całą tą szarzyznę, poezję codzienności łyknęłam jak proszek nasenny, jak tabletkę na ból głowy, lekarstwo uśmierzające objawy, lecz nie przyczyny.
poranki lśnią raczej czernią, niż promieniami słonecznymi. gdy wyrywa mnie ze snu dźwięk budzika oczy nie zostają otumanione przez jasność.
mgła owija budynki, ulice pachną wilgocią, siąpie deszcz, ulice pełne miłości i różu wstającego słońca około godziny siódmej. tę samą urokliwą scenerię napotykam każdego dnia.
październikowe nadzieje, herbata, jeszcze większa magia w powietrzu.
póki co, hipnotyzuję się muzyką doorsów, myślę o wczesnej śmierci jak Jim Marisson, myślę o tym, jak wymienią mi legitymację na szarą tablice, dopiszą jeszcze jedną datę, jedyną, której nie znam, o tym, jak na wszystkim zalegnie kurz zapomnienia, stęchłych marzeń.
tylko ten zapach, ten zapach chciałabym zabrać ze sobą.
___
poranki lśnią raczej czernią, niż promieniami słonecznymi. gdy wyrywa mnie ze snu dźwięk budzika oczy nie zostają otumanione przez jasność.
mgła owija budynki, ulice pachną wilgocią, siąpie deszcz, ulice pełne miłości i różu wstającego słońca około godziny siódmej. tę samą urokliwą scenerię napotykam każdego dnia.
październikowe nadzieje, herbata, jeszcze większa magia w powietrzu.
póki co, hipnotyzuję się muzyką doorsów, myślę o wczesnej śmierci jak Jim Marisson, myślę o tym, jak wymienią mi legitymację na szarą tablice, dopiszą jeszcze jedną datę, jedyną, której nie znam, o tym, jak na wszystkim zalegnie kurz zapomnienia, stęchłych marzeń.
tylko ten zapach, ten zapach chciałabym zabrać ze sobą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz