rozlepiam powieki, kiedy wyrywa mnie ze snów dźwięk irytującej melodi budzika, budzę się z twarzą opuchniętą od łkania nad obrazami z głowy.
boję się swoich snów.
jakoś toczę się przez ten dzień, wyglądam przez okno na chwilę odsuwając od siebie działania algebraiczne, widzę stary opuszczony dom, utożsamiam się z nim. łzy napływają, potykam się o myśli nacierające z wielką siłą, przedzierając się przez pancerz zajętego umysłu.
wychodzę, chłodne powietrze bonifikatą w pochłanianiu optymizmu przez chandrę piątkową.
znowu czuję zapach autobusu 162, wysiadam przy cmentarzu. znowu widzę odkopywane wspomnienia, swąd pozerstwa zaklętego w zniczach, chrystusowym kurestwie, kwiatach i tłumach otaczających to miejsce. wspomnienia, które zostaną pogrzebane na nowo, na kolejny rok, by wyciągnąć je jak wyżęte szmaty do ścierania podłogi.
czekam na Aleksandrę, razem oglądamy zachód słońca w jednym z parków, siedziąc na huśtawkach i zachwycając przeplatającym się różem i błękitem konającego nieba.
zapominam na chwilę, beztrosko oddycham.
i jakiś kuriozalny wewnętrzny szept, obija mi się wokół żeber, miażdży żołądek, ściska serce, wprawia w drżenie dłoni, łzy wyciska jak gąbkę. uruchamia się po najmniejszym krzyku.
nie czuję tych godzin. nie czuję całego tego tygodnia.
samotnie mi.
"Jesteśmy z tego samego materiału, co nasze sny."
- William Shakespeare
piątek, 30 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz