późno, czternaście lat za późno, żeby coś zmieniać.
narkotyki, seks, alkohol, papierosy i tułaczka, dlaczego tak nie może skończyć się ta gra?
"W tym cholernym życiu potrzebna jest miłość, która męczy, dusi i zabija... bez niej jest wielka pustka."
- Jim Morrison
środa, 21 października 2009
39.
poranki lśnią raczej czernią, niż promieniami słonecznymi. gdy wyrywa mnie ze snu dźwięk budzika oczy nie zostają otumanione przez jasność.
mgła owija budynki, ulice pachną wilgocią, siąpie deszcz, ulice pełne miłości i różu wstającego słońca około godziny siódmej. tę samą urokliwą scenerię napotykam każdego dnia.
październikowe nadzieje, herbata, jeszcze większa magia w powietrzu.
póki co, hipnotyzuję się muzyką doorsów, myślę o wczesnej śmierci jak Jim Marisson, myślę o tym, jak wymienią mi legitymację na szarą tablice, dopiszą jeszcze jedną datę, jedyną, której nie znam, o tym, jak na wszystkim zalegnie kurz zapomnienia, stęchłych marzeń.
tylko ten zapach, ten zapach chciałabym zabrać ze sobą.
piątek, 16 października 2009
38.
należało spotkać się dziś z Angeliką, przymierzyć jej kapelusz, który uwielbiam, zaczekać na Aleksandrę, iść razem, jak zwykle, do wrzeszczowego parku bijącego żółcią, brązem i wilgocią. usiąść znów na tej samej ławeczce, strzepnąć z niej ślady jesieni.
suche dłonie, spierzchnięte usta, rumieńce, przemoczone buty i zabawa w fryzjera, by okiełznać nieład na mej głowie, równy co w snach miewam.
chciałabym się wylać na białą kartkę papieru, zapełnić ją tymi wszystkimi uczuciami, które tłamszę w sobie, gniotę, gdzieś utykam pod żebrami, po raz ostatni wymówić twoje imię o zmroku popękanymi kącikami bladych nienaturalnie warg.
"Czyje serce jest puste, tego usta słów pełne."
- Karl Kraus
wtorek, 13 października 2009
37.
nabieram w płuca woń ziemi zmoczonej deszczem, pochłaniam ją, przypominam sobie całe życie, czasy zabaw w piaskownicy, pierwszych przyjaźni, pierwszej śmierci, pierwszego stałego zęba, pierwszego smaku zwycięstwa, ostatnie godziny wczorajszego dnia, potem wydycham to powietrze i znów czuję, że mam czternaście lat. zaraz potem przechodzę przez próg domu, powolnym krokiem wchodzę po schodach, zdejmuję koszulę i kładę się na łóżko, by zebrać myśli. w stanie rozkojarzenia, w jakim znajduję się od niewątpliwie długiego już czasu, jest to niewykle trudne, a wręcz niemożliwe. leżę więc ze wzrokiem wlepionym w okno połaciowe, myśli napływają chaotycznie. chyba szczęście jest jak naiwny chłopiec, który bierze w ramiona i znika wcześniej, niż się pojawił. za to nieszczęście jest jak dojrzały mężczyzna, który w zdrowiu i chorobie siedzi obok Twojego łóżka trzymając mocno Twoją dłoń.
"Z naprawdę wielkich, posiadamy tylko jednego wroga - czas."
- Joseph Conrad
czwartek, 8 października 2009
36.
koniec czwartkowego dnia, obrazy z głowy, dogorywające słońce, jest przyjemnie nie ma co.
"Wierność jest pierwszą z cnót; to ona nadaje naszemu życiu jednolitość – w przeciwnym wypadku rozprysnęłoby się na tysiące chwilowych wrażeń jak na tysiąc szklanych odłamków."
- Milan Kundera
sobota, 26 września 2009
35.
wychodzę z domu o 8:27, czuję się dziwnie przy tej temperaturze sunąc wilgotnymi chodnikami przyodzianą w krótki rękawek, dookoła ludzie w szalikach i ciepłych swetrach. spustoszenie w głowie, chaos, trening, spotkanie z Aleksandrą, obejrzany skazany na blues.
a to wszystko jest jak przepalające się żarówka, raz gaśnie, by znów przez ułamek chwili rozpromienić ciemność, jaką pozostawiła. w Twoich oczach nie widzę żadnego wyroku, są mętne. prawda w nich jest dobrze zakamuflowana, a może nazbyt trywialna.
życie jest sztampowe, jakieś lepkie, mdłe. marzy mi się. oj, marzy. wszystko, co widziałam w filmach, o czym donoszą mi strzępy rozmów okalające słuch w tramwajach i niebo, jeszcze bardziej szare niż wczoraj. przecież za dziesięć lat bardziej żałowała będę tego, czego nie zrobiłam niż tego, co zrobiłam. balsamuję moje porażki, znów wyrzucam tą samą ilość oczek na kostce do gry, gry losu.
gdzie ty, kurwa, jesteś? i kim ty, kurwa, jesteś?
"Smutek jest samowystarczalny: by odczuć jednak pełną wartość radości, musisz mieć kogoś, by się nią podzielić."
- Mark Twain
piątek, 25 września 2009
34.
chciałabym te wszystkie zgryzoty przykryć kocem koloru wiśniowego, cisnąć nim gdzieś na pole wypełnione po brzegi żonkilami, a potem napawać się wszystkim, co pozostało.
wracam do domu, snując się ulicami, sącząc wieczorne powietrze. to dziwne, ale zawsze, kiedy chcę trwać tak jak najdłużej, droga do domu skraca się, kiedy jednak jestem już spóźniona i jedyne o czym marzę to o filiżance gorącej czekolady, droga się wydłuża. chłód zza okna wdziera się do pokoju z pomarańczowymi ścianami, moja lampa naftowa jeszcze nigdy nie zapłonęła, właściwie nie wiem, dlaczego ciągle z tym zwlekam.
i ta ulica mnie drażni i cała ta szarzyzna dnia i nocy, to miasto, moja grzywka i to, że herbata się kończy.
"Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie."
- J.R.R Tolkien
czwartek, 24 września 2009
33.
kiedyś wyciągniesz mnie, opuszkami palców rozetrzesz zmęczenie na powiekach i muśniesz krwistoczerwone usta, rozkołyszesz mnie powoli nutami wspomnień, choć wewnętrzny niepokój wypali mi rzęsy to ślad krzyża twojego wzroku będzie najgłębiej.
głód koncertów, żelki przed komputerem, siedzę w niskim pomarańczowo czerwonym fotelu, a podniebienie uraczyłam dziś jeszcze fastfoodami.
przeznaczenie chciałabym utkać, przerabiać i naszywać, niczym krawiec w swoim zakładzie na poddaszu, poddaszu życia, gdzieś za regałami.
wulgarnie spłodzone dziś pachnie duchotą i znużeniem. mój mózg i ciało uśmiercają te wszystkie chwile by wskrzeszać je, by zmartwychwstawały, kiedy pragnę przyglądać się ich martwym ciałom. wtedy wstają, otrzepują się z ukruchów śmierci, jakimi są opruszone, przyglądają się niebu zasnutym gromadą ciemnych chmur, wtedy swoim zażenowaniem działają niczym młot pneumatyczny niszczący spektakularnie królestwo naiwności pod czaszką.
ta jesienna aura tylko potęguje moją tęsknote do kolorów, jabłek, uśmiechów, nabrzmiałych spojrzeń, ramion.
"Jeśli chce się być szczęśliwym, nie wolno gmerać w pamięci."
- Emil Cioran
środa, 23 września 2009
32.
zaczęła się kalendarzowa jesień, chyba najlepsza z pór roku. na ulicach życie, ludzie zataczający się na chodnikach o porankach, kiedy ich powieki są jeszcze zlepione resztkami snu, z którego wyrwał ich dźwięk budzika, wszystko takie bezpłciowe, rzygotwórcze. jakby jakaś dziwna cisza wgniatała się między lewy a prawy przedsionek serca, miażdżąc przełyk, a także wybudzając ból głowy z krótkiej drzemki poobiedniej, cisza przed burzą, a może już po burzy. wrzaski wyobraźni przeplatanej z frustracją, które wzbierają we mnie tylko wewnętrzny bełkot.
nie mam na nic czasu, a kiedy już wyciągnę go trochę z kieszeni to zaczyna brakować mi ochoty i entuzjazmu do tego wszystkiego, no, przede wszystkim wytrwałości. nie posprzątam w łazience, i tak zaraz będzie brudna. nogi uginają mi się pod wspomnieniami wydłubanymi gdzieś z zagłębień pamięci, chyba one podtrzymują pracę serca, cały ten chaos.
"Jeśli jest we mnie ludzka dusza, tchnij ją w nową kukłę i baw się nią."
- Tadeusz Nalepa
sobota, 19 września 2009
31.
mam na sobie kolor brązowy, popijam herbatę o smaku owoców leśnych, szóstą już dzisiaj, niebo za oknem jest różowo fioletowe, jak nigdy dotąd. słońce słania się na swoich chudych nóżkach, dzień dogasa. wieczór powoli przedziera się do mieszkania, nie zapalę żarówki, będę siedziała w półmroku, przecież nie lubię jasności. powieki stają się cieższe, tusz na nich zaczyna się kruszyć, źrenice jak u narkomana, to, co lubię w sobie najbardziej, właściwie, jedyne, co lubię.
w żyłach przelewa mi się jeszcze niepewność przeradzająca się w drżenie przed widokiem tych oczu i drażni mnie perspektywa najbliższych miesięcy, dobry dzień dzisiejszy.
zatrzymajmy się na chwile, by przeczytać ten skrawek dnia ubrany w słowa, banalnie, bez poczucia stylu, ot co!
"Kiedy już umrzesz, ustawiony jesteś do końca życia. "
- Jimi Hendrix
środa, 16 września 2009
30.
proszę, spotkajmy się w przyszłym życiu, kiedy będziemy bezmyślnymi ćmami, pędzącymi do latarnianego światła o zmroku.
"Tajemniczy oksymoron oddechu: dmuchasz na zupę, by ją schłodzić, dmuchasz na ręce, by je ogrzać."
- Jonathan Carroll
niedziela, 13 września 2009
29.
zrzuciłam z siebie ciężar tajemnic, którego następstwa dodały do mojego życia ograniczenia, jakich wcześniej nie znałam. to chyba jest w nich najgorsze, nawet jeśli wydawało mi się, że nad nimi panuję, że mam nad nimi całkowitą kontrolę, to w końcu wyrwały się z objęć szeptów i milczenia, uświadamiając mi, że tak naprawdę nigdy nad nimi nie panowałam i nigdy nie będę w stanie.
ludzie potrzebują kilku rzeczy, by czuć, że żyją: miłości, wolności, seksu, kogoś bliskiego.. jak więc obudzić w sobie to poczucie, gdy nie posiada się żadnej z wyżej wymienionych?
chyba czuję się, jakbym stała w jednej z najciemniejszych ulic najciemniejszego miasta czując, że robi się coraz chłodniej, choć rumieńce na policzkach stają się coraz bardziej krwistoczerwone, patrząc na wijące się przed moim nieśmiałym wzrokiem kłęby mojego oddechu, gorącego wśród otaczającego mnie mrozu, w jej najciemniejszym zakamarku, w narożniku złudzeń, z którego nie ma odwrotu. życiem nie można kierować za pomocą pilota, przewijając i cofając każdy oddech, każde uderzenia serca w piersi, każdy krok postawiony na ziemie chaotycznie i bez zastanowienia. już zdąrzyło mi się znudzić to uczenie się na błędach.
"Łatwiej powiedzieć „nie” na początku, niż na końcu. "
- Leonardo da Vinci
środa, 9 września 2009
28.
chyba czas posiedzieć samej w ciemności, przy niebie, na którym widać małe przebłyski gwiezdnego światła, czuć zapach wieczoru, choć w ciemności rodzi się najczęśniej niepokój i strach przed każdą gałęzią lekko powiewającą przy konającym dniu, na świat przychodzi zwątpienie i melanholia, ta chęć wygnania z siebie wszystkich utrapień razem z łzami mieniącymi się błękitem, jednak odradza się też nadzieja.
"Milszy jest mi pantofelek od Ciebie Ty skurwysynie".
- Andrzej Bursa
środa, 2 września 2009
27.
zdjęcie stare, nawet bardzo, zresztą wiadomo, teraz nie zima. nie możemy jak narazie cieszyć oczu widokiem bieli, opadającego z nieba śniegu w brzasku poranka, kiedy powieki jeszcze kleją się do siebie niczym dwa magnesy.
prawda jest dobra, gdy siedzi pod stertą codzienności i milczy, gdy jednak zaczyna do nas docierać, wyrywając z naszych głów kłębki nadziei, zaczyna uwierać, tak, że chciałoby się ją niemal odrzucić, zakopać pod stertami trupów marzeń, żywcem.
kiedyś dojrzejemy, wszyscy, jak dziesiejszy deszcz, uderzymy w ziemię z wielkim łoskotem. inni, odmienieni, choć jednak tacy sami. będziemy kroplami, będziemy przeżywać to życie, tak jak one, powoli, markotnie spływać po szybie, jednak pozostawiąc po sobie długą smugę, ślad swojego istnienia, choć potem jakaś wielka dłoń go zetrze, zginiemy z przeświadczeniem, że nie zginęliśmy w całości omotawszy spojrzeniami przepełnionymi spełnieniem cały ten pieski świat.
tak, życie spłatało mi niespodziankę, z pozoru błacha sprawa kłuje niczym żołądek kurczący się z głodu. dokładnie, choć tym razem doświadczam głodu, który nie ma nic związanego z układem pokarmowym. głód doznań, głód życia, które nie jest tym wymarzonym, choć jedyne o czym marzę to by kiedyś móc stanąć z podniesioną głową, mokrą od kropel deszczu, szczęśliwą krzycząc, że niczego nie żałuję, niczego.
wtorek, 1 września 2009
26.

siedzimy w parku, chyba właśnie ta przyjaźń jest jedną z niewielu rzeczy, które trzymają mnie w tym miejscu. tak więc słońce oblewa nasze rozanielone własną obecnością twarze, oblewa też liście drzew nadając im melonową barwę, wiatr rozwiewa wątpliwości, które spotengowały się we mnie w ostatnim czasie.
siedzę na uroczej ławeczce koloru kasztanowego i zastanawiam się: czym są sny? to nasze nieurzeczywistnione nadzieje? przepowiednie? karty z odpowiedziami do życia? wskazówki? odwrotność tego, co nastąpi? czy może to, co chcemy zobaczyć, to, czym chcemy cieszyć zmysły, tyle, że nie udaje nam się tego osiągnąć w realnym świecie? a może po prostu niczym?
są pytania, które pozostają pytaniami i nie ma przepisu na życie.
chyba wszyscy zmierzamy do nikąd. chyba za mało rozumiemy. chyba wszystko jest za bardzo zawiłe i poplątane jak kłębek nici lub słuchawki odruchowo wepchnięte do plecaka.
tak, chyba nic tu po mnie.
"Przestałem marzyć. Jak człowiek nie marzy - umiera. "
- Ryszard Riedel
niedziela, 30 sierpnia 2009
25.
to zabawne, że wczorajszego wieczoru po raz siódmy obejrzałam ten sam film, po raz siódmy wniknęłam w niego, ciesząc się, płacząc i zastanawiając się nad każdym ruchem aktorów, jakbym widziała go po raz pierwszy.
to taki czas, ani wolność, ani ograniczenie, to czas, w którym trzeba przyzwyczaić się do zmian, jakie w najbliższym czasie na pewno nadejdą niosąc ze sobą bariery nie do przebicia czyniąc życie jeszcze bardziej zaprzątniętym, niż było do tej pory.
tak więc w pierwszym brzasku dnia, kiedy to przez okna wkrada się poświata nadchodzącego dnia, a pokój coraz bardziej jaśnieje dochodzę do wniosku, że ten zwój mięsa, kości, żył, tętnic i chrząstek, jakim jestem, musi przejrzeć po raz ostatni swój album ze wspomnieniami, dokonać ablucji umysłu.
cóż, z życiem jest jak z jedzeniem, najprościej mówiąc. czasem głodujemy, czasem bierzemy garściami, aż się pochorujemy od nadmiaru, a wtedy musimy wszystko wyrzygać, jak najdalej umiemy, żeby oczyścić się od wszystkiego, co nam zalegało na żołądku.
"Człowiek zawsze ma przesadne wyobrażenie o tym, czego nie zna."
- Albert Camus
piątek, 28 sierpnia 2009
24.
siedzę przy oknie i myślę, to dziwne, bo myślenie zawsze przychodzi wtedy, kiedy nie jest potrzebne, wtedy, kiedy zatruwa nam umysł tworząc go przedsionkiem do królestwa melanholii i zwątpienia, które odwiedzamy często.
i pozostaje tylko widmo snów, szczeniackich snów, w których nie dosięga mnie fetor zapomnienia i wyobcowania, gdzie w każdym dostrzegam cząstkę siebie, a ta cała błękitna planeta staje się miejscem wartym wizyty. miejscem, do którego chcemy wracać, pokonywać trudności i wzbijać się ponad kulejące marzenia i świat fikcji oparty na migawkach szczęścia ujrzanych przypadkiem uciekając przed sobą samym pustymi ulicami próbując odnaleźć jakikolwiek sens naszego bytu, który jak narazie maskuje się zgrabnie lub może tylko zdaje się nam, że w ogóle takowy istnieje.
pragnę jeszcze zauważyć, że zamiast przeżywać to życie wolimy o nim opowiadać, gdybać i pisać scenariusze, obawiać się go i próbować je zamknąć w słoik, jakby było czymś materialnym, czymś, nad czym moglibyśmy panować, co trzymalibyśmy w naszych splamionych wyrzutami sumienia i błędami dłoniach.
tak, adrianno, chyba nie jesteś jedyną, której czasami zdarza się żałować.
"I'd rather be hated for who I am, than loved for who I am not."
/Lepiej żeby mnie nienawidzili takim, jaki jestem, niż kochali kogoś, kim nigdy nie będę./
- Kurt Cobain
środa, 26 sierpnia 2009
23.
snując się ciemnymi ulicami oświetlonym światłem latarni, zerkając na gwieździste niebo i szukając w nim innego, niż było wczoraj. po omacku błądząc myślami w życie, które pozostawiłam za drzwiami domu, które jednak wymknęło się i przebiło osłonę mojej wyobraźni o jaką stałam się bogatsza przez te kilka chwil szczęścia. słuchając muzyki i sycąc się dziwnym pięknem godzin kresu wczorajszego dnia.
chociaż czasem dałabym wszystko, by pamięć, doświadczenia, uczucia, które mną miotają móc zamknąć jak zmęczone powieki i otworzyć razem ze wschodem słońca.
"Co pan robi?
- Czekam na siebie."
- Emil Cioran
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
22.
bo im bardziej upijemy się szczęściem, tym więcej chcemy go, by zatuszować tęsknote za tym, które minęło.
"Przeznaczenie oddaje kobietę pierwszemu. Przypadek - najlepszemu. Wybór - pierwszemu lepszemu."
- Karl Kraus
piątek, 21 sierpnia 2009
21.
uciekły w mgnieniu oka, choć początkowo otaczał je swąd rozczarowania, który to chciał ten czas przyspieszyć by móc powrócić do tego, co pozostawiliśmy, do naszej jednostajności napawającej zgiełki poranków i bezsenne noce.
chyba przez odpoczynek od nocy udręczonych kąsającymi wyrzutami sumienia czuję się akuratnie, ale zarazem pusto. czuję pustkę wynikającą z dostrzerzenia błędów, a może bojaźni zwanej samotnością, która nie potrafi znaleźć ujścia by wyciec z mojego ciała jak najdalej stąd pozostawiając wszystko co sukcesywnie zatruwała nienaruszonym lub mocniejszym.
chyba dostrzegam swoją niedojrzałość i chyba wiem, że to ona najbardziej mataczy całe to nieprzeżyte jak narazie życie.
"Szczęście nie jest przecież stanem wiecznym. Zresztą też i nie okresowym. Szczęście to po prostu taki skurcz serca, którego doznaje się czasami, kiedy człowieka przepełnia taka radość, że wprost trudno ją znieść. Znika równie szybko jak się pojawia. I nie ma go, dopóki nie nadejdzie znowu, by sprawić, że człowiek uzna życie za najwspanialszy dar."
- Margit Sandemo
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
20.
na pewno te dni spędzę z nią, tą, która zawsze ma przy sobie jakąś radę, tą, która w ospałym umyśle zapala iskrę nadziei, która to przeradza się niejednokrotnie w ogień, który wypala czasem głębokie dziury nienasycenia, a czasem pozostaje tylko wypalenisko, popiół niezrealizowanych marzeń, które zdążyły się znudzić zanim ujrzały światło dzienne, do których droga w połowie lub może wcześniej bądź później przerwała niczym nić pajęcza.
właściwie mam nadzieję, że te dni zostaną uwieńczone zapomnieniem o codziennych zagwostkach, o nadziejach i marzeniach, które przynoszą więcej szkód niż korzyści, o jakich czytamy w rozmaitych powieśniach i jakich od nich oczekujemy.
"Kiedy zamyka się oczy do snu, dusza zwija się w ciele jak kłębek, pozostawione samemu sobie ciało sprawdza, czy jeszcze istnieje. Wzbudza w sobie wspomnienia, bo każdy wykonany kiedyś gest, każde doznanie zostało przez nie zapamiętane. Ciało ma pamięć absolutną, jego wspomnienia przepadają tylko wtedy, gdy ciało ginie."
- Olga Tokarczuk
środa, 5 sierpnia 2009
19.
zdarzają się tygodnie, w których optymizm osacza mnie ze wszystkich stron, zamyka się przed niepokojami, nie dając im nawet krzty udziału w moim życiu, jednak potem przychodzą te tygodnie, w których choruję od wspomnień, od nieurzeczywistnionych, pogrzebanych przed laty nadziei, kiedy to, naprawdę mam ochotę pokonać i opuścić ten labirynt splątanych połączeń, zwanych życiem, rzucając tylko kpiącymi spojrzeniami na cały ten świat kocich łbów, w którym dostrzegam tylko brzydotę, lecz wierząc, że jest jeszcze na nim miejsce, gdzie najpiękniejsze zachody słońca jeszcze nie wyblakły, a spokojne, ciemne nocy nie obumarły razem z porankiem pozostawiąc po sobie tylko senne wspomnienie miejsca, do którego chcemy wracać zawsze, zmierzchu zalegających pod gruzami codziennego życia marzeń.
" - Źle pan wygląda - zawyrokował.
- Niestrawność - odparłem.
- Co panu zaszkodziło?
- Życie."
- Carlos Ruiz Zafon
sobota, 1 sierpnia 2009
18.
później topiąc się w wyrzutach sumienia, że nie zrobiliśmy wszystkiego by uczynić nasze życie takim, jakim chcielibyśmy by było.
pomimo dostrzegania faktów, po wyciągnięciu wniosków niełatwo jest wdrożyć je w swoje życie, właśnie z obawy, właśnie trwoniąc być może najlepsze chwile, którym nie pozwoliliśmy się narodzić, być może zaprzepaszczając największe nadzieje, które tylko czekają by stać się częścią naszego codziennego życia, siedzą w poczekalni przed którą sami zamykamy drzwi.
"- Dlaczego wszyscy tutaj są tak szczęśliwi, a ja nie?
- Dlatego, że nauczyli się widzieć dobro i piękno wszędzie - odrzekł Mistrz.
- Dlaczego więc ja nie widzę wszędzie dobra i piękna?
- Dlatego, że nie możesz widzieć na zewnątrz siebie tego, czego nie widzisz w sobie."
- Anthony de Mello
czwartek, 30 lipca 2009
18.

wtorek, 28 lipca 2009
17.
i tak oto kolejne dni dobiegają ku końcowi, przybliżając nieubłagalnie schyłek tej pory roku, która co jak co, ale wcale siebie nie przypomina.
znowu moje myślenie dzielone jest przez dwa. jedno patrzy racjonalnie i osądza, że wszystko, o czym marzę, nie ma najmniejszego sensu, a raczej, że nigdy się nie urzeczywistni. drugie patrzy z nadzieją, która zakrywa racjonalne osądy pierwszego. mętlik w głowie, mętlik, kurwa, mętlik.
"Płyń z wiatrem w plecy i twarzą do słońca. Na falach losu, tańcząc z gwiazdami."
/Blow./
czwartek, 23 lipca 2009
16.
zaczynam coraz bardziej wdrażać się w moje hedonistyczne podejście do życia, robiąc tylko to, co lubię. swoją drogą bywa to męczące, ale warte późniejszego odpokutowania.
zachód słońca nieopodal malborka, 13.07.2009.
ta fotografia została dobrana by ukazać wielką głębię przekazu moich emocji związanych z sympatią do tego miejsca i mętliku w głowie, jaki zazwyczaj pojawia się, gdy oczom ukazują się podobne cudy natury. choć rzecz jasna wiem, że fotograf ze mnie marny. zachód słońca to początek pytań.
"Szczęśliwym jest ten, kto przy zachodzie słońca cieszy się wschodzącymi gwiazdami." - Adalbert Ludwig Bolling
poniedziałek, 20 lipca 2009
15.
mogło być jak w filmie, mogło. w sumie jeden z najlepszych dni w te wakacje, nie ma co. ponad sześć godzin spędzonych razem, jak zwykle, uciekło w mgnieniu oka. bo przecież mam tylko Ciebie, małą przystań wśród raf. mam tylko Ciebie, prezent od gwiazd.
i choć Aleksandra wyglądała jak turystka, która za kilka minut ma wylecieć do Barcelony, to jednak była bardzo tamtejsza. i miło było leżeć na trawniku w samych środku gdyni obarczoną spojrzeniami przechodniów.
właściwie jakoś to polepszyło moje samopoczucie i zatuszowało inne smutki tego życia, które zazwyczaj wprowadzały w poczucie przybicia, jakby leżało na mnie trzydzieści ton żwiru. może życie nie jest takie złe. może wystarczy więcej się uśmiechać i uważniej szukać? i przede wszystkim doceniać to, co się ma, a raczej, KOGO.
"Najlepszym przyjacielem jest ten, kto nie pytając o powód twego smutku, potrafi sprawić, że znów wraca radość."
- Giovanni Melchior Bosco
piątek, 17 lipca 2009
14.
we wtorek pojechałam do elbląga z Martyną i Beatą, gdzie - nie licząc jednego epizodu nad rzeką, który mógł się skończyć bardzo źle - było świetnie. nie czułam nawet zmęczenia kończyn po 6 godzinach nieustannego spacerowania i jedzenia lodów. miło było na chwilę się oderwać od wszystkiego i kroczyć ulicami obcego dla nas miasta z uśmiechami na twarzach.
w tym czasie w gdańsku rozpoczęła się feta, być może jakieś koncerty wpadną do kalendarza w najbliższe dni. niedługo nieszczęsny obóz sportowy, na który ni trochę nie mam ochoty wyjeżdżać.
wróćmy do początku lutego tego roku, do piewszego tygodnia ferii i utknijmy w nim na zawsze w tych ulicach opruszonych białym śniegiem, do porannych treningów, do przesiadywania w kinie kameralnym, do poranków spędzonych w tramwajach z książką i śniegu topniejącego w rękawiczkach.
"Niedawna twoja nadzieja - to był sen pijany, z którego budzisz się z ziemistą twarzą."
Nie znam autora, gdyż powyższy cytat znalazłam na ścianach tunelu pod ulicą okopową w gdańsku.
sobota, 11 lipca 2009
13.
czwartek, 9 lipca 2009
12.
dopiero po tych wszystkich latach, które przeżyłam miast je przespać, widzę jak to marnotrastwo czasu uczyniło mnie bogatszą o tych kilka głów.
still in gdańsk, nie chcę tu być, wszędzie, tylko nie tu, ale co poradzić?
" Czy jestem ateistą? Bóg jeden raczy wiedzieć. "
- Stanisław Jerzy Lec
poniedziałek, 6 lipca 2009
11.
wyczekuję piątkowego i być może sobotniego koncertu, małego odstępstwa od przeciętności, kolejnego małego sensu, choć ciągle dryfujemy w bezsensie..
to wszystko czego chcę, muzyki i pociągów pędzących między polami żółto-czerwonych tulipanów i kropli deszczu osadzonych na ich liściach, błyszczących w świetle dnia.
"Pamiętam każdą wspólnie spędzoną chwilę. A w każdej było coś wspaniałego. Nie potrafię wybrać żadnej z nich i powiedzieć: ta znaczyła więcej niż pozostałe."
- Nicholas Sparks
środa, 1 lipca 2009
10.
kiedyś żyłam w krainie bajek, księżniczek i królewiczy na białych koniach, leżałam w łóżku, zasypiałam i całkowicie w to wierzyłam. w końcu dorosłam i większość bajek znikła, od tak, strzask prask, pstryk i nie ma. zamieniłam je na ludzi, którym zaufałam, na muzykę, poezję, choć nie do końca z nich zrezygnowałam. teraz zamiast wróżki zębowej czy śpiącej królewny na wyciągnięcie ręki znajduje się "żyli długo i szczęśliwie", choć nie w zamku, to we własnych mieszkaniach. pod koniec każdego dnia pojawia się nadzieja, właśnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewam, by rzeczywistość tylko nieco różniła się od tych dziecinnie prostych baśni, od które jeszcze siedzą we mnie głęboko, zawinięte pod stertami jednolitości dni.
"Dobre chwile dzisiejszego dnia są smutnymi wspomnieniami jutra."
- Bob Marley
wtorek, 30 czerwca 2009
9.
"Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro?Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie, jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia. Wyjdź mu naprzeciw."
- Phil Bosmans
piątek, 19 czerwca 2009
8.
pozostaję wyczekiwać, nowego dnia, nowej przygody, jakiejś odmiany, choć codzień budzimy się z tymi samymi myślami, tymi samymi pytaniami, które muszą nimi pozostać aż do końca. z poczuciem braku czegoś, czego się nie zaznało, poszukując nie wiedzieć czego, ale wiedząc, czego się nie poszukuje.
dlatego wciąż kręcimy się w kółko, słuchając tych samych melodii przed snem, wierząc w irracjonalne wymysły naszych wyobraźni, umierając razem z powolnie konającymi czerwcowymi dniami.
"Znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie jak go wskrzesić."
- Albert Einstein
środa, 17 czerwca 2009
7.
choć jestem tylko scenografią, stojąc czy biegnąc, nieistotne.
od zawsze wątpiłam i wątpienie stało się moją religią. topię się w wymiocinach własnego życia z przyklejonym uśmiechem, czuję, czegoś tu brakuje.
"Siedziała jak osoba czekająca na kogoś, kto może lada chwila nadejść. Siedziała smutna jak ktoś, kto czeka na tę chwilę od dawna, od samego urodzenia albo i wcześniej; być może nawet wcześniej niż od dnia narodzin oczekiwanej osoby."
- Gabriel García Márquez
wtorek, 16 czerwca 2009
6.
chciałabym by zmieniło się wszystko, jednocześnie bojąc się wszystkiego, co mogłoby zagrozić jakiejś tam stabilizacji, którą poniekąd udało mi się osiągnąć.
idę, ludzie wokół śmieją się i tańczą, autobusy się spóźniają, małe prześwity lata, wszystko jak zawsze. mimo wszystko, wszystko okej. i czasami mój egocentryzm popycha mnie do pewności, że oni wszyscy powinni solidaryzować się ze mną, z człowiekiem który czuje się podle i zbanktutował duchowo.
potem sama zaczynam się śmiać, zanurzać się po uszy w motonnej egzystencji, udając, że zapominam, kim jestem, a właściwie, kim wydaje mi się, że jestem.
odnaleźć swój zahir, stać się dla niego tym samym. tylko tyle.
"Rozłąka osłabia mierne uczucie, a wzmaga wielkie, jak wiatr gasi świecę, a rozpala ogień."
- François de La Rochefoucauld
niedziela, 14 czerwca 2009
5.
tak, życie bywa zabójcze. coraz starsza i coraz bardziej niedorosła jestem.
rozpoczął się okres chandry, letniej nudy i wszystkiego, co z bezczynnością jest związane.
właśnie dopijam malinową herbatę, przypominając sobie, że jest za wcześnie lub za późno o godzinę lub o wieczność na wejście do tego świata. wyobrażam sobie jego,wysiadającego z pociągu, który siada obok mnie i nic nie mówiąc patrzy mi w oczy i łapie za rękę.
przez wszystkie godziny pławienia się w oniryźmie zdąrzyłam prawie uwierzyć w historię, którą stworzyłam, w pamiętnik wspomnienia, którego nigdy nie było. choć dociera do mnie, że to wszystko jedna wielka imaginacja, to wciąż brnę w nią głębiej i głębiej i miło odtrącam od siebie rzeczywistość padającą z prześwitów między ulicami.
cieszymy się wolnością, która oznacza to, że każdy wie wszystko o wszystkich. pozostaje tylko walczyć mi z wrogością środowiska, które mnie otacza, ulec, zginąć lub wdrożyć się w nią.
im piękniejszy i szczęśliwszy jest świat dookoła mnie, tym podlej się czuję.
"Ten, który walczy z potworami powinien zadbać, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas."
- Fryderyk Nietzche
piątek, 5 czerwca 2009
4.
podoznawałam sobie czegoś, zamarzłam niemalże, przez cały koncert stałam przy pieczonych kiełbaskach, gdyż było tam o niebo cieplej i zjadłam darmowego chleba z grilla i nabawiłam się jakiejś choroby przez którą nie przespałam kolejnej nocy.
dzisiaj kolejny, oby lepszy!
pogoda się psuje, piękna jesień tego lata!
niebo szkarłatnieje co chwila, słońce świeci, by mogło po chwili zgasnąć. dni powoli konają, a ich agonia bywa przyjemną. szybko ucieka czas. życie, kurwa, życie.
"Życie bywa zabójcze jak czerniak złośliwy. Szczęście przyjmuje różne odcienie błękitu. Jedne są śmiertelne, inne nie. Po odchorowaniu szczęścia potrzebny jest czas na rekonwalescencję - niekiedy całe życie."
- Jonathan Carroll
wtorek, 2 czerwca 2009
3.
zaczynam sama siebie układać. nadzieja zagłusza wewnętrzną gorycz i zamyka się przed realiami nieco.
nie mam ochoty bardziej obnażać się przed tą internetową społecznością.
"Powiedz mi, że się boisz, uwierzę, że jesteś."
- Rafał Wojaczek
