mam dosyć ogółu, ulic, spojrzeń, mojej chandry, siebie i tej pustości, w którą się wlewam.
spełzam łóżka, ze zlepionymi powiekami i drżeniem całego ciała i zmierzam do upragnionej łazienki, by światło żarówki, którą co dzień zapalam mogło zwęzić mi źrenice objawiając zieloną, kocio podobną barwę moich oczu, która jeszcze bardziej zyskuje na wyrazistości poprzez żółtawe światło, w którym się gubi.
kiedy już za oknami zarysowuje się poranek, naświetlając kontury otaczających ulicę budynków, okrytych całunem mgły, ospale wynurzam nos z drzwi frontowych, jadę pachnącym zmęczeniem i natłokiem ludzi tramwajem. turlam się nieco w szkole, choć w stanie rozmemłania i chandrorzygotwórczego nastroju, skupiam się na niemiłosiernie krążących mi między marzeniami myśli, zawiłych i splątanych niczym sieć pajęcza, która tylko czeka, by okryć sobą naiwną ofiarę.
rozmywam się co dzień w mętnym świetle wieczoru, choć na chwilę dostrzegając małe przebłyski radości w ciągu całego dnia sączącego się z samotności i izolacji na własne życzenie.
ten sam schemat, ten sam chodnik i to same, coraz częstsze, poszukiwanie pary oczu i zapachu, który niesie za sobą obietnice słodkiego zapomnienia i ramion, do których coraz mocniej tęsknie.
bawcie się dobrze.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz