nadzieja szybko więdnie, razem z ostatnimi roślinami o tej porze roku. ten tydzień jest okropny, przynajmniej jego ostatnie dni. nienawidzę niedziel, nienawidzę. polegają tylko na jedzeniu ciasteczek, czy czegokolwiek, co mam w domu, w nadziei, że to właśnie napychanie żołądka polepszy ogólnie samopoczucie. zarówno fizyczne jak i psychiczne.
rozrywam się na części i daje się rozdziobać czarnym krukom i wronom przed bramką, krążącym nad domem o zmierzchu i o brzasku. stoję, dłonie chowam w rękawiczkach, przysłaniam delikatnie wzrok, lecz wciąż widzę, choć nie chcę, jak pożerają mnie, napełniając brzuchy. jak rzygają mną po kątach.
umieram ostatnio z powodu coraz częstszych i coraz bardziej dotkliwych bólów głowy. egzystuję między ścianami przemilczenia, które swoją cnotą burzą mury, które budowałam szmat czasu. płaczę też coraz częściej, przed promykami nadziei chowam się pod kołdrą.
próbuję zmusić się do spędzenia odrobiny czasu nad książką, lecz wyrywa mnie z tego postanowienia szmer klawiatury, którą powinnam omijać szerokim łukiem.
sny o narkomanii, przedsmak zgonu.
ta impreza się przeciąga, chyba zbyt wiele twarzy wtargnęło na nią bez zaproszenia.
"Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy."
- Haruki Murakami
niedziela, 25 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz