słońce nagle wstąpiło w to miasto, w niedzielę. snopy światła uderzały w moje oczy, a duchota gniotła klatkę piersiową.
wszechmogący wsadził patyk w mrowisko metropolii a ono rozpierzchło się na ulice. chodniki były zamieszkałe na każdym ich skrawku, a we mnie wzbierały mdłości.
nie wykipiałam.
za ostatnie pieniądze wystałam w kolejce waniliowe lody.
każda szpilka głosu przebija mi skronie i tęskno mi do ramion, chociaż na mnie, zalaną od każdego brzegu swoim rodzajem, spada jeszcze większe duszne opuszczenie.
nie umiem słuchać, a fundamenty mojego domu wydają się być lichutkie.
słyszeć nie umiem, a gryzą mi życiorys epizody.
szelest kartek mną targa.
rozdziobała mnie dziś wiosna, a ziemian podpalam ogniem płonącej uryny.
niedziela, 11 marca 2018
poniedziałek, 26 lutego 2018
189.
nie byłam nigdy małym wojakiem
i młodości w mdłościach nie rzuciłam
na wrzeciono trzaskające i plujące świeżą czerwienią
któregoś wschodu bekłam i oróżowiałam
były dni orszaki i nocnych niedoli konwoje
dłoni nikt nie chciał odgryźć ani posiąść
przędzalnictwo już dawno wepchnięto do trumny
i nic już w denko nie zabębniło
krwiobiegi szczęśliwie zatamowane
te wszystkie dłonie są wciąż zimne
i nie znają żadnych domów
choć samopas po świecie najsamcalszym żywot swój pędzą
nie dotrwałam jeszcze do południa
ale ciężko jest żyć na samych nogach
nikogo już nigdy żadne słowo nie opryska
i młodości w mdłościach nie rzuciłam
na wrzeciono trzaskające i plujące świeżą czerwienią
któregoś wschodu bekłam i oróżowiałam
były dni orszaki i nocnych niedoli konwoje
dłoni nikt nie chciał odgryźć ani posiąść
przędzalnictwo już dawno wepchnięto do trumny
i nic już w denko nie zabębniło
krwiobiegi szczęśliwie zatamowane
te wszystkie dłonie są wciąż zimne
i nie znają żadnych domów
choć samopas po świecie najsamcalszym żywot swój pędzą
nie dotrwałam jeszcze do południa
ale ciężko jest żyć na samych nogach
nikogo już nigdy żadne słowo nie opryska
sobota, 3 lutego 2018
188.
świat już nigdy nie pozna wartości oddechu.
w powietrzu są tylko dyskusję o tym, na co człowiek nie ma słów.
ja trzymam twą dłoń, a miasto jeszcze nie śpi. mam halucynację i śnieg w oczach.
męczy mnie światło i ukośni ludzie poupychani w tramwajach. męczy mnie niedopasowanie i lekkość z jaką człowiek zaprasza do swojego serca każdego, kto tylko tym nie pogardzi.
męczy mnie rozczarowanie, które nigdzie się nie zagnieżdża, tylko ustępuje miejsca kolejnej licytacji co łaska.
kakofonia miasta nigdy nie zastąpi symofonii leśnego skrzata. przycupniętego na pieńku, dobijającego w pół-martwe zające.
zbiegłabym, gdyby ziemia nie była okrągła.
w noc.
niedziela, 28 stycznia 2018
187.
opowieści z nad butelczyny.
jak człowiek ma 23 lata to właściwie może tylko napisać o tym, że mu smutno. życie mu jeszcze nie pękło, ani nikt nie powyrywał mu rączek. żadnego powstania nie było, żadnych szarpnięć i palpitacji serc. klęsk nieodwołalnych też jeszcze nie doświadczył i ciągle ma w oczach to przeświadczenie, że każda droga, w którymś momencie się rozgałęzi, gdzieś powiedzie, albo każe zawrócić.
ja pragnę jakiegoś trzasku między żebrami.
rozczarowanie jest wodą na młyn ucieczek, tych, w których jeszcze więcej przemawiasz do siebie. do miejsca, gdzie nie ma twarzy, ani uśmiechów.
opuszczam głowę i oczy gdzieś chowam przed światem bo wstyd mi jak bardzo do niego należę. do każdego stukotu litery, każdego zmarnowanego świtu, każdej nieprzespanej nocy, której nikt nie łaknął.
miałam kiedyś duszyczkę.
wtorek, 25 lipca 2017
186.
kiedyś się wszyscy rozmarzaliśmy w wizjach bezmyślnego życia, które napędzałby tylko duch, który zginął jeszcze więcej niż dekadę zanim powypychały nas krągłe biodra matek.
któregoś dnia usłyszeliśmy, że nic nie ma tego dźwięku, którego nigdy nikt nie usłyszał, ale który się pamięta. pamięć stała się bardziej hermetycznym słoikiem na wymysły wyobraźni, bo wszystko co się dookoła rozrosło tylko na ten mizerny słoik napiera i próbuje beznamiętnością wszystkie wspomnienia niespełnione zepchnąć na zimną podłogę. z której się płaczę.
któregoś dnia poczuliśmy, że nic nie potrafi tak dotykać, jak te zwinne palce, których cienia nawet nigdy nikt nie widział. nic nie smakuje, jak nigdy nie rozlana ślina.
urodziliśmy się za późno, by doświadczać. by odczuć dreszcze wijące się po ciele i sprawiające, że ciało drży tak samo z rozkoszy jak i z strachu.
nigdy nie wrócą popołudnia, wieczory i chodniki, tatuaże nie wyblakną a oczy nie poczernieją.
każdy dzień jak mała sekwencja grana pod dyktandem wskazówek zegara mgliście wyłania się spośród wszystkich innych, a miesięcy przybywa.
raz jeden się pojawi chwila, która powinna razem z innymi sobie podobnymi chwilami iść za rękę z więdnącą młodością. przeminąć, zostać opłakaną, gdzieś się zagubić, ustąpić miejsca kolejnej aż skóra zadrżałaby już tyle razy, że postanowiłaby, że basta i że czas pomalować płot na bardziej niewinny, biały kolor.
ale nic nie drży i się nie rusza, tylko ruchome obrazy lubią przypominać, że kiedyś ktoś widział i słyszał i czuł i wbił mnie w ziemię, bo mnie na nią sprowadził.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
185.
z precyzją grzmotu nocą pukają i są
są takie myśli, które chciałyby
powiedzieć
że twój dom wciąż tu jest
choć nie ma żadnych fundamentów
że ktoś mieszka pod każdą z powiek
istnieje tylko w mistycznym imieniu
chrztów tęsknoty
przyjdź, usiądź
policz palce
zanurz usta w bezmiarze czerwieni
i jak kwiat przed zerwaniem
piękniej z każdą chwilą
i zaśnij zostaw oddech
na lewym policzku
i zabierz jego krew
/byłam na własnym pogrzebie.
są takie myśli, które chciałyby
powiedzieć
że twój dom wciąż tu jest
choć nie ma żadnych fundamentów
że ktoś mieszka pod każdą z powiek
istnieje tylko w mistycznym imieniu
chrztów tęsknoty
przyjdź, usiądź
policz palce
zanurz usta w bezmiarze czerwieni
i jak kwiat przed zerwaniem
piękniej z każdą chwilą
i zaśnij zostaw oddech
na lewym policzku
i zabierz jego krew
/byłam na własnym pogrzebie.
niedziela, 20 grudnia 2015
184.
któregoś dnia przyjdzie ta szara godzina, w której oplotą człowieka i dłonie i macki nieobecności.
przyjdzie po cichu, kiedy alkohol zacznie parować ze skóry.
taką wyschniętą już skórę, podrą na strzępy z łatwością jaką dziecięce palce drą papier.
nieudane obrazy.
życie.
tęczówki mam bardziej zszarzałe niż przez ostatnich dwadzieścia lat.
z (nie)urokiem lat wczesnonastoletnich znów haratam sobie nerwy i żyje bardziej pod poduszką niż na własnych nogach.
trzeźwość nie popłaca, przy złudnym uproszczeniu tego, na co patrzeć chcą oczy.
marzy mi się chaos rozrzucony po nieznajomych kształtach, ulicach i twarzach.
małe zmartwychwstanie, w którym już nigdy nie usiądziemy razem do stołu.
chaotyczne dźwięki i pijany wzrok kiedyś poszukają pary ramion.
usiądź obok i nigdy nie dosuwaj krzesła. patrz na mnie swoim szaleństwem, które pyta i odpowiada.
/schyłek 2015 roku i nie mam pojęcia czy tęsknie do przyszłości, przeszłości czy bycia.
nie umościłam w sobie miejsca dla nikogo a wszystkie demony pęcznieją za oczami.
marnotrawstwo samotności.
gdzieś wy wszyscy, wypuściliście ducha jak małe dziecko balon z helem i po chwilowej powierzchownej rozpaczy zapomnieliście, że kiedykolwiek trzymaliście go w dłoni.
nigdy nie wiadomo, co się dzieje z ich widmami ani ile zdążyłam już ich połknąć.
przyjdzie po cichu, kiedy alkohol zacznie parować ze skóry.
taką wyschniętą już skórę, podrą na strzępy z łatwością jaką dziecięce palce drą papier.
nieudane obrazy.
życie.
tęczówki mam bardziej zszarzałe niż przez ostatnich dwadzieścia lat.
z (nie)urokiem lat wczesnonastoletnich znów haratam sobie nerwy i żyje bardziej pod poduszką niż na własnych nogach.
trzeźwość nie popłaca, przy złudnym uproszczeniu tego, na co patrzeć chcą oczy.
marzy mi się chaos rozrzucony po nieznajomych kształtach, ulicach i twarzach.
małe zmartwychwstanie, w którym już nigdy nie usiądziemy razem do stołu.
chaotyczne dźwięki i pijany wzrok kiedyś poszukają pary ramion.
usiądź obok i nigdy nie dosuwaj krzesła. patrz na mnie swoim szaleństwem, które pyta i odpowiada.
/schyłek 2015 roku i nie mam pojęcia czy tęsknie do przyszłości, przeszłości czy bycia.
nie umościłam w sobie miejsca dla nikogo a wszystkie demony pęcznieją za oczami.
marnotrawstwo samotności.
gdzieś wy wszyscy, wypuściliście ducha jak małe dziecko balon z helem i po chwilowej powierzchownej rozpaczy zapomnieliście, że kiedykolwiek trzymaliście go w dłoni.
nigdy nie wiadomo, co się dzieje z ich widmami ani ile zdążyłam już ich połknąć.
niedziela, 14 czerwca 2015
183.
czerń rozlewa się po pokoju z dokładnością kaligrafa. wszystkie zmysły znów mi tępieją.
któregoś dnia chcę zobaczyć poranek z wielkim słońcem i twarzami.
zobaczyć to wszystko, kiedy powieki opadną już nieodwracalnie.
będę tam, gdzie jestem.
\ciekawe jak daleko zawiezie mnie ta bryka.
wykolejeniec.
czwartek, 21 maja 2015
182.
duszno mi w tej cielistej powłoce nawleczonej na mięśnie i kości. straciłam z oczu wszystko, do czego chciałam się przytulać wieczorami. są tylko obrazy ruchome i te same oczy, co tyle straciły wbite w czerwień ścienną.
w głowie mieszkają kawałki szkła, z każdego stłuczonego lustra, w którym patrzę na siebie. z perspektywy sennej, w której patrzę przed siebie i na siebie w tej samej linii czasu.
chcę łykać dzieci afektu z przyjemnością jaką daje płucom podeszczowe powietrze.
nauczyć się żyć bez domu.
być wszędzie.
w głowie mieszkają kawałki szkła, z każdego stłuczonego lustra, w którym patrzę na siebie. z perspektywy sennej, w której patrzę przed siebie i na siebie w tej samej linii czasu.
chcę łykać dzieci afektu z przyjemnością jaką daje płucom podeszczowe powietrze.
nauczyć się żyć bez domu.
być wszędzie.
środa, 20 maja 2015
181.
stał się czas niby stworzony z metalowych prętów twór, co ruchy krępuje. ciało przestaje szukać uciechy innej od wtłaczania do krwi wystarczających ilości trunków, by świat był do zniesienia. usta rozrywają ciszę, która - gdyby była - powinna być mentorem. wypluwane z tych ust zlepki liter, rodzą się i zostają osierocone, bo dla nikogo nie przedstawiają wartości. choćby znikomej.
minęły lata odkąd duch słowa i dźwięku zdechł. a ja stałam się za młoda, a raczej za późno urodzona, by umierać z przedawkowania i uczynić z tego sztukę.
głucho mam w płucach, płytko w źrenicach i wszystko, co 'teraz' przynosi patroszy mnie z obowiązku człowieczego, co nim się zdaje być odczuwanie.
cała pulsuje, tylko w imaginacji, w miejscach, gdzie niepoczęta rozlewam się i łykam każdy kawałek powietrza, który pachnie tak, jak to sobie wyobrażam.
coraz więcej pod skórą osadza się tuszu i ciągle marzę o powłóczystościach zaplątanych w życie. epizody zjadają coraz więcej dni i miesięcy, oddzielają mięso od kości.
przestaje właściwie rozumieć ruchy swoich palców.
minęły lata odkąd duch słowa i dźwięku zdechł. a ja stałam się za młoda, a raczej za późno urodzona, by umierać z przedawkowania i uczynić z tego sztukę.
głucho mam w płucach, płytko w źrenicach i wszystko, co 'teraz' przynosi patroszy mnie z obowiązku człowieczego, co nim się zdaje być odczuwanie.
cała pulsuje, tylko w imaginacji, w miejscach, gdzie niepoczęta rozlewam się i łykam każdy kawałek powietrza, który pachnie tak, jak to sobie wyobrażam.
coraz więcej pod skórą osadza się tuszu i ciągle marzę o powłóczystościach zaplątanych w życie. epizody zjadają coraz więcej dni i miesięcy, oddzielają mięso od kości.
przestaje właściwie rozumieć ruchy swoich palców.
wtorek, 24 marca 2015
180.
rozbryzgał się jasny, słoneczny paw na moim oknie. w trzewiach czuć było pulsującą szkarłatną krew.
był dzień, w którym miarowy turkot serca stanowił małą, niemą gwarancję, że doznaję.
żołądek potrzebował jedynie niezbędnego minimum. przeprosiłyśmy się z nieubłaganym końcem, a dotychczasowa suma oddechów została spłodzona na nowo.
to takie miejsce, w którym perspektywa kończy się wraz z ulicą po której się poruszasz i gdzie wschody słońca tracą mistyczny powab.
był dzień, w którym miarowy turkot serca stanowił małą, niemą gwarancję, że doznaję.
żołądek potrzebował jedynie niezbędnego minimum. przeprosiłyśmy się z nieubłaganym końcem, a dotychczasowa suma oddechów została spłodzona na nowo.
to takie miejsce, w którym perspektywa kończy się wraz z ulicą po której się poruszasz i gdzie wschody słońca tracą mistyczny powab.
wtorek, 6 stycznia 2015
179.
czarno jest na paznokciach, czarno jest w przełyku i głębiej też czarno.
dawno nie widziano w tych stronach słońca. wyją kłęby ciepłych oddechów porzucane na pastwę chłodu zaokiennego.
wygryzły mi trzy lata dziurę w życiorysie. zjadły mi mowę. zabrały w tułaczkę, w której widziałam siebie za lat naście, ze złotym przypadkiem na palcu, śmierdzącą pierzyną i smutnym fioletowym sińcem pod okiem.
zamknęłam się w błękitnych ścianach, których kolor powoduje mdłości, we wszędobylskim scenariuszu nieuchronnej śmierci.
horyzont się rozlewa i coraz większy dystans dzieli mnie od karawanu, w którym nieoddychająca jest moja ulica miłości.
poczyniam słowami drogę powrotną do kolebki błogiego otumanienia, bezwizyjności dnia teraźniejszego i każdego kolejnego, zapachu papierosa i rozgrzanego od słońca chodnika.
styczeń usiadł zadem na mojej twarzy, a ja nie mogę oddychać w konwulsji mojej chęci do bycia.
te dziury mocno bolą. z uporem godnym marnej kurwy drążą się same w sobie i taką tworzą sobie mnie podziurawioną.
czas przeprosić butelki wina.
wrócić.
czuć.
boli mnie czas.
dawno nie widziano w tych stronach słońca. wyją kłęby ciepłych oddechów porzucane na pastwę chłodu zaokiennego.
wygryzły mi trzy lata dziurę w życiorysie. zjadły mi mowę. zabrały w tułaczkę, w której widziałam siebie za lat naście, ze złotym przypadkiem na palcu, śmierdzącą pierzyną i smutnym fioletowym sińcem pod okiem.
zamknęłam się w błękitnych ścianach, których kolor powoduje mdłości, we wszędobylskim scenariuszu nieuchronnej śmierci.
horyzont się rozlewa i coraz większy dystans dzieli mnie od karawanu, w którym nieoddychająca jest moja ulica miłości.
poczyniam słowami drogę powrotną do kolebki błogiego otumanienia, bezwizyjności dnia teraźniejszego i każdego kolejnego, zapachu papierosa i rozgrzanego od słońca chodnika.
styczeń usiadł zadem na mojej twarzy, a ja nie mogę oddychać w konwulsji mojej chęci do bycia.
te dziury mocno bolą. z uporem godnym marnej kurwy drążą się same w sobie i taką tworzą sobie mnie podziurawioną.
czas przeprosić butelki wina.
wrócić.
czuć.
boli mnie czas.
niedziela, 15 września 2013
178.
wydycham nic.
nie mogę się upijać, bo współpraca przewodu pokarmowego z korporacją mojego ciała kuleje.
lustro krzyczy, a ja lubię przesypiać dnie, bo życie trwa wtedy ale wiesz, nie uderza pięścią tego wszystkiego byle-czego między oczy.
chciałabym kochać tą miłością, co nie stawia warunków, a nie tą co w nazwie ulicy widzi wojnę.
nie mogę się upijać, bo współpraca przewodu pokarmowego z korporacją mojego ciała kuleje.
lustro krzyczy, a ja lubię przesypiać dnie, bo życie trwa wtedy ale wiesz, nie uderza pięścią tego wszystkiego byle-czego między oczy.
chciałabym kochać tą miłością, co nie stawia warunków, a nie tą co w nazwie ulicy widzi wojnę.
sobota, 9 lutego 2013
177.
I kiedy się uśmiechasz pod kołdrą z niezwykłości przesypiając kolejne godziny.
Lubię leżeć pod fikcją.
czwartek, 20 września 2012
176.
moja kontrastowa kreacja zaczyna blaknąć. słowa znowu cisną się na struny głosowe i tam zostają nie docierając do warg.
zgubiła się gdzieś w stercie dni nieprzeciętność i pewność oddechu.
oczy wciąż penetrują horyzont, jeszcze bardziej niemy z każdym mrugnięciem.
spopielam cię życie i chyba zaczynam dorastać.
zgubiła się gdzieś w stercie dni nieprzeciętność i pewność oddechu.
oczy wciąż penetrują horyzont, jeszcze bardziej niemy z każdym mrugnięciem.
spopielam cię życie i chyba zaczynam dorastać.
czwartek, 29 września 2011
175.
myślę, że twory mojej wyobraźni nigdy nie przybiorą kształtów rzeczywistych.
tak właściwie sobie umarłam, niewłaściwie w sposobie.
nigdy nic. nigdy.
stałam się wykreowanym kontrastem samej siebie.
tak właściwie sobie umarłam, niewłaściwie w sposobie.
nigdy nic. nigdy.
stałam się wykreowanym kontrastem samej siebie.
wtorek, 23 sierpnia 2011
174.
słowa wystygły.
ogół tego wszystkiego, namnożonego w ostatnich tygodniach wytępił chyba wszystkie perspektywiczne myśli.
wszystko rozlazło się nam w rękach, wielkie plany ucieczek zastąpiła ulica miłości i noce, w których próbowałam umierać w sobie dla świata.
zdarzyło się znowu rozrysowywać przyszłoście, tworzyć wspomnienia, które nie zaistniały, w końcu zachłysnąć się tym wszystkim i utopić w kubku wieczornej, ostygłej herbaty w kolorze nieobecnych oczu.
za szybko, za łapczywie próbowałam wchłonąć się w obojętność, która raczej zaczęła napastować mnie z naprzeciwka.
nie lubię wieczorów. znów czas to zlepek marnych epizodów ciągnących za sobą wizje kontynuacji, które zdążyłam stworzyć. w które zdążyłam uwierzyć i które zaczęłam wspominać tymi właśnie wieczorami rozbudzającymi martwą wyobraźnie.
zimna od wszystkich gryzących słów od dziś patrzę w lustro mając nadzieję, że spotkam w nim kogoś innego. takiego wiesz, bez włosów, co wypadają garściami i obgryzionych paznokci. kogoś o autentycznym uśmiechu myślę.
/gaśniemy z emocjonalnego wzburzenia.
w otumanienie. w ulice dawnych miłości.
niezaistniałych.
ogół tego wszystkiego, namnożonego w ostatnich tygodniach wytępił chyba wszystkie perspektywiczne myśli.
wszystko rozlazło się nam w rękach, wielkie plany ucieczek zastąpiła ulica miłości i noce, w których próbowałam umierać w sobie dla świata.
zdarzyło się znowu rozrysowywać przyszłoście, tworzyć wspomnienia, które nie zaistniały, w końcu zachłysnąć się tym wszystkim i utopić w kubku wieczornej, ostygłej herbaty w kolorze nieobecnych oczu.
za szybko, za łapczywie próbowałam wchłonąć się w obojętność, która raczej zaczęła napastować mnie z naprzeciwka.
nie lubię wieczorów. znów czas to zlepek marnych epizodów ciągnących za sobą wizje kontynuacji, które zdążyłam stworzyć. w które zdążyłam uwierzyć i które zaczęłam wspominać tymi właśnie wieczorami rozbudzającymi martwą wyobraźnie.
zimna od wszystkich gryzących słów od dziś patrzę w lustro mając nadzieję, że spotkam w nim kogoś innego. takiego wiesz, bez włosów, co wypadają garściami i obgryzionych paznokci. kogoś o autentycznym uśmiechu myślę.
/gaśniemy z emocjonalnego wzburzenia.
w otumanienie. w ulice dawnych miłości.
niezaistniałych.
środa, 22 czerwca 2011
173.
wszyscy rozpraszamy się w skrajności.
trwamy tylko w epizodycznych łachmanach dni.
a mi się chciało kiedyś marzyć o powłóczystościach rozłożonych na życiowych ścieżkach, o niezmiennościach ułożonych w szereg oddechów.
głupia byłam myślę. wszyscy nosimy znamiona przeszłości i znamiona teraźniejszości na którą patrzymy ze świadomością, że zaraz i ona się nią stanie.
wszystkie moje leniwe myśli skupiają się na naturalnym przesiewie ludzi ważnych i ważniejszych. wszystkie zaczynają wyć i pękać pod wpływem powietrza.
zamknęłam się w wymuszonych zdaniach, nieudanych próbach trwania nadal. tam się zatrzymałam. tam dogorywajcie wszyscy.
pierwotne kształty zniknęły pod mgłą czasu.
trwamy tylko w epizodycznych łachmanach dni.
a mi się chciało kiedyś marzyć o powłóczystościach rozłożonych na życiowych ścieżkach, o niezmiennościach ułożonych w szereg oddechów.
głupia byłam myślę. wszyscy nosimy znamiona przeszłości i znamiona teraźniejszości na którą patrzymy ze świadomością, że zaraz i ona się nią stanie.
wszystkie moje leniwe myśli skupiają się na naturalnym przesiewie ludzi ważnych i ważniejszych. wszystkie zaczynają wyć i pękać pod wpływem powietrza.
zamknęłam się w wymuszonych zdaniach, nieudanych próbach trwania nadal. tam się zatrzymałam. tam dogorywajcie wszyscy.
pierwotne kształty zniknęły pod mgłą czasu.
piątek, 10 czerwca 2011
172.
coś w niczym i głodne popołudnia.
duszne dni rozlewają się żółcią na splocie moich włosów.z niewydolności ciała siedzę nad ciszą, nad wyobraźnią w sekwencji zdarzeń przypadkowych, w które wpadłam, które polubiłam i które łechcę, by chciały mnie mocniej.
sny tak realne, że wpadam w nie po trzykroć, które rozwijają we mnie kalekie nadzieje. zabawne, że zwykła senna projekcja już nie raz potrafiła przetrzepać moje szafy z wartościami i celami i tak dalej i nagle połowę powyrzucać, powrzucać nowe i zamknąć drzwi a z otwarciem powiek, otworzyć i drzwi i stać w bezradności kończyn, które nie wiedzą czego się złapać. niby taki stan rzeczy nic nowego, zawsze mam bałagan w okół siebie i ubrań muszę szukać pod łóżkiem. dziwnie mi myślę, niepewnie chyba.
/chcę mojej ulicy miłości, która zawsze uśmiecha się tylko do nas. chcę tych ulic i chodników, na których marnowałam rok swojej leniwej młodości.
te wszystkie zwyczajne zakamarki tego miasta są tylko nasze. zaczynają istnieć w swoich mistycznych imionach, jakimi je ochrzciłyśmy.
ulica miłości to pewnie tylko wąska ścieżka na której wybudowano szeregi pleśniejących teraz garaży. ulica nienawiści to pewnie tylko schowana za sklepem monopolowym przestrzeń do spożywania alkoholu miejscowych dziadów pijących tanie trunki.
czasami mi się wydaje, że w każdym z tych miejsc zostawiłam cząstkę siebie i kiedyś tu wrócę, pewnie jak siebie stracę, żeby chociaż znaleźć tą pozostawioną namiastkę, tą małą duszyczkę, która szukała niezwykłości w szarym chodniku i dopatrywała się w ciągach zdarzeń roli przeznaczenia. powoli to tracę, wydycham się w pustkę. zresztą, może to i lepiej. kiedyś pewnie się obudzę z mojego małego nihilizmu i tu wrócę, zatęsknię i może znów będę.
/chcę mojej ulicy miłości, która zawsze uśmiecha się tylko do nas. chcę tych ulic i chodników, na których marnowałam rok swojej leniwej młodości.
te wszystkie zwyczajne zakamarki tego miasta są tylko nasze. zaczynają istnieć w swoich mistycznych imionach, jakimi je ochrzciłyśmy.
ulica miłości to pewnie tylko wąska ścieżka na której wybudowano szeregi pleśniejących teraz garaży. ulica nienawiści to pewnie tylko schowana za sklepem monopolowym przestrzeń do spożywania alkoholu miejscowych dziadów pijących tanie trunki.
czasami mi się wydaje, że w każdym z tych miejsc zostawiłam cząstkę siebie i kiedyś tu wrócę, pewnie jak siebie stracę, żeby chociaż znaleźć tą pozostawioną namiastkę, tą małą duszyczkę, która szukała niezwykłości w szarym chodniku i dopatrywała się w ciągach zdarzeń roli przeznaczenia. powoli to tracę, wydycham się w pustkę. zresztą, może to i lepiej. kiedyś pewnie się obudzę z mojego małego nihilizmu i tu wrócę, zatęsknię i może znów będę.
wtorek, 24 maja 2011
171.
Ludzie, którzy rozmawiają, nic nie mówiąc.
Ludzie, którzy słyszą, nie słuchając.
ciekawe czym byłby każdy dzień bez ceremoniału spotkania. dźwiękiem ciszy krzyku myśli.
ciekawe czym byłoby wszystko zebrane w szeregu miesięcy bez tych okiennych przesiadywań z dymem zagnieżdżającym we włosach, bez ulicy miłości i ramion jej mistycznej siły, bez nietoperzy w cieniu krzyży rozdzierających powietrze nad głową.
chyba doświadczam istnienia jakiejś kosmicznej więzi i niematerialnej obecności. chyba doświadczam też tęsknoty wzmaganej każdą godziną, rzeczywistości tego, co zlizywałam ze sznurów związanych słów na brudnych stronach książek.
czasem nie mam liter.
bo to za duże na te małe ulice. nasze ulice. bądźmy niezmiennością tylko.
/bawię się w autodestrukcję rozpuszczoną w ciepłym kubku ambiwalencji. odrywam sobie ręce i wyrywam wargi wzniesione ku skórze. skórze schowanej w ciemnym pokoju. w przeszłości, której pewnie i tak nie było. śnią mi się końce światów, wybuchy i uściski ostateczne. rozwinęłam się w halucynacji zwiniętej w zwój ciepłych snów.
kiedyś umrę pewnie.
Ludzie, którzy słyszą, nie słuchając.
ciekawe czym byłby każdy dzień bez ceremoniału spotkania. dźwiękiem ciszy krzyku myśli.
ciekawe czym byłoby wszystko zebrane w szeregu miesięcy bez tych okiennych przesiadywań z dymem zagnieżdżającym we włosach, bez ulicy miłości i ramion jej mistycznej siły, bez nietoperzy w cieniu krzyży rozdzierających powietrze nad głową.
chyba doświadczam istnienia jakiejś kosmicznej więzi i niematerialnej obecności. chyba doświadczam też tęsknoty wzmaganej każdą godziną, rzeczywistości tego, co zlizywałam ze sznurów związanych słów na brudnych stronach książek.
czasem nie mam liter.
bo to za duże na te małe ulice. nasze ulice. bądźmy niezmiennością tylko.
/bawię się w autodestrukcję rozpuszczoną w ciepłym kubku ambiwalencji. odrywam sobie ręce i wyrywam wargi wzniesione ku skórze. skórze schowanej w ciemnym pokoju. w przeszłości, której pewnie i tak nie było. śnią mi się końce światów, wybuchy i uściski ostateczne. rozwinęłam się w halucynacji zwiniętej w zwój ciepłych snów.
kiedyś umrę pewnie.
czwartek, 21 kwietnia 2011
170.
dzieję się jedna wielka analiza. rozrywanie wspomnień wklejanie tych pół-wspomnień w stworzone teorie, do których pasują.
/umiem marnować każdą minutę ciszą ramion skrzyżowanych na klatce piersiowej, snem w pozycji embrionalnej, malowaniem rzęs obrzynami dnia wczorajszego czy najbardziej banalnym pochłanianiem powietrza.
wystarczy tylko napoczęte słowo, żeby rozwinąć się w uśmiech, stworzyć tysiące wspomnień nieistniejących i zwinąć się pod ich niedowładem w ślepotę łez chaotycznie tworzących mozaiki na bladej twarzy.
chcę spotkań na zimnych betonach tego miasta, chcę autentyczności każdego oddechu, chcę czasem śliny też, tak naprawdę.
galimatias pęcznieje z każdym dniem, tylko tym razem rwąc każdy dzień nie ma ujścia. czekam na apogeum bierności, co rozsiadła się w teraźniejszości.
czasem smutna ze mnie postać, z nad bulwaru zachodzącego słońca.
/umiem marnować każdą minutę ciszą ramion skrzyżowanych na klatce piersiowej, snem w pozycji embrionalnej, malowaniem rzęs obrzynami dnia wczorajszego czy najbardziej banalnym pochłanianiem powietrza.
wystarczy tylko napoczęte słowo, żeby rozwinąć się w uśmiech, stworzyć tysiące wspomnień nieistniejących i zwinąć się pod ich niedowładem w ślepotę łez chaotycznie tworzących mozaiki na bladej twarzy.
chcę spotkań na zimnych betonach tego miasta, chcę autentyczności każdego oddechu, chcę czasem śliny też, tak naprawdę.
galimatias pęcznieje z każdym dniem, tylko tym razem rwąc każdy dzień nie ma ujścia. czekam na apogeum bierności, co rozsiadła się w teraźniejszości.
czasem smutna ze mnie postać, z nad bulwaru zachodzącego słońca.
niedziela, 3 kwietnia 2011
169.
nie wiem właściwie do czego chcę się dziś przytulić.
sen rzyga przeszłością, której nie było. nie mam tych samych warg. nie masz tej samej śliny.
staje się mdło. staje się tęsknota.
zastępy martwego jutra forsują twierdze wieczoru. zastępy o twojej twarzy, bardzo niematerialnej.
perturbacje mojej wyobraźni ustają, za kościołem, gdzie się rozkładamy na wilgotnej trawie, gdzie nad głowami latają nietoperze pod płachtą ciemnego kołnierza nieba ze szczyptą gwiazd po nim rozrzuconych.
zresztą z tego nic nie robienia wykiełkował filar każdego mojego dnia, mała defilada beztroski krocząca bezwonnymi ulicami, w kolejny kres dnia, w kolejny rytuał płodzenia dnia następnego, w kolejną nicość.
/trwajmy znowu, proszę.
sen rzyga przeszłością, której nie było. nie mam tych samych warg. nie masz tej samej śliny.
staje się mdło. staje się tęsknota.
zastępy martwego jutra forsują twierdze wieczoru. zastępy o twojej twarzy, bardzo niematerialnej.
perturbacje mojej wyobraźni ustają, za kościołem, gdzie się rozkładamy na wilgotnej trawie, gdzie nad głowami latają nietoperze pod płachtą ciemnego kołnierza nieba ze szczyptą gwiazd po nim rozrzuconych.
zresztą z tego nic nie robienia wykiełkował filar każdego mojego dnia, mała defilada beztroski krocząca bezwonnymi ulicami, w kolejny kres dnia, w kolejny rytuał płodzenia dnia następnego, w kolejną nicość.
/trwajmy znowu, proszę.
sobota, 2 kwietnia 2011
168.
zostawiam za sobą kolejne nierozwinięte nici życia, kolejne rozerwane sekwencje niewydarzonych zdarzeń.
cisza pod skórą, między wargami a zaraz obok potargany chaos obłąkanego świtu rozlanego na bladym ramieniu. mam ochotę spędzić wieczność w nagrzanej od ciała pierzynie, w świadomej halucynacji, w osobistym omamie przeszłości zlanej z nieistniejącą poczwarą spłodzoną z każdej małej nadziei. w zimnej klatce struchlałych ścian, w pełni uroczystości snu, której nigdy w satysfakcjonujący sposób nie opiszę. właściwie to nie znam się na słowach równie co i na krawiectwie, umieraniu i życiu, cokolwiek to znaczy. myśli płodzą mi się w tempie zajęczej kopulacji, nierozwinięte, skrócone ustępujące miejsca kolejnym orszakom wizji wzniosłości kolejnych dni.
doświadczyło mi się coś dziwnego; każda postać, każdy zwój tętniących tkanek stał się sentymentalną fatamorganą rozpełzłą po planszy mojego dnia. po mnie, jako jedynej kreaturze o ciepłym oddechu miętoszonej przez wspomnienia wijące się teraz nieobecnie, nacierające zewsząd - we wzrok, słuch i papierowy dotyk. przesiąknęłam martwością, wyobrażeniem samotności, którą trzeba przeżyć samemu i w sobie.
dajmy odpaść naszym ustom.
cisza pod skórą, między wargami a zaraz obok potargany chaos obłąkanego świtu rozlanego na bladym ramieniu. mam ochotę spędzić wieczność w nagrzanej od ciała pierzynie, w świadomej halucynacji, w osobistym omamie przeszłości zlanej z nieistniejącą poczwarą spłodzoną z każdej małej nadziei. w zimnej klatce struchlałych ścian, w pełni uroczystości snu, której nigdy w satysfakcjonujący sposób nie opiszę. właściwie to nie znam się na słowach równie co i na krawiectwie, umieraniu i życiu, cokolwiek to znaczy. myśli płodzą mi się w tempie zajęczej kopulacji, nierozwinięte, skrócone ustępujące miejsca kolejnym orszakom wizji wzniosłości kolejnych dni.
doświadczyło mi się coś dziwnego; każda postać, każdy zwój tętniących tkanek stał się sentymentalną fatamorganą rozpełzłą po planszy mojego dnia. po mnie, jako jedynej kreaturze o ciepłym oddechu miętoszonej przez wspomnienia wijące się teraz nieobecnie, nacierające zewsząd - we wzrok, słuch i papierowy dotyk. przesiąknęłam martwością, wyobrażeniem samotności, którą trzeba przeżyć samemu i w sobie.
dajmy odpaść naszym ustom.
czwartek, 24 marca 2011
167.
w (nie)obecnościach; zdałam sobie sprawę, że mój horyzont jest niczym więcej jak tylko ciemną płachtą moich powiek opadającą na obrazy po których w danej chwili wije się mój wzrok.
cała sekwencja przeszłych zdarzeń ścieka na mój sen tworząc tylko białą plamę urojonej historii trwającej tylko nocą.
zasiedziałam się tworząc wizje spektakularnych końców i wznowień. zasiedziałam się nad grobową ciszą warg. zasiedziałam się, jako fragment nieistotnej części tego wszystkiego, co jest.
w swojej nagiej fantazji pulsującej gdzieś między szarością każdego martwego już o brzasku dnia.
wychodzę czasem z szuflady stworzonych halucynacji.
wychodzę i boję się światła.
cała sekwencja przeszłych zdarzeń ścieka na mój sen tworząc tylko białą plamę urojonej historii trwającej tylko nocą.
zasiedziałam się tworząc wizje spektakularnych końców i wznowień. zasiedziałam się nad grobową ciszą warg. zasiedziałam się, jako fragment nieistotnej części tego wszystkiego, co jest.
w swojej nagiej fantazji pulsującej gdzieś między szarością każdego martwego już o brzasku dnia.
wychodzę czasem z szuflady stworzonych halucynacji.
wychodzę i boję się światła.
wtorek, 15 lutego 2011
166.
pamiętasz, kiedyś uciekaliśmy przed trzepotem ptasich skrzydeł w nadmorskim powietrzu.
kiedy spojrzę na siebie z przed kilku miesięcy; byłam rozpełzła w nieistniejącej już wtedy namiastce miłości. ktoś stawał się coraz ważniejszym elementem mojego życia, a z upływem czasu niemal jego treścią. dziś ten sam czas rozgryzł resztki tego samego życia i wypluł na wczorajszy wiatr.
nieustannie piję kakao, patrzę przez okno na mnogość świateł otumaniających lepki wzrok. senne projekcje liżą koniuszki moich palców wysysając złe wyobrażenia o świecie.
każde niebo wygląda niczym chmura tytoniowego dymu wypuszczona ze splugawionych przeciętnością warg. czasem tylko płaszczyzny przeszłości przenikają przez struchlałe organy kolejnych dni i rozpływają się w tafli absolutu.
kiedy spojrzę na siebie z przed kilku miesięcy; byłam rozpełzła w nieistniejącej już wtedy namiastce miłości. ktoś stawał się coraz ważniejszym elementem mojego życia, a z upływem czasu niemal jego treścią. dziś ten sam czas rozgryzł resztki tego samego życia i wypluł na wczorajszy wiatr.
nieustannie piję kakao, patrzę przez okno na mnogość świateł otumaniających lepki wzrok. senne projekcje liżą koniuszki moich palców wysysając złe wyobrażenia o świecie.
każde niebo wygląda niczym chmura tytoniowego dymu wypuszczona ze splugawionych przeciętnością warg. czasem tylko płaszczyzny przeszłości przenikają przez struchlałe organy kolejnych dni i rozpływają się w tafli absolutu.
środa, 12 stycznia 2011
165.
dzieję się nicość.
nie potrafię rozciągnąć w sobie wizji przyszłości, rozłożyć jej starannie na wargach i opatulić serca.
nie potrafię też rozerwać bezustannego miarowego rytmu stóp natarciem przeszłości.
spaceruję rozrzucając się na chodnik w skowyczenie wszechobecnej obojętności zabarykadowanej gdzieś między żebrami.
rozlewam się w ślepą strugę łez parującą na wargach muskanych nieużywaniem.
złowrogie konary wiją się zaokiennie nieudolnie rozszarpując mdłą szarość nieba, w której topią się płody moich nadziei.
chcę tylko, żeby sen lizał moje blade czoło, beznamiętnie.
umieranie nie boli, naprawdę.
nie potrafię rozciągnąć w sobie wizji przyszłości, rozłożyć jej starannie na wargach i opatulić serca.
nie potrafię też rozerwać bezustannego miarowego rytmu stóp natarciem przeszłości.
spaceruję rozrzucając się na chodnik w skowyczenie wszechobecnej obojętności zabarykadowanej gdzieś między żebrami.
rozlewam się w ślepą strugę łez parującą na wargach muskanych nieużywaniem.
złowrogie konary wiją się zaokiennie nieudolnie rozszarpując mdłą szarość nieba, w której topią się płody moich nadziei.
chcę tylko, żeby sen lizał moje blade czoło, beznamiętnie.
umieranie nie boli, naprawdę.
sobota, 1 stycznia 2011
165.
blady materac skóry rozłożonej na udach mizernieje z każdą sekundą. posępne czarne kruki siedzą na sznurach obok ulicy miłości i powolnym ruchem skrzydeł wzbijają się w poszarzałe niebo przybierające kolor moich oczu po kolejnej nieprzespanej nocy.
rozpięłam się w śliską monotonię. wyblakłam z każdej barwy wspomnienia rozlewając się w szarość miasta.
boli mnie słuch od tej jednostronnej ciszy rozprzestrzeniającej się na kolejne niewinne godziny. boli mnie dotyk, który rozpadł się nieśmiałością na sopockiej ulicy.
panoszą mi się przeterminowane słowa, które są kojącym balsamem przeszłości na lęki rozlazłe po każdej tkance, w każdym zmyśle.
wczoraj zerwałam z siebie powłokę kamienności, wczoraj upuściłam kilka ślepych łez, wczoraj wypiłam cynamonowe kakao i tęskniłam.
rozpięłam się w śliską monotonię. wyblakłam z każdej barwy wspomnienia rozlewając się w szarość miasta.
boli mnie słuch od tej jednostronnej ciszy rozprzestrzeniającej się na kolejne niewinne godziny. boli mnie dotyk, który rozpadł się nieśmiałością na sopockiej ulicy.
panoszą mi się przeterminowane słowa, które są kojącym balsamem przeszłości na lęki rozlazłe po każdej tkance, w każdym zmyśle.
wczoraj zerwałam z siebie powłokę kamienności, wczoraj upuściłam kilka ślepych łez, wczoraj wypiłam cynamonowe kakao i tęskniłam.
sobota, 25 grudnia 2010
164.
w noc przedwigilijną, a właściwie na przełomie dwudziestego trzeciego i dwudziestego czwartego grudnia śnią mi się wystrzały przed babcinym domem, w tym samym miejscu, w którym rozlewają się krwiste zachody słońca na pustej przestrzeni niezabudowanych hektarów, a tam ludzie, z niewyraźnymi, poszarpanymi szarością twarzami, których w sennych obrazach odtworzyć nigdy nie mogę. wśród tych wszystkich ponuro mknących między sobą znajomych konturów jest jeden, który lekko przykucnięty ma wyrazistą twarz, niewzruszoną jak fotografia. sen nagle się rozrywa wtłaczając tą świadomość nierealności właśnie wtedy, gdy ktoś miał przyjść.
śnią mi się też ludzie zamknięci w torbie podróżnej ułożonej między dwoma trampolinami między którymi lawiruję z powabnością godną nie lada baletnicy.
krzywo zwisające spodnie z czarnej szafki ustawionej po prawej stronie wyglądają jak zjawa o posępnej twarzy tłumiąca mój spokojny sen.
/znów rozepnę się nagością mojej wyobraźni.
nie poczułam świątecznej atmosfery przy stole, w kroczu czy pakując prezenty. nigdy wewnątrz-myślowo nie pulsowały we mnie, choć teraz niewzruszenie przeszłam przez te dwa dni, aż rozlałam się we własną bezduszność.
śnią mi się też ludzie zamknięci w torbie podróżnej ułożonej między dwoma trampolinami między którymi lawiruję z powabnością godną nie lada baletnicy.
krzywo zwisające spodnie z czarnej szafki ustawionej po prawej stronie wyglądają jak zjawa o posępnej twarzy tłumiąca mój spokojny sen.
/znów rozepnę się nagością mojej wyobraźni.
nie poczułam świątecznej atmosfery przy stole, w kroczu czy pakując prezenty. nigdy wewnątrz-myślowo nie pulsowały we mnie, choć teraz niewzruszenie przeszłam przez te dwa dni, aż rozlałam się we własną bezduszność.
środa, 22 grudnia 2010
163.
"Wyrzec słowo, by stwierdzić, że głos
Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi.."
bezładna mozaika moich myśli wrzeszczy lejąc się z oczu. zielonym strumieniem nadziei spływającym w ciszę.
/wstałam rano przedwcześnie, stanęłam przed lustrem i zmyłam resztki wczorajszego makijażu lęgnącego się pod rzęsami oblezionymi przez zastygłe ślepe łzy. mgła złowrogo wisiała i sklejała miasto w białą masę przez którą nieskutecznie próbowałam przebić się sennym wzrokiem.
czerwone manekiny z brodą z waty zamknięte za szybą, sine palce wyciągnięte z mokrych butów, pierniki pachnące na stole i przy tym wszystkim cisza, która nieodwracalnie burzy coraz większy obszar mojej wiary, podwalin mojego małego królestwa miłości, którego wizję rozerwały aż do kości czarne kruki ostatnich niespełna trzech miesięcy.
usiadłam w kącie. rozkoszowałam się w tej samej plugawej ciszy każdym słowem, które podkładam pod powieki przed zaśnięciem.
mówię do Ciebie, wieczorną motaniną zmysłów, konfliktem wspomnień, tych rzeczywistych i nie, taką samą ciszą roztrzaskaną o zmarznięte płaty czasu. mówię pod skórę, niemym wrzaskiem, którego wyziewy tamują zakleszczone wargi pod nadzorem szeroko pojętego zdrowego rozsądku.
mam ręce związane niepewnością styczniowego dnia, który ułożony w coś spektakularnego, pewnie okaże się kolejnym małym zgonem, nieprzerwaną powłóczystą ciszą.
Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi.."
bezładna mozaika moich myśli wrzeszczy lejąc się z oczu. zielonym strumieniem nadziei spływającym w ciszę.
/wstałam rano przedwcześnie, stanęłam przed lustrem i zmyłam resztki wczorajszego makijażu lęgnącego się pod rzęsami oblezionymi przez zastygłe ślepe łzy. mgła złowrogo wisiała i sklejała miasto w białą masę przez którą nieskutecznie próbowałam przebić się sennym wzrokiem.
czerwone manekiny z brodą z waty zamknięte za szybą, sine palce wyciągnięte z mokrych butów, pierniki pachnące na stole i przy tym wszystkim cisza, która nieodwracalnie burzy coraz większy obszar mojej wiary, podwalin mojego małego królestwa miłości, którego wizję rozerwały aż do kości czarne kruki ostatnich niespełna trzech miesięcy.
usiadłam w kącie. rozkoszowałam się w tej samej plugawej ciszy każdym słowem, które podkładam pod powieki przed zaśnięciem.
mówię do Ciebie, wieczorną motaniną zmysłów, konfliktem wspomnień, tych rzeczywistych i nie, taką samą ciszą roztrzaskaną o zmarznięte płaty czasu. mówię pod skórę, niemym wrzaskiem, którego wyziewy tamują zakleszczone wargi pod nadzorem szeroko pojętego zdrowego rozsądku.
mam ręce związane niepewnością styczniowego dnia, który ułożony w coś spektakularnego, pewnie okaże się kolejnym małym zgonem, nieprzerwaną powłóczystą ciszą.
środa, 15 grudnia 2010
162.
wdycham nieobecność rozpełzłą po ulicy, mieszkaniu i na wargach.
na wskroś przeszyta szarością. kładę się wcześnie spać z pół-strawioną przeszłością nienarodzoną i budzę się z ochłapami jakiegoś snu na powiekami, lekko sklejonych niepamięcią o minionej nocy.
świeżo spłodzone przeziębienie rozdrażnia bóle głowy.
to zabawne, ale chyba czasem człowiek potrafi stać się spersonifikowanym magazynem wszelakich emocji, które zabiera razem ze sobą. w ciszę.
opustoszałe szeregi tkanek pozostają niewzruszone, przelewa się krew napędzana miarowym stukotem serca, zwężone płuca krztuszą się zimnym powietrzem, które oblepia tym chłodem obojętności każdy przesmyk mięsa, w którym trwam niezłomnie od niespełna szesnastu dwunastomiesięcznych cykli.
beznamiętnie oglądam zaokiennie ptaki w spokojnym locie wklejone w tablicę błękitu nieba, unoszącą się pod okapem kuchennym parę, sentymentalne obrazy, stare filmy i albumy wspomnień.
chciałabym omamiona przeszłością w sennej halucynacji zamknąć się w niezmienności tego stanu.
tym czasem śnią mi się przypadkowi ludzie w incydentalnych szatach dnia.
wszystko jedno.
na wskroś przeszyta szarością. kładę się wcześnie spać z pół-strawioną przeszłością nienarodzoną i budzę się z ochłapami jakiegoś snu na powiekami, lekko sklejonych niepamięcią o minionej nocy.
świeżo spłodzone przeziębienie rozdrażnia bóle głowy.
to zabawne, ale chyba czasem człowiek potrafi stać się spersonifikowanym magazynem wszelakich emocji, które zabiera razem ze sobą. w ciszę.
opustoszałe szeregi tkanek pozostają niewzruszone, przelewa się krew napędzana miarowym stukotem serca, zwężone płuca krztuszą się zimnym powietrzem, które oblepia tym chłodem obojętności każdy przesmyk mięsa, w którym trwam niezłomnie od niespełna szesnastu dwunastomiesięcznych cykli.
beznamiętnie oglądam zaokiennie ptaki w spokojnym locie wklejone w tablicę błękitu nieba, unoszącą się pod okapem kuchennym parę, sentymentalne obrazy, stare filmy i albumy wspomnień.
chciałabym omamiona przeszłością w sennej halucynacji zamknąć się w niezmienności tego stanu.
tym czasem śnią mi się przypadkowi ludzie w incydentalnych szatach dnia.
wszystko jedno.
piątek, 10 grudnia 2010
161.
za oknem z rana nacierały na siebie sznury bieli, wijącej się chaotycznie jak żmije. zaokienne niegdyś miasto było tylko mglistą otchłanią, w której mieściły się wszystkie dni, wyrzucone na te chodniki, które pamiętałam.
blokada wspomnień minionej nocy została sforsowana, że tłum bezsenności zalęgł się i rozprzestrzenił pod powiekami, które rano przybrały kolor niedojrzałych śliwek.
niekompletnie się ubrałam, zapaliłam pomarańczowe kadzidło i postawiłam je na kapslu od piwa, który pełni czasem rolę magazynu dla popiołu. wsunęłam na nogi skórzane spodnie, tak, że ledwo sięgały linii szerokich bioder, a z głośników sączył się szum poezji na tle linii dźwięków klawiszy pianina. usiadłam na wysokim drewnianym krześle ustawionym na parapecie, z którego niezauważenie można obserwować życie tętniące poniżej czternastego piętra i zaczęłam czytać krainę chichów Jonathana Carrolla.
czasem lubię przytulać się do każdego zdania, które cierpi.
/powłóczysta linia mojego procesu zapominania została rozdziobana przez zielone elfy u schyłku dnia.
przestrzeń zieleni rozlała się po ścianach i ściekała opieszale w małe oczy jeszcze bardziej rozdrażniając bezsenność na kilka kolejnych godzin.
blady materac pękniętych naczynek krwionośnych ułożył się na nogach, dłoniach i zwojach skóry pod oczami.
bardzo przyjemnie myślę o samobójstwie.
blokada wspomnień minionej nocy została sforsowana, że tłum bezsenności zalęgł się i rozprzestrzenił pod powiekami, które rano przybrały kolor niedojrzałych śliwek.
niekompletnie się ubrałam, zapaliłam pomarańczowe kadzidło i postawiłam je na kapslu od piwa, który pełni czasem rolę magazynu dla popiołu. wsunęłam na nogi skórzane spodnie, tak, że ledwo sięgały linii szerokich bioder, a z głośników sączył się szum poezji na tle linii dźwięków klawiszy pianina. usiadłam na wysokim drewnianym krześle ustawionym na parapecie, z którego niezauważenie można obserwować życie tętniące poniżej czternastego piętra i zaczęłam czytać krainę chichów Jonathana Carrolla.
czasem lubię przytulać się do każdego zdania, które cierpi.
/powłóczysta linia mojego procesu zapominania została rozdziobana przez zielone elfy u schyłku dnia.
przestrzeń zieleni rozlała się po ścianach i ściekała opieszale w małe oczy jeszcze bardziej rozdrażniając bezsenność na kilka kolejnych godzin.
blady materac pękniętych naczynek krwionośnych ułożył się na nogach, dłoniach i zwojach skóry pod oczami.
bardzo przyjemnie myślę o samobójstwie.
środa, 8 grudnia 2010
160.
dziś spotkało mnie coś niesamowitego. (coś patrzy, spogląda w oczodoły i rozgryza strzępy duszy.)
wchodzę do sopockiego antykwariatu, między szeregi niedbale poukładanych książek, stosy spiętych stron rozrzuconych po podłodze, niealfabetycznie ułożone grzbiety z których wyglądają duchy słów zlepionych okładkami. tak czy inaczej, bez większego namysłu sięgam po pomarańczową książkę omamiona tytułem "moonlight drive", niepodejrzewająca jakiegokolwiek powiązania z zespołem the doors, wyrwałam ją z łańcucha książkowego i w tym momencie coś budzi we mnie drzemiące dziecko, rozradowane zdjęciem Jamesa Morrisona, którego woń urodzin panoszy mi się w ciele i którego atencji dopatruję się w owej (nie)przypadkowej sekwencji spojrzeń rozłożonych na kilkunastu identycznych półkach i mnogości brzegów książek wystających niedbale.
ósmy grudnia wyobrażałam sobie jednak inaczej. chciałam przesiąknąć poezją, whisky i psychodeliczną muzyką, zbudować w sobie małą rewolucję i wygrać batalię nad wspomnieniem przeszłości nieprzeżytej albo właśnie zasnąć w schronie historii zlizanej z fotografii i pamiętników. na zawsze. w markotne nieistnienie.
/czasem czuję świat na swoich piersiach, a czasami rozpryskuję ten świat na materac zimnych mięśni skubanych przez czarne ptaki rozczarowań i czasu, co krążą nad igrającą poświatą miasta i każdym splecionym kłębem oddechu.
chowam się wieczorami pod martwą taflą wody. w ciszę, w grudzień, w lęk.
wchodzę do sopockiego antykwariatu, między szeregi niedbale poukładanych książek, stosy spiętych stron rozrzuconych po podłodze, niealfabetycznie ułożone grzbiety z których wyglądają duchy słów zlepionych okładkami. tak czy inaczej, bez większego namysłu sięgam po pomarańczową książkę omamiona tytułem "moonlight drive", niepodejrzewająca jakiegokolwiek powiązania z zespołem the doors, wyrwałam ją z łańcucha książkowego i w tym momencie coś budzi we mnie drzemiące dziecko, rozradowane zdjęciem Jamesa Morrisona, którego woń urodzin panoszy mi się w ciele i którego atencji dopatruję się w owej (nie)przypadkowej sekwencji spojrzeń rozłożonych na kilkunastu identycznych półkach i mnogości brzegów książek wystających niedbale.
ósmy grudnia wyobrażałam sobie jednak inaczej. chciałam przesiąknąć poezją, whisky i psychodeliczną muzyką, zbudować w sobie małą rewolucję i wygrać batalię nad wspomnieniem przeszłości nieprzeżytej albo właśnie zasnąć w schronie historii zlizanej z fotografii i pamiętników. na zawsze. w markotne nieistnienie.
/czasem czuję świat na swoich piersiach, a czasami rozpryskuję ten świat na materac zimnych mięśni skubanych przez czarne ptaki rozczarowań i czasu, co krążą nad igrającą poświatą miasta i każdym splecionym kłębem oddechu.
chowam się wieczorami pod martwą taflą wody. w ciszę, w grudzień, w lęk.
niedziela, 5 grudnia 2010
159.
maszerujemy z oblepioną różem twarzą pośród orszaków tańczącej bieli. z witryn sklepowych leje się czerwień i uśmiechają się manekiny z białą brodą z waty, stoją gdzieś dwa renifery, a niedługo zacznie się panoszyć w nozdrzach zapach goździków.
czasem rzęzi we mnie jałowość mojej przeszłości; powłóczystych prób stworzenia namiastki miłości, kolejnych wykopanych łapczywie pod wpływem nagłego olśnienia nadziei ze zbiorowej mogiły marzeń, wszystkich pozornie złych wyborów, aż w końcu dzieciństwa. właściwie zawsze w bożonarodzeniowej aurze przypominam sobie, że jedyne co pamiętam to starcia wewnątrzrodzinne i ślepe łzy upuszczane z bezradnością na to wszystko, na co wpływu nie miałam.
każda myśl o dzieciństwie jest okryciem nagiej samotności, tęsknotą za czystą percepcją tamtych lat i samym sobą, w którym zaczyna kwitnąć śmierć. moje szczenięce lata nie pachną jednak nieskazitelnością i czystym światem, jakim zdaje się być dla nas w tym wieku miejsce, w którym żyjemy.
kiedyś w grudniu dopadła mnie przeraźliwa gorączka i było to moje pierwsze i jedyne spotkanie z jezusem, który wpełzł w rozpalony ponad czterdziesto stopniową gorączką umysł niesparaliżowany jednak na tyle, by uznać to za mistyczny początek nowej drogi, a jedynie halucynacją ulepioną z paplaniny tamtego okresu.
chciałam więc napisać, że na mikołajki chciałabym odzyskać namiastkę siebie, którą utopiły w czerni rozczarowania wszystkie lata wstecz i czas, jaki zatruł mi jeden niepozorny człowiek, chociaż bardziej wolałabym wrócić do małych chwil, które przytulam wieczorami.
/dużo rzeczy zmieniło się szybko, tak szybko jak wypluwamy jesteśmy z paszczy snu w otchłanie rzeczywistości, bagatela. ostatnio zastanawiam się, czy to, że poznałam Selenę K. to sekwencja przypadkowych zdarzeń, w których jednak należałoby szukać jakiejś predestynacji, zbiegiem okoliczności czy celową krzyżówką dróg, słów, codzienności i dni. nie pamiętam momentu, który stał się przełomem do odkrywania kolejnych płaszczyzn, w których znajduje w niej cząstkę siebie, a może jej cząstkę we mnie.
chociaż ostatnio owija nas przyziemność, to.. to czasem zdawałoby się, że odkryłam jeden z zapachów, który uśmierza mój nihilizm i płodzi coś, o czym chyba wcześniej nie miałam pojęcia, nienamacalność wschodu słońca i gdyńskich rozmów.
Amen.
czasem rzęzi we mnie jałowość mojej przeszłości; powłóczystych prób stworzenia namiastki miłości, kolejnych wykopanych łapczywie pod wpływem nagłego olśnienia nadziei ze zbiorowej mogiły marzeń, wszystkich pozornie złych wyborów, aż w końcu dzieciństwa. właściwie zawsze w bożonarodzeniowej aurze przypominam sobie, że jedyne co pamiętam to starcia wewnątrzrodzinne i ślepe łzy upuszczane z bezradnością na to wszystko, na co wpływu nie miałam.
każda myśl o dzieciństwie jest okryciem nagiej samotności, tęsknotą za czystą percepcją tamtych lat i samym sobą, w którym zaczyna kwitnąć śmierć. moje szczenięce lata nie pachną jednak nieskazitelnością i czystym światem, jakim zdaje się być dla nas w tym wieku miejsce, w którym żyjemy.
kiedyś w grudniu dopadła mnie przeraźliwa gorączka i było to moje pierwsze i jedyne spotkanie z jezusem, który wpełzł w rozpalony ponad czterdziesto stopniową gorączką umysł niesparaliżowany jednak na tyle, by uznać to za mistyczny początek nowej drogi, a jedynie halucynacją ulepioną z paplaniny tamtego okresu.
chciałam więc napisać, że na mikołajki chciałabym odzyskać namiastkę siebie, którą utopiły w czerni rozczarowania wszystkie lata wstecz i czas, jaki zatruł mi jeden niepozorny człowiek, chociaż bardziej wolałabym wrócić do małych chwil, które przytulam wieczorami.
/dużo rzeczy zmieniło się szybko, tak szybko jak wypluwamy jesteśmy z paszczy snu w otchłanie rzeczywistości, bagatela. ostatnio zastanawiam się, czy to, że poznałam Selenę K. to sekwencja przypadkowych zdarzeń, w których jednak należałoby szukać jakiejś predestynacji, zbiegiem okoliczności czy celową krzyżówką dróg, słów, codzienności i dni. nie pamiętam momentu, który stał się przełomem do odkrywania kolejnych płaszczyzn, w których znajduje w niej cząstkę siebie, a może jej cząstkę we mnie.
chociaż ostatnio owija nas przyziemność, to.. to czasem zdawałoby się, że odkryłam jeden z zapachów, który uśmierza mój nihilizm i płodzi coś, o czym chyba wcześniej nie miałam pojęcia, nienamacalność wschodu słońca i gdyńskich rozmów.
Amen.
niedziela, 28 listopada 2010
158.
to nie była dłoń.
całe jestestwo tego świata dało mi w ryj.
dziwne wizje mam we wnętrzu opierzone roztrzaskanym w szczęściu wzrokiem na widok bieli zaokiennej o poranku.
mój proces zapominania stał się powłóczystą linią rozdrażnionego spojrzenia. listopadowe powietrze znów ma swoje imię. topię popioły duszy śpiąc ponad jedenaście godzin, chaotycznie przerywanym snem kolejnym rozdziałem ekscentrycznej plątaniny zdarzeń nierzeczywistych zlepionych ze strzępek wystraszonych źrenic, monotonnych pomruków, śliny i nocy.
dwudziesty ósmy listopada rozpina się szyldem pod którym w krwawej bitwie z rozumiem giną wszelkie tkanki, w których pulsowała miłość. wiara w jakąkolwiek rzeczywistą szatę nadziei przy nagości rozczarowania rozpełzłego po materacu mięśni i ścięgien ogołoconego ze szczątek ludzkich odruchów, w którym tkwię.
ostatnio czułam, jakby mieszkał we mnie drugi człowiek, obcy. umierał powoli rozpryskując ciężar swojej agonii po całej powłoce mojego ciała.
żołądek płacze, kończyny wyją, serce jęczy pustką.
mówiłam, że ktoś nie żyje.
całe jestestwo tego świata dało mi w ryj.
dziwne wizje mam we wnętrzu opierzone roztrzaskanym w szczęściu wzrokiem na widok bieli zaokiennej o poranku.
mój proces zapominania stał się powłóczystą linią rozdrażnionego spojrzenia. listopadowe powietrze znów ma swoje imię. topię popioły duszy śpiąc ponad jedenaście godzin, chaotycznie przerywanym snem kolejnym rozdziałem ekscentrycznej plątaniny zdarzeń nierzeczywistych zlepionych ze strzępek wystraszonych źrenic, monotonnych pomruków, śliny i nocy.
dwudziesty ósmy listopada rozpina się szyldem pod którym w krwawej bitwie z rozumiem giną wszelkie tkanki, w których pulsowała miłość. wiara w jakąkolwiek rzeczywistą szatę nadziei przy nagości rozczarowania rozpełzłego po materacu mięśni i ścięgien ogołoconego ze szczątek ludzkich odruchów, w którym tkwię.
ostatnio czułam, jakby mieszkał we mnie drugi człowiek, obcy. umierał powoli rozpryskując ciężar swojej agonii po całej powłoce mojego ciała.
żołądek płacze, kończyny wyją, serce jęczy pustką.
mówiłam, że ktoś nie żyje.
wtorek, 23 listopada 2010
157.
co tu dużo mówić, coś pękło. pękło w nas wszystkich rozłożywszy się grymasem szarego nieba.
korzystając z przywileju śmierci rozlewamy się pod powieki.
z albumów nieautentycznych.
cicho podpieram ścianę bladą dłonią. chaosem myśli nieobecnych wyżłabiając niemal dziury w zielonej pokrywie umysłu.
czasem chodzę moją osobliwą ulicą miłości i rozkładam się na części pod kopułą gwiazd. okrywam nocą nagość rozdrobnionej wyobraźni kiedy miasto bieleje mglistą powłoką.
każdy tańczący w powietrzu atom czuł dziś więcej ode mnie, kiedy rozlepiałam rzęsy, kiedy zalałam sen gorącą herbatą, kiedy uśmiechem doprowadziłam dawne strapienia do wrzenia, że spienione wyszły wieczorem, żeby obleźć ciało kłączem prawdy i słabością kończyn.
długo wpatruję się w mętny wers horyzontu za oknem, który właściwie scala się w jedną, odległą ciemność, która nie mówi nic.
to coś patrzy agonalnym wzrokiem. wewnątrz.
korzystając z przywileju śmierci rozlewamy się pod powieki.
z albumów nieautentycznych.
cicho podpieram ścianę bladą dłonią. chaosem myśli nieobecnych wyżłabiając niemal dziury w zielonej pokrywie umysłu.
czasem chodzę moją osobliwą ulicą miłości i rozkładam się na części pod kopułą gwiazd. okrywam nocą nagość rozdrobnionej wyobraźni kiedy miasto bieleje mglistą powłoką.
każdy tańczący w powietrzu atom czuł dziś więcej ode mnie, kiedy rozlepiałam rzęsy, kiedy zalałam sen gorącą herbatą, kiedy uśmiechem doprowadziłam dawne strapienia do wrzenia, że spienione wyszły wieczorem, żeby obleźć ciało kłączem prawdy i słabością kończyn.
długo wpatruję się w mętny wers horyzontu za oknem, który właściwie scala się w jedną, odległą ciemność, która nie mówi nic.
to coś patrzy agonalnym wzrokiem. wewnątrz.
środa, 17 listopada 2010
156.
są łóżka przesiąknięte wonią leniwie rozłożonych na nich ciał. są rozbolałe żyły. są szybko zgaszone światła. są powłóczyste godziny rozklejające czas.
złożyło się, że przy zgaszonym świetle biel budynku odbijała się na drzewach tak bardzo, że przesiąknęłam zimą i zamknęłam powieki. zapamiętałam każdy urywek snu łapczywie wyciągnięty z łona nocy skrzypliwym skowytem otwieranych drzwi.
bezuśmiechem cicho oblepiającym twarz zaczyna się kolejny cykl kończenia. rozpełzłego na podłodze, wargach i wietrze.
dziś położę się już w swoim łóżku. trzymając w ręku garść słów, które nikogo nie obchodzą i z których dawno odeszło tchnienie rzeczywistości.
mam chęć naoliwienia własnego wnętrza, w którym tańczą jeszcze dogorywające nadzieje. w tafli kałuży tonie kolejna kropka deszczu, wiatr uprawia chaos. wypiłam pokaźny kubek, z którego brzegów wylewało się kakao. ta cała rzeźba życia rozsypała się mi pomiędzy palcami kiedy jeden ruch stworzyłby jej ostateczny obraz. bezmyślnie patrzyłam na telewizor, oglądając na suficie tango moich myśli. zatęskniłam za zimową poświatą roztoczoną nad miastem. właściwie to zatęskniłam za każdą ulicą i całym tym światem, który pozostał niezmieniony od czasu kiedy odszedł z niego mój duch. trochę za sobą. sama nie wiem.
/od rana wisiała nade mną czarna chmura przyszłości, którą i tak zdążyłam już przełknąć, rozgryźć, wyrzygać, znów połknąć i tak dalej. nie poradziłam sobie jeszcze z przetrawieniem kolejnej czarnej masy oblepiającej moje wewnętrzne tkanki. zbawiennego wydźwięku patetycznych haseł wpychanych do gardła, żeby uczesać myśli, wsunąć spodnie i wyjść z czterech ścian.
czerń emitowała do wewnątrz próżnię, która rozeszła się po każdej myśli niegdyś krzyczącej a dziś bezładnie dyndającej między wrzaskiem nienawiści a jękiem miłości. nic takiego, wlekłam to bezduszne ciało. nic takiego. możecie się śmiać.
złożyło się, że przy zgaszonym świetle biel budynku odbijała się na drzewach tak bardzo, że przesiąknęłam zimą i zamknęłam powieki. zapamiętałam każdy urywek snu łapczywie wyciągnięty z łona nocy skrzypliwym skowytem otwieranych drzwi.
bezuśmiechem cicho oblepiającym twarz zaczyna się kolejny cykl kończenia. rozpełzłego na podłodze, wargach i wietrze.
dziś położę się już w swoim łóżku. trzymając w ręku garść słów, które nikogo nie obchodzą i z których dawno odeszło tchnienie rzeczywistości.
mam chęć naoliwienia własnego wnętrza, w którym tańczą jeszcze dogorywające nadzieje. w tafli kałuży tonie kolejna kropka deszczu, wiatr uprawia chaos. wypiłam pokaźny kubek, z którego brzegów wylewało się kakao. ta cała rzeźba życia rozsypała się mi pomiędzy palcami kiedy jeden ruch stworzyłby jej ostateczny obraz. bezmyślnie patrzyłam na telewizor, oglądając na suficie tango moich myśli. zatęskniłam za zimową poświatą roztoczoną nad miastem. właściwie to zatęskniłam za każdą ulicą i całym tym światem, który pozostał niezmieniony od czasu kiedy odszedł z niego mój duch. trochę za sobą. sama nie wiem.
/od rana wisiała nade mną czarna chmura przyszłości, którą i tak zdążyłam już przełknąć, rozgryźć, wyrzygać, znów połknąć i tak dalej. nie poradziłam sobie jeszcze z przetrawieniem kolejnej czarnej masy oblepiającej moje wewnętrzne tkanki. zbawiennego wydźwięku patetycznych haseł wpychanych do gardła, żeby uczesać myśli, wsunąć spodnie i wyjść z czterech ścian.
czerń emitowała do wewnątrz próżnię, która rozeszła się po każdej myśli niegdyś krzyczącej a dziś bezładnie dyndającej między wrzaskiem nienawiści a jękiem miłości. nic takiego, wlekłam to bezduszne ciało. nic takiego. możecie się śmiać.
czwartek, 11 listopada 2010
155.
miasto w pokrywie sepii i nieokrzesana szarość na firmamencie. godzina piętnasta trzynaście, bagatela. morze zaokienne stało się brudną zawiesiną, w której sidła wpadły pojedyncze statki.
spałam z pięć godzin. właściwie to dzień wczorajszy wtłoczył we mnie mały optymizm, który powoli przestaje się ze mną wlec przez kolejne godziny. tak właściwie to każda godzina mnie nuży. ostatnio pałaszują mnie przeczucia i opróżnioną głową sklejam wargi lekkim uśmiechem. czasami wszystko wydaje się takie puste i wtedy tylko cisza potrafi mówić. któregoś razu podczas takiej rozmowy zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam swojego dzieciństwa. nie pamiętam właściwie, co powinnam pamiętać.
piętnasta trzydzieści dziewięć: niebo ma kolor skóry noworodka i podbitych oczu na płachcie rozlanego błękitu.
czasem myślę, że wychowały mnie szeregi moich urojeń, stosy zapisków z dni, kiedy żyłam we własnej głowie.
boję się tego zepsutego miasta.
spałam z pięć godzin. właściwie to dzień wczorajszy wtłoczył we mnie mały optymizm, który powoli przestaje się ze mną wlec przez kolejne godziny. tak właściwie to każda godzina mnie nuży. ostatnio pałaszują mnie przeczucia i opróżnioną głową sklejam wargi lekkim uśmiechem. czasami wszystko wydaje się takie puste i wtedy tylko cisza potrafi mówić. któregoś razu podczas takiej rozmowy zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam swojego dzieciństwa. nie pamiętam właściwie, co powinnam pamiętać.
piętnasta trzydzieści dziewięć: niebo ma kolor skóry noworodka i podbitych oczu na płachcie rozlanego błękitu.
czasem myślę, że wychowały mnie szeregi moich urojeń, stosy zapisków z dni, kiedy żyłam we własnej głowie.
boję się tego zepsutego miasta.
poniedziałek, 8 listopada 2010
154.
kuchenne spowiedzi; rozrywane zgrzytem otwieranych drzwi. ulepione.
od kilku dni permanentnie doskwierała mi wewnętrzna próżnia. dnie wzrastały na moich oczach i wbijały się u schyłku słonecznej kadencji w horyzont rozsiewając nad całym miastem plantację barw.
ogrom patetycznych haseł wpełzał głęboko do życiorysu trawionego wydzielinami każdego dnia.
deszcz miarowo rozbijał się na szarym chodniku z którego szczelin wyglądały martwe ptasie pióra. nie widzieli, że roztapia moją powłokę związanych myśli.
w kubku jeszcze o dziewiętnastej z dna łypał osad porannej herbaty.
mój świat nie istniał, a ja każdej nocy usilnie próbowałam wyżymać umysł, zapętlając wir myśli na tyle mocno, by powstał. później pełzłam mozolnie zostawiając w ciemnej przestrzeni historii, kolejną datę. czasem nadziewałam wzrok na jeden punkt roztaczając wokół siebie sferę ciszy, która krzyczała z oczu.
w stercie zżółkłych liści leżał czarny bucik z niewielkim obcasem. na balkonie kobieta rozłożywszy ręce wprawiała w ruch wargi modlitwą. ktoś po drugiej stronie odpalił papierosa. na ślepiach nieba niby rzęsy ułożył się klucz ptaków.
nie zauważyli, że nakryłam się codziennością.
od kilku dni permanentnie doskwierała mi wewnętrzna próżnia. dnie wzrastały na moich oczach i wbijały się u schyłku słonecznej kadencji w horyzont rozsiewając nad całym miastem plantację barw.
ogrom patetycznych haseł wpełzał głęboko do życiorysu trawionego wydzielinami każdego dnia.
deszcz miarowo rozbijał się na szarym chodniku z którego szczelin wyglądały martwe ptasie pióra. nie widzieli, że roztapia moją powłokę związanych myśli.
w kubku jeszcze o dziewiętnastej z dna łypał osad porannej herbaty.
mój świat nie istniał, a ja każdej nocy usilnie próbowałam wyżymać umysł, zapętlając wir myśli na tyle mocno, by powstał. później pełzłam mozolnie zostawiając w ciemnej przestrzeni historii, kolejną datę. czasem nadziewałam wzrok na jeden punkt roztaczając wokół siebie sferę ciszy, która krzyczała z oczu.
w stercie zżółkłych liści leżał czarny bucik z niewielkim obcasem. na balkonie kobieta rozłożywszy ręce wprawiała w ruch wargi modlitwą. ktoś po drugiej stronie odpalił papierosa. na ślepiach nieba niby rzęsy ułożył się klucz ptaków.
nie zauważyli, że nakryłam się codziennością.
niedziela, 7 listopada 2010
153.
rozrzucam się na chaos myśli.
lepię powłóczystą bezsenność bólem głowy i motaniną chwil, które przywołać chcę snem choć na chwilę.
mam pod skórą nic, zatrute każdym rwącym ciało wspomnieniem.
każdym zdjęciem przyprawiam się o palpitację serca i wylew czerni ze źrenic.
obnażony dzień przykrywam kakaem, marną telewizją, książką i cmentarnym spacerem.
harmider wewnątrz-myślowy przykryty jesienną peleryną, skomląca w każdej onirystycznej halucynacji, która przenika głęboko w krew, co jest wodą na młyn małej utopii, w której mam kawałek jego serca ułożonego całkiem obok, że aż czuję bicie ułożona wzdłuż. niby nic takiego.
zielony lakier starła z paznokci dłoń czasu, pole fioletowych siniaków niedbale rozrzuconych po nogach, koniuszki rzęs stały się bezbarwne, na dłoniach rozciąga się pajęczyna spękanych naczyń krwionośnych utkanej nad bladością skóry listopadowej zresztą.
nad miastem wisi złowroga płachta czerni, w mieszkaniu żarówki plują żółtym światłem. nie lubię żółtego światła. zewsząd słychać tylko, że o szesnastej robi się ciemno, że wydzieliny ciemnej zawiesiny nocy zatruwają każdy poranek targając myśli, które stały się już mozolną rutyną każdego dnia, który u schyłku znów zatacza koło, by skazić kolejne godziny, w których każdy oddech pachnie perspektywą powolnej śmierci, która gotowa jest zacząć się od zaraz przeżuwając strzępki tej spopielonej duszy wypluwając ją do wewnątrz by w końcu pozostawić po nas tylko podgniły zwój kości, tętnic, ścięgien i gdzieniegdzie mięśni.
w sumie śmieszą mnie ludzie ze swoim zamkniętym postrzeganiem świata, w sumie to też jestem śmieszna w swojej świadomej hipokryzji, bo mój świat kończy się na sztywnym czekaniu bo czasem czuje się mojrzeszem, który od nużącej drogi na stopach ma zaschnięte strużki zimnej już krwi a na twarzy kamienne zmęczenie, choć pokrzepiony nadzieją zmiany idzie dalej przeoczając kolejny dzień, kolejną twarz i zaułek, w którym być może stoi szczęście-kadłubek i wyrwane (nie)szczęśliwe rączki bezładnie wijące się resztką tchnienia, jakie jeszcze im zostało.
lepię powłóczystą bezsenność bólem głowy i motaniną chwil, które przywołać chcę snem choć na chwilę.
mam pod skórą nic, zatrute każdym rwącym ciało wspomnieniem.
każdym zdjęciem przyprawiam się o palpitację serca i wylew czerni ze źrenic.
obnażony dzień przykrywam kakaem, marną telewizją, książką i cmentarnym spacerem.
harmider wewnątrz-myślowy przykryty jesienną peleryną, skomląca w każdej onirystycznej halucynacji, która przenika głęboko w krew, co jest wodą na młyn małej utopii, w której mam kawałek jego serca ułożonego całkiem obok, że aż czuję bicie ułożona wzdłuż. niby nic takiego.
zielony lakier starła z paznokci dłoń czasu, pole fioletowych siniaków niedbale rozrzuconych po nogach, koniuszki rzęs stały się bezbarwne, na dłoniach rozciąga się pajęczyna spękanych naczyń krwionośnych utkanej nad bladością skóry listopadowej zresztą.
nad miastem wisi złowroga płachta czerni, w mieszkaniu żarówki plują żółtym światłem. nie lubię żółtego światła. zewsząd słychać tylko, że o szesnastej robi się ciemno, że wydzieliny ciemnej zawiesiny nocy zatruwają każdy poranek targając myśli, które stały się już mozolną rutyną każdego dnia, który u schyłku znów zatacza koło, by skazić kolejne godziny, w których każdy oddech pachnie perspektywą powolnej śmierci, która gotowa jest zacząć się od zaraz przeżuwając strzępki tej spopielonej duszy wypluwając ją do wewnątrz by w końcu pozostawić po nas tylko podgniły zwój kości, tętnic, ścięgien i gdzieniegdzie mięśni.
w sumie śmieszą mnie ludzie ze swoim zamkniętym postrzeganiem świata, w sumie to też jestem śmieszna w swojej świadomej hipokryzji, bo mój świat kończy się na sztywnym czekaniu bo czasem czuje się mojrzeszem, który od nużącej drogi na stopach ma zaschnięte strużki zimnej już krwi a na twarzy kamienne zmęczenie, choć pokrzepiony nadzieją zmiany idzie dalej przeoczając kolejny dzień, kolejną twarz i zaułek, w którym być może stoi szczęście-kadłubek i wyrwane (nie)szczęśliwe rączki bezładnie wijące się resztką tchnienia, jakie jeszcze im zostało.
środa, 3 listopada 2010
152.
w dniu pierwszolistopadowym z natłoku wszystkiego, co wylęgło się we mnie w małej przeszłości wychodzę niedbale ubrana, w wilgotnych źrenicach i w całej bojaźliwości, jaka rozgrzewa moje ciało spaceruję po małym cmentarzu schowanym w matczynych objęciach lasu.
małe nagrobki, które łamią się w pół i rozkruszają na mizerną trawę. sponiewierane czasem, który starł daty zostawiając nienaruszoną szarość płyty którą rozświetlają lekko tlące się w ciemności płomienie czerwonych zniczy ułożonych pojedynczo na każdym z nich.
każdy oddech szarego sklepienia rozdrażnia tylko to rozgdybanie o przemijaniu którym pachnie cała ulica, epizodyczności wygryzającej dziury w życiorysie i każde jej ujęcie prowadzi do punktu wyjścia i panoszy się w głowie, duszy, pokoju i całym mieszkaniu.
w tym wszystkim wargi wykrzywiam do podłogi, nadziewam wzrok beznamiętnie i zamknięta gdzieś w gnieździe swojej świadomości usypiam każdy zmysł, który karze mi odczuwać.
następnego dnia, kiedy odór bazarostwa święta wszystkich zmarłych powoli zaczyna zanikać, spaceruję z magdaleną po srebrzysku. dostajemy za darmo kwiaty, układamy je na obsypanych zapomnieniem grobach, które stoją jeszcze na własnych popiołach.
dzisiaj znowu mydli mi oczy nadzieją.
doskwierasz mi w każdym zakamarku rozkładającej się duszy. umartwiam się w obawach, w wieczorze i tęsknocie.
/gdyby istniała jakakolwiek predestynacja jakiejś wyższej siły dzięki której atencji jesteśmy tu gdzie jesteśmy, to chyba nieprzypadkiem mieszkam ciągle przy cmentarzach otulona mnogością trupów moich marzeń, które gniją wewnątrz ciała sprawiając niemal fizyczny ból.
małe nagrobki, które łamią się w pół i rozkruszają na mizerną trawę. sponiewierane czasem, który starł daty zostawiając nienaruszoną szarość płyty którą rozświetlają lekko tlące się w ciemności płomienie czerwonych zniczy ułożonych pojedynczo na każdym z nich.
każdy oddech szarego sklepienia rozdrażnia tylko to rozgdybanie o przemijaniu którym pachnie cała ulica, epizodyczności wygryzającej dziury w życiorysie i każde jej ujęcie prowadzi do punktu wyjścia i panoszy się w głowie, duszy, pokoju i całym mieszkaniu.
w tym wszystkim wargi wykrzywiam do podłogi, nadziewam wzrok beznamiętnie i zamknięta gdzieś w gnieździe swojej świadomości usypiam każdy zmysł, który karze mi odczuwać.
następnego dnia, kiedy odór bazarostwa święta wszystkich zmarłych powoli zaczyna zanikać, spaceruję z magdaleną po srebrzysku. dostajemy za darmo kwiaty, układamy je na obsypanych zapomnieniem grobach, które stoją jeszcze na własnych popiołach.
dzisiaj znowu mydli mi oczy nadzieją.
doskwierasz mi w każdym zakamarku rozkładającej się duszy. umartwiam się w obawach, w wieczorze i tęsknocie.
/gdyby istniała jakakolwiek predestynacja jakiejś wyższej siły dzięki której atencji jesteśmy tu gdzie jesteśmy, to chyba nieprzypadkiem mieszkam ciągle przy cmentarzach otulona mnogością trupów moich marzeń, które gniją wewnątrz ciała sprawiając niemal fizyczny ból.
środa, 27 października 2010
151.
po spożyciu ilości pokarmu znacznie przekraczającej kilkudniową ilość, jaką zwykle przetrawiałam czuję, że mój niedbale zawiązany żołądek pęka w szwach. znowu stoję w ciemnej łazience i staję się arbitrem dla każdej części ciała, której nadmiar odbija się w ponurym lustrze.
każda sekunda roztrwoniona myślą o bezdźwięcznych wargach ucieka razem z oddechem podrażniając ślepia nieba. zdjęcie podrywa ciało niczym gromadę czarnych kruków wzbijających się do lotu.
obumarłe ciało ułożone do snu, ciężki oddech i sen tłumiony nieustającym bojem wspomnień, migawki wszystkich chwil, które tworzą sklejoną obietnice złamaną milczeniem. tak więc zmęczenie nie pozwala zasnąć, obce ciało w celi rzęs, co kraty rwie szarpiąc firankę wieczoru.
chyba wiem czemu nie lubię prostych ulic tego miasta, czemu w koło słucham tej samej muzyki i oglądam te same filmy, czemu głuche ściany zrywają tamy błogości zajętego umysłu, czemu coraz bardziej plugawię cały ten rozgardiasz zebrany w jednym miejscu, w którym przyszło mi sapać przy niemiarowości oddechu torpedowanego kolejnym rozczarowaniem i kolejnym samotnym stukotem klawisza.
któregoś dnia opowiem ci o dziewczynce, która płakała. o dziewczynce, która zawsze płacze.
od dzisiaj będę uśmiechać się dla nikogo.
każda sekunda roztrwoniona myślą o bezdźwięcznych wargach ucieka razem z oddechem podrażniając ślepia nieba. zdjęcie podrywa ciało niczym gromadę czarnych kruków wzbijających się do lotu.
obumarłe ciało ułożone do snu, ciężki oddech i sen tłumiony nieustającym bojem wspomnień, migawki wszystkich chwil, które tworzą sklejoną obietnice złamaną milczeniem. tak więc zmęczenie nie pozwala zasnąć, obce ciało w celi rzęs, co kraty rwie szarpiąc firankę wieczoru.
chyba wiem czemu nie lubię prostych ulic tego miasta, czemu w koło słucham tej samej muzyki i oglądam te same filmy, czemu głuche ściany zrywają tamy błogości zajętego umysłu, czemu coraz bardziej plugawię cały ten rozgardiasz zebrany w jednym miejscu, w którym przyszło mi sapać przy niemiarowości oddechu torpedowanego kolejnym rozczarowaniem i kolejnym samotnym stukotem klawisza.
któregoś dnia opowiem ci o dziewczynce, która płakała. o dziewczynce, która zawsze płacze.
od dzisiaj będę uśmiechać się dla nikogo.
wtorek, 26 października 2010
150.
układam harmonogram słów w głowie, co staje się na tyle rozległe, że nie pamiętam, co złożyłam jako pierwsze, a stłumione zmysły wrzeszczą tak bardzo, że nie chcę choćby cofnąć pamięciowej taśmy.
codziennie rano przekręcam drzwi zostawiając za nimi rozlane miasto, te wszystkie kobiety i mężczyzn, którzy jeszcze śpią, ludzi rozrywających poranną mgłę i wdychających ją zaspanymi nozdrzami, świeżo zakorkowane ulice, to wszystko, co oglądam przez okno. przekręcam je dużym kluczem, z rowkowatymi wgłębieniami, o którym czasem myślę, że wyrwał się z jakiejś baśni, żeby potem móc przesiąknąć wonią mojej dłoni niezdarnie kręcącej nim w lewą stronę. zjeżdżam windą z czternastego piętra, przyglądając się ciemnemu odbiciu swojego ciała, w którym pulsuje jeszcze sen.
popołudnia mijają marudnie, obślizgłe zawistną ciszą albo cuchnące fetorem dnia wczorajszego.
wieczorem siadam z magdaleną na dużym kamieniu i zaglądam w okna pod mnogością gwiazd i bulwiastego księżyca zmąconego żółcią wyróżniającego się na tle czarnego kołnierza nieba za zasłoną liści drzew rosnących po lewej stronie. jakkolwiek przytłacza mnie ogrom wszechświata roztoczonego nad moją głową to każda sekunda chowa w sobie ten raban tęsknoty. często zamykam wtedy wargi, ale nie do końca, wdycham to chłodne powietrze, które pachnie dziesięcioma tysiącami wcześniejszych dni i dziesięcioma tysiącami dni przyszłości, później gorącym podmuchem zimnego ciała wyrzucam tą historię na wiatr i nie pamiętam nic więcej. tylko chyba większość strat wzięłam na siebie, rozlałam krew w milczenie i tak nie wiem, czy mam umartwiać się ciszą czy unosić się złością. na chodnikach tego miasta rozkładają się zwierzęce odchody, puszki, sobotnie rzygowiny i czas, a myśl, że cokolwiek się zmieni, że zdołasz rozsupłać te wargi, wydaje mi się niedorzeczna.
codziennie rano przekręcam drzwi zostawiając za nimi rozlane miasto, te wszystkie kobiety i mężczyzn, którzy jeszcze śpią, ludzi rozrywających poranną mgłę i wdychających ją zaspanymi nozdrzami, świeżo zakorkowane ulice, to wszystko, co oglądam przez okno. przekręcam je dużym kluczem, z rowkowatymi wgłębieniami, o którym czasem myślę, że wyrwał się z jakiejś baśni, żeby potem móc przesiąknąć wonią mojej dłoni niezdarnie kręcącej nim w lewą stronę. zjeżdżam windą z czternastego piętra, przyglądając się ciemnemu odbiciu swojego ciała, w którym pulsuje jeszcze sen.
popołudnia mijają marudnie, obślizgłe zawistną ciszą albo cuchnące fetorem dnia wczorajszego.
wieczorem siadam z magdaleną na dużym kamieniu i zaglądam w okna pod mnogością gwiazd i bulwiastego księżyca zmąconego żółcią wyróżniającego się na tle czarnego kołnierza nieba za zasłoną liści drzew rosnących po lewej stronie. jakkolwiek przytłacza mnie ogrom wszechświata roztoczonego nad moją głową to każda sekunda chowa w sobie ten raban tęsknoty. często zamykam wtedy wargi, ale nie do końca, wdycham to chłodne powietrze, które pachnie dziesięcioma tysiącami wcześniejszych dni i dziesięcioma tysiącami dni przyszłości, później gorącym podmuchem zimnego ciała wyrzucam tą historię na wiatr i nie pamiętam nic więcej. tylko chyba większość strat wzięłam na siebie, rozlałam krew w milczenie i tak nie wiem, czy mam umartwiać się ciszą czy unosić się złością. na chodnikach tego miasta rozkładają się zwierzęce odchody, puszki, sobotnie rzygowiny i czas, a myśl, że cokolwiek się zmieni, że zdołasz rozsupłać te wargi, wydaje mi się niedorzeczna.
niedziela, 24 października 2010
149.
w milczeniu się roztapiam.
siedzę ścierając ze skóry obrzynki zaufania i zastanawiam się tylko, ile mi zostało, ilu ludzi odejdzie w skutek normalnego przesiewu, ile perspektywicznych znajomości zostanie tylko epizodem i kiedy rozklejając rzęsy o poranku zobaczę, że każdy oddech stwarza coraz większą lukę.
ćmy przyklejone do szyby podrywa oddech firmamentu zalanego czernią, w której nie migoczą choćby poległe w batalii z pochmurnością gwiazdy.
splin balansuje lekko na krawędzi szklanki wypełnionej owocową herbatą.
w jękach wspomnień szukam balsamu łatwowierności, który rozproszyłby to dzisiaj spłodzone otumanienie, jakie widzę w perspektywie najbliższych dni.
dziś spaceruję po gdyńskiej plaży, przy zamąconym szarością zachodzie słońca i coraz bardziej rozgryzam każdą chwilę, w którą próbuję się chować przed biczem każdego dnia skamlącego tęsknotą.
wykrzywiam splugawione wargi na myśl, że koniec stoi obok i delikatnie pieści moją dłoń. po kalkulacji umysłu wiem, że doszliśmy już na skraj. tylko ta czerwona pikawa schowana w piersi karze mi się telepać na kolejny przystanek i kolejny opustoszały peron po którym błądzić będę wzrokiem szukając zarysu twarzy, szukać zapachu na ulicy i wypatrywać nawrotu tych kilku chwil, co nawiedzają swoim widmem każdy wieczór.
siedzę ścierając ze skóry obrzynki zaufania i zastanawiam się tylko, ile mi zostało, ilu ludzi odejdzie w skutek normalnego przesiewu, ile perspektywicznych znajomości zostanie tylko epizodem i kiedy rozklejając rzęsy o poranku zobaczę, że każdy oddech stwarza coraz większą lukę.
ćmy przyklejone do szyby podrywa oddech firmamentu zalanego czernią, w której nie migoczą choćby poległe w batalii z pochmurnością gwiazdy.
splin balansuje lekko na krawędzi szklanki wypełnionej owocową herbatą.
w jękach wspomnień szukam balsamu łatwowierności, który rozproszyłby to dzisiaj spłodzone otumanienie, jakie widzę w perspektywie najbliższych dni.
dziś spaceruję po gdyńskiej plaży, przy zamąconym szarością zachodzie słońca i coraz bardziej rozgryzam każdą chwilę, w którą próbuję się chować przed biczem każdego dnia skamlącego tęsknotą.
wykrzywiam splugawione wargi na myśl, że koniec stoi obok i delikatnie pieści moją dłoń. po kalkulacji umysłu wiem, że doszliśmy już na skraj. tylko ta czerwona pikawa schowana w piersi karze mi się telepać na kolejny przystanek i kolejny opustoszały peron po którym błądzić będę wzrokiem szukając zarysu twarzy, szukać zapachu na ulicy i wypatrywać nawrotu tych kilku chwil, co nawiedzają swoim widmem każdy wieczór.
czwartek, 21 października 2010
148.
lśniące miecze na poligonach wymówek, więc słowem krwawimy na wszystkie strony, by potem to wszystko czułym rozejmem warg zakończyć, ale widzisz bo ta batalia rozgrywa się w naszych głowach - W GŁOWACH, w małym kuferku iluzoryczności schowanym pod wycieraczką niby podrzucone niemowlę miłości jutra.
przestałam ciężko znosić rozczarowania, bo wniknęły do codziennego jadłospisu, który rozpycha żołądek pustką, która skwierczy w ciele turbowanym wspomnieniem.
z napiętnowaną ciszą niemrawych słów trzymam między wargami każdy obraz, tak bardzo nienaruszony czasem.
zamknięte w locie obietnice ciepłego imienia, co pękają łzawym kształtem na żałobne rytuały dnia.
bezładnie miotam się wzrokiem po markotnej tęczy rozlanej nad panoramą miasta. chyba zaczynam bawić się w tęsknotę.
przestałam ciężko znosić rozczarowania, bo wniknęły do codziennego jadłospisu, który rozpycha żołądek pustką, która skwierczy w ciele turbowanym wspomnieniem.
z napiętnowaną ciszą niemrawych słów trzymam między wargami każdy obraz, tak bardzo nienaruszony czasem.
zamknięte w locie obietnice ciepłego imienia, co pękają łzawym kształtem na żałobne rytuały dnia.
bezładnie miotam się wzrokiem po markotnej tęczy rozlanej nad panoramą miasta. chyba zaczynam bawić się w tęsknotę.
niedziela, 17 października 2010
147.
wiatr muska spękane oczy, w których rozlewa się pajęczyna czerwieni.
mam w głowie tysiące krwistych róż w ofierze dla mlecznych strażników, co owijają mnie stalową linią warg.
po dzisiejszej dawce poezji, co wykrzykuje otumaniony umysł słowną wydzieliną mam wyżłobione blizny nasercowe. bo idąc za rękę ze słowem, wszystko zaczyna zalewać wzburzona czerń i wnikać w nić krwi, która pulsując miarowo mruczy, że w życiu z którego właśnie się ruszyłeś, nic nie ma.
więc stoisz z bezwładnym wzrokiem nadzianym na grymas nieba i w odurzonych źrenicach rozlewa się fala nicości, która niczym tabletka na głowę, rękę, dupę niweluje ten ból gruchoczący niczym stare kości strzępy samozachowawczych instynktów.
mam w głowie tysiące krwistych róż w ofierze dla mlecznych strażników, co owijają mnie stalową linią warg.
po dzisiejszej dawce poezji, co wykrzykuje otumaniony umysł słowną wydzieliną mam wyżłobione blizny nasercowe. bo idąc za rękę ze słowem, wszystko zaczyna zalewać wzburzona czerń i wnikać w nić krwi, która pulsując miarowo mruczy, że w życiu z którego właśnie się ruszyłeś, nic nie ma.
więc stoisz z bezwładnym wzrokiem nadzianym na grymas nieba i w odurzonych źrenicach rozlewa się fala nicości, która niczym tabletka na głowę, rękę, dupę niweluje ten ból gruchoczący niczym stare kości strzępy samozachowawczych instynktów.
niedziela, 10 października 2010
146.
kolejne rozczarowanie, takie obecne. siedzi przy łóżku i krząta się pod rzęsami. tyle, że z upływem czasu coraz mniej się odwadniam w tym galimatiasie.
chciałabym cisnąć tobą gdzieś w te imienne czeluście milczenia, wyciągnąć i czuć, że wszystkie niewypowiedziane słowa zalęgły się gdzieś tam, że będą pluć zielonymi różami. weźmiesz je w dłonie i ciepłym podmuchem wargi rozrzucisz w oczy tych ciemnych wieczorów, które wyją kształtami oblanymi czernią.
ulice wieczorami pachną grudniem. zalękniona, krwista nadzieja w żółtych butach, co rozrywają wtapiając się w tafle liści. pierniki w rozerwanych opakowaniach. czas nonszalancko parska śmiechem i ucieka potem. w każdą pojedynczą ulicę, samotną i rozdrażnioną chłodem, w którym pęcznieją dłonie, nieużywane. martwe bardziej niż wczoraj.
czerwień rozlewa mi się po twarzy i czuje jak zlewa mnie w ścianę po tej batalii z ciałem.
czasem pachnie też karmelem i wydzielinami kominów, które opadają na nieokryte kawałki różowej skóry na której rozciąga się pajęczyna naczyń krwionośnych podrażnionych zimnem. cisza przedsenna zawsze pod kołdrą się panoszy, a ja coraz bardziej próbuję wyrysować sen i zaplątać go między palcami. zabłąkane miłosne ptaki w motaninie błękitu próbują odnaleźć się w nocy.
przetrawiam tabletki przeciwbólowe i walczę z wylęgającym się we mnie przeziębieniem.
/ostatnimi czasy spełniło się małe dzieciarniane marzenie, o duszy, co mieszka obok i godzinami oddycha idąc zawsze o krok, obecnej. magdalenie dziękuję.
chciałabym cisnąć tobą gdzieś w te imienne czeluście milczenia, wyciągnąć i czuć, że wszystkie niewypowiedziane słowa zalęgły się gdzieś tam, że będą pluć zielonymi różami. weźmiesz je w dłonie i ciepłym podmuchem wargi rozrzucisz w oczy tych ciemnych wieczorów, które wyją kształtami oblanymi czernią.
ulice wieczorami pachną grudniem. zalękniona, krwista nadzieja w żółtych butach, co rozrywają wtapiając się w tafle liści. pierniki w rozerwanych opakowaniach. czas nonszalancko parska śmiechem i ucieka potem. w każdą pojedynczą ulicę, samotną i rozdrażnioną chłodem, w którym pęcznieją dłonie, nieużywane. martwe bardziej niż wczoraj.
czerwień rozlewa mi się po twarzy i czuje jak zlewa mnie w ścianę po tej batalii z ciałem.
czasem pachnie też karmelem i wydzielinami kominów, które opadają na nieokryte kawałki różowej skóry na której rozciąga się pajęczyna naczyń krwionośnych podrażnionych zimnem. cisza przedsenna zawsze pod kołdrą się panoszy, a ja coraz bardziej próbuję wyrysować sen i zaplątać go między palcami. zabłąkane miłosne ptaki w motaninie błękitu próbują odnaleźć się w nocy.
przetrawiam tabletki przeciwbólowe i walczę z wylęgającym się we mnie przeziębieniem.
/ostatnimi czasy spełniło się małe dzieciarniane marzenie, o duszy, co mieszka obok i godzinami oddycha idąc zawsze o krok, obecnej. magdalenie dziękuję.
wtorek, 5 października 2010
145.
wszystkie chwile powyrywane łapczywie z kontekstu stworzyły jakąś namiastkę całości. takiej cichej.
z niepewnością przytuloną mocno do ciała, czuję jak chłodnieje z każdym oddechem w tym wychłostanym wiatrem ciele schowanym w zielonym płaszczu.
pachnie niczym, a ja obawiam się każdego herbacianego poranka pod płaszczem jesieni i czekam zarazem ze wzrokiem nadzianym na cyfry, co układają się w godziny, co raz późniejsze i coraz bardziej zimne.
ulice toną w szklistych oczach. kroki rozdzierają tafle przekwitniętych liści, co podrywane podmuchami mroźnymi lawirują wyścielając koryta dla stóp.
beznamiętne wargi i blade, aż nadto. nie wiem, jak plunąć słowem, jak patrzeć, słyszeć i czuć. rozgardiasz tylko, nieuczesany, wewnętrzny, demony przeszłości, co karmią się słońcem i burzą, uśmiechem i łzą, tobą i mną.
z niepewnością przytuloną mocno do ciała, czuję jak chłodnieje z każdym oddechem w tym wychłostanym wiatrem ciele schowanym w zielonym płaszczu.
pachnie niczym, a ja obawiam się każdego herbacianego poranka pod płaszczem jesieni i czekam zarazem ze wzrokiem nadzianym na cyfry, co układają się w godziny, co raz późniejsze i coraz bardziej zimne.
ulice toną w szklistych oczach. kroki rozdzierają tafle przekwitniętych liści, co podrywane podmuchami mroźnymi lawirują wyścielając koryta dla stóp.
beznamiętne wargi i blade, aż nadto. nie wiem, jak plunąć słowem, jak patrzeć, słyszeć i czuć. rozgardiasz tylko, nieuczesany, wewnętrzny, demony przeszłości, co karmią się słońcem i burzą, uśmiechem i łzą, tobą i mną.
sobota, 18 września 2010
144.
piętro czternaste i rozciągające się szarym błękitem na horyzoncie morze. mnogość mrugających spojrzeń miasta pod kołdrą nocy.
myśli płodzą mi całe szeregi snów, tych, co niby znaczyć coś mają. no więc ja wyżłabiam korytarze między regałami dni, wyścielam zimne podłogi nadzieją, potem mimowolnie jakoś życie skręca, a wtedy otumaniona tym zwrotem przecieram powieki i widzę, że w innej części nic nie ma. tyle.
jaka pogoda wewnątrz-myślowa? pochmurność oczekiwania ze skrzeczącym w ciele przeziębieniu.
w połamanych na poligonach wymówek obcasach przewracam się o każde schody.
pluję poezją chyba z nadmiaru czasu, który spędzam z chrypką w gardle, lekką gorączką i słowami oblepiającymi przewód pokarmowy tak mocno, że aż przełknięcie czegokolwiek zamienia się w gehennę powinności wobec fizjologicznych potrzeb. i czekam znów intensywnie, nakryta ciemnością pokoju zatajającego moje istnienie układam sceny, spojrzenia i zlepiam potencjalne dialogi w całość o ostrym zapachu oniryzmu, który i tak pewnie nie wgramoli sie pod podwiązki przyszłości.
myśli płodzą mi całe szeregi snów, tych, co niby znaczyć coś mają. no więc ja wyżłabiam korytarze między regałami dni, wyścielam zimne podłogi nadzieją, potem mimowolnie jakoś życie skręca, a wtedy otumaniona tym zwrotem przecieram powieki i widzę, że w innej części nic nie ma. tyle.
jaka pogoda wewnątrz-myślowa? pochmurność oczekiwania ze skrzeczącym w ciele przeziębieniu.
w połamanych na poligonach wymówek obcasach przewracam się o każde schody.
pluję poezją chyba z nadmiaru czasu, który spędzam z chrypką w gardle, lekką gorączką i słowami oblepiającymi przewód pokarmowy tak mocno, że aż przełknięcie czegokolwiek zamienia się w gehennę powinności wobec fizjologicznych potrzeb. i czekam znów intensywnie, nakryta ciemnością pokoju zatajającego moje istnienie układam sceny, spojrzenia i zlepiam potencjalne dialogi w całość o ostrym zapachu oniryzmu, który i tak pewnie nie wgramoli sie pod podwiązki przyszłości.
niedziela, 5 września 2010
143.
śmierć w śnie rzekomo oznacza kres pewnego etapu w życiu, zapowiedź zbliżających się istotnych zmian i podjęcie radykalnej decyzji.
no chyba, wypluje to wszystko z siebie w te uśmiechnięte oczy, bo wyrywając się z koszmarnych ramion snu otwieram powieki i czuję się obumarła wewnętrznie, bo samo-zatruta snem miotam się po świecie, mieszkaniu i swojej głowie. zarysowana zmarszczka przebiegająca wzdłuż czoła malowana natłokiem analizy tego całego galimatiasu, batalii przeznaczenia z przypadkiem i wspomnień konających na każdej ulicy.
sny potrafią rozerwać całe ciało i wyobraźnie na wszystkie strony brudząc ściany, chociaż tylko silne wstrząsy potrafią ożywić to, co zaczyna umierać zatruwając nonszalancko każdą myśl i każdą tkankę przesiąkniętą wonią tęsknoty.
no chyba, wypluje to wszystko z siebie w te uśmiechnięte oczy, bo wyrywając się z koszmarnych ramion snu otwieram powieki i czuję się obumarła wewnętrznie, bo samo-zatruta snem miotam się po świecie, mieszkaniu i swojej głowie. zarysowana zmarszczka przebiegająca wzdłuż czoła malowana natłokiem analizy tego całego galimatiasu, batalii przeznaczenia z przypadkiem i wspomnień konających na każdej ulicy.
sny potrafią rozerwać całe ciało i wyobraźnie na wszystkie strony brudząc ściany, chociaż tylko silne wstrząsy potrafią ożywić to, co zaczyna umierać zatruwając nonszalancko każdą myśl i każdą tkankę przesiąkniętą wonią tęsknoty.
środa, 1 września 2010
142.
wygniecione eleganckie kubraczki szybkim ruchem wyrwane z rąk szafy i niedbale ułożone na ciele w (nie)harmonii z czerwonymi trampkami. w schematy się wgryzam, w jednostajny turkot toczących się dni.
miłość jest niezgrabną parafrazą myślę. a w tych dniach dusznych od westchnień, wprowadzam do krwiobiegu przyzwyczajenie jak tabletkę na głowę, serce i dupę. od dzisiaj dożylnie stosowane zapomnienie wstrzyknięte pod skórę brakiem czasu i ramową obróbką dnia. tylko nocą tonę w pół-chwilach i niby emocjonalny rozbitek mam ochotę uczepić się czegokolwiek w nadziei na podtrzymanie oddechu.
/chciałam opowiedzieć tu o pewnej osobie, choć myślę, że zasłużyła na coś więcej;
paloma imię jej. niebieskie oczy okazale przez długie brązowe włosy. serce pełne poezji i myśli na dłoni, kiedy umie się czytać i zdolność czytania też, ze mnie, jak z niedomytego talerza i niebotyczne pokłady empatii ukryte w tak drobnym ciele. choć nieforemne figury wychodzą mi ze słów, to powiem, że gdynia na spacerach z kimś takim staje się jeszcze piękniejszą, niż jej obraz w mojej głowie. a czas staje się nieistotny, bo chyba po tym można poznać kogoś wyjątkowego, kiedy mając za sobą tyle powłok czasu bez niego w jednej chwili można oddać całe swoje życie w jego ręce i wyobrazić sobie, że znamy się od pierwszego płaczu.
miłość jest niezgrabną parafrazą myślę. a w tych dniach dusznych od westchnień, wprowadzam do krwiobiegu przyzwyczajenie jak tabletkę na głowę, serce i dupę. od dzisiaj dożylnie stosowane zapomnienie wstrzyknięte pod skórę brakiem czasu i ramową obróbką dnia. tylko nocą tonę w pół-chwilach i niby emocjonalny rozbitek mam ochotę uczepić się czegokolwiek w nadziei na podtrzymanie oddechu.
/chciałam opowiedzieć tu o pewnej osobie, choć myślę, że zasłużyła na coś więcej;
paloma imię jej. niebieskie oczy okazale przez długie brązowe włosy. serce pełne poezji i myśli na dłoni, kiedy umie się czytać i zdolność czytania też, ze mnie, jak z niedomytego talerza i niebotyczne pokłady empatii ukryte w tak drobnym ciele. choć nieforemne figury wychodzą mi ze słów, to powiem, że gdynia na spacerach z kimś takim staje się jeszcze piękniejszą, niż jej obraz w mojej głowie. a czas staje się nieistotny, bo chyba po tym można poznać kogoś wyjątkowego, kiedy mając za sobą tyle powłok czasu bez niego w jednej chwili można oddać całe swoje życie w jego ręce i wyobrazić sobie, że znamy się od pierwszego płaczu.
sobota, 28 sierpnia 2010
141.
otwieram oczy tak mocno w obawie przed napływami płaczu, że aż czuję ból, bo znów próbuję ocierając paznokciem o zdjęcie poczuć coś, czego szukałam w obszarze promieniowania twoich tkanek, kiedy stałam obok z tak bardzo nieużytecznym ciałem.
/wczoraj;
nocą rozdzierają światła samochodu czerń oblepiającą każdy skrawek lasu, który rozrastał się wokoło drogi. potoki płynów mazgających się nad głowami ciemnych chmur, które swoją ponurą aurę rozsiewają po całym niebie, zamieniając jego błękitne spojrzenie w rozmazy szarości. co chwila zarysy przeskakujących na sąsiedni, niemal brzeg drogi, bo te chimery pogodowe uczyniły ją niemal morską siostrą małych żab i myszy, których nieświadomość wpycha je pewnie pod koła wszystkich pojazdów sennie mknących przez węglowe krajobrazy początku kolejnego dnia.
znów wyeksploatowana z sił i strzępek nadziei przyczepionych jeszcze gdzieś do ciała kładę się nie przebrawszy się nawet do łóżka, które stało się małą kolebką myśli z wykrzywioną twarzą i twoimi ustami. ciszą.
nie mam ochoty choćby skakać z wieżowców bo ogołocona z każdego marnego złudzenia czuję jak zaczyna boleć mnie wzrok, słuch i dotyk na każde ujęcie ciebie.
tragiczne życiorysy rozrzucone na stole. granatowe trampki. herbata. czas. milczenie telefonu. rozrastające się zimno podskórnie-wewnętrzne. skwierczące od próżni dzisiaj (nieobecny..).
/wczoraj;
nocą rozdzierają światła samochodu czerń oblepiającą każdy skrawek lasu, który rozrastał się wokoło drogi. potoki płynów mazgających się nad głowami ciemnych chmur, które swoją ponurą aurę rozsiewają po całym niebie, zamieniając jego błękitne spojrzenie w rozmazy szarości. co chwila zarysy przeskakujących na sąsiedni, niemal brzeg drogi, bo te chimery pogodowe uczyniły ją niemal morską siostrą małych żab i myszy, których nieświadomość wpycha je pewnie pod koła wszystkich pojazdów sennie mknących przez węglowe krajobrazy początku kolejnego dnia.
znów wyeksploatowana z sił i strzępek nadziei przyczepionych jeszcze gdzieś do ciała kładę się nie przebrawszy się nawet do łóżka, które stało się małą kolebką myśli z wykrzywioną twarzą i twoimi ustami. ciszą.
nie mam ochoty choćby skakać z wieżowców bo ogołocona z każdego marnego złudzenia czuję jak zaczyna boleć mnie wzrok, słuch i dotyk na każde ujęcie ciebie.
tragiczne życiorysy rozrzucone na stole. granatowe trampki. herbata. czas. milczenie telefonu. rozrastające się zimno podskórnie-wewnętrzne. skwierczące od próżni dzisiaj (nieobecny..).
czwartek, 26 sierpnia 2010
140.
słowa miarowo stukają wewnątrz głowy i wystukują bezsenność. słowa kopulujące z ciszą namnażają we mnie podskórne konflikty.
nie bawię się nocą, sklejając kontury pochłaniane przez jej rozrastają się czerń wszystkiego, co zasięg oka obejmuje. walczę z tego natłoku myśli z kołdrą, ciałem, pozycją ułożenia głowy, namolnie otwierającymi się powiekami i samą sobą produkującą coraz to większe ich szeregi.
analizuję powoli każdy kroczek, każde słowo rozgryzam na pół i szukam tego błędu, który z lubieżnością obrócił mi ten oniryczny dzień w czeluście rozumu, który kruszy wszelki obraz namalowany lewą ręką nadziei (nadzieja nie jest mańkutem, panowie). wybałuszam oczy i nadziewam wzrok na zegarek, który napędzany tym czasem, który zdaje się za szybko uciekać wybudza rozum otumaniony urojonymi scenariuszami, a ten za to maluje tą moją wewnętrzną poczekalnie na te parę słów czernią i żałobne pieśni wyśpiewuje przy zamknięciu jej drzwi. sygnału nie będzie, słowa choćby przeżutego. mieszkasz tam w tym swoim świecie i łamiesz mi kości palców, kiedy próbuję otwierając lekko drzwi wejść do środka, a wtedy nie czuję bólu rozgniecionych kości, ani złości, właściwie nie czuję nic, a ta nicość rozrasta się do każdego skrawka ciała, coraz mocniej nieczułego i przesiąkniętego tym wszystkim, czego nie dotknęło.
znów czuję się arlekinem o włosach koloru brązowej koperty, który uporczywie próbuje jakoś poruszyć jednoosobowym tłumem, do którego należy. który, mimo, że znów schowany gdzieś w odmęty dnia i obrastający szarością wypluwaną przez jego serce to obmyśla tylko nowe sztuczki, żeby tłum był skory uśmiechnąć się, choć raz, tak specjalnie, dla niego.
nie bawię się nocą, sklejając kontury pochłaniane przez jej rozrastają się czerń wszystkiego, co zasięg oka obejmuje. walczę z tego natłoku myśli z kołdrą, ciałem, pozycją ułożenia głowy, namolnie otwierającymi się powiekami i samą sobą produkującą coraz to większe ich szeregi.
analizuję powoli każdy kroczek, każde słowo rozgryzam na pół i szukam tego błędu, który z lubieżnością obrócił mi ten oniryczny dzień w czeluście rozumu, który kruszy wszelki obraz namalowany lewą ręką nadziei (nadzieja nie jest mańkutem, panowie). wybałuszam oczy i nadziewam wzrok na zegarek, który napędzany tym czasem, który zdaje się za szybko uciekać wybudza rozum otumaniony urojonymi scenariuszami, a ten za to maluje tą moją wewnętrzną poczekalnie na te parę słów czernią i żałobne pieśni wyśpiewuje przy zamknięciu jej drzwi. sygnału nie będzie, słowa choćby przeżutego. mieszkasz tam w tym swoim świecie i łamiesz mi kości palców, kiedy próbuję otwierając lekko drzwi wejść do środka, a wtedy nie czuję bólu rozgniecionych kości, ani złości, właściwie nie czuję nic, a ta nicość rozrasta się do każdego skrawka ciała, coraz mocniej nieczułego i przesiąkniętego tym wszystkim, czego nie dotknęło.
znów czuję się arlekinem o włosach koloru brązowej koperty, który uporczywie próbuje jakoś poruszyć jednoosobowym tłumem, do którego należy. który, mimo, że znów schowany gdzieś w odmęty dnia i obrastający szarością wypluwaną przez jego serce to obmyśla tylko nowe sztuczki, żeby tłum był skory uśmiechnąć się, choć raz, tak specjalnie, dla niego.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
139.
niespodzianka wpięta w wieczór, który obejmuje nas poszatkowanymi łzawym strumieniem przyjaznymi ramionami.
nie dość, że wszystko dzieje się jakby obok mnie, łono matki poskąpiło mi dobrego głosu i te wszystkie czynniki niezależne ode mnie przewracają mi co chwile życie na skrajny bok w trakcie jego harmonicznego snu, to nie mogę zdecydować się choćby, czy zjeść dziś cokolwiek.
myśli powtarzane systematycznie w ciągu dnia lepią mi sny, a ja znów obgryzam paznokcie i co gorsza, nie potrafię się rozradować w przestrzeni tego domowego konfliktu na myśl o tym, co w perspektywicznym myśleniu jawiło się jako spełnienie absolutne.
na ubranie tego całego galimatiasu, jakim się stałam, w słowa zabraknie nawet poezji. chyba zaczynam krztusić się tą całą papką dla otumanionego iluzorycznością, która etapami zaczyna przenikać w (nie)codzienność umysłu.
budzą się permanentne bóle głowy i uczucie mdłości, a noce rozciągają się nicią bezsenności.
"Szczęście jest optyczną iluzją. Dwa lustra, które wysyłają sobie ten sam obraz w nieskończoność. Nie próbuj dotrzeć do początkowego obrazu, nie ma go tam. "
- Lolita Pille
nie dość, że wszystko dzieje się jakby obok mnie, łono matki poskąpiło mi dobrego głosu i te wszystkie czynniki niezależne ode mnie przewracają mi co chwile życie na skrajny bok w trakcie jego harmonicznego snu, to nie mogę zdecydować się choćby, czy zjeść dziś cokolwiek.
myśli powtarzane systematycznie w ciągu dnia lepią mi sny, a ja znów obgryzam paznokcie i co gorsza, nie potrafię się rozradować w przestrzeni tego domowego konfliktu na myśl o tym, co w perspektywicznym myśleniu jawiło się jako spełnienie absolutne.
na ubranie tego całego galimatiasu, jakim się stałam, w słowa zabraknie nawet poezji. chyba zaczynam krztusić się tą całą papką dla otumanionego iluzorycznością, która etapami zaczyna przenikać w (nie)codzienność umysłu.
budzą się permanentne bóle głowy i uczucie mdłości, a noce rozciągają się nicią bezsenności.
"Szczęście jest optyczną iluzją. Dwa lustra, które wysyłają sobie ten sam obraz w nieskończoność. Nie próbuj dotrzeć do początkowego obrazu, nie ma go tam. "
- Lolita Pille
czwartek, 19 sierpnia 2010
138.
nakręciłam kilka filmów w głowie i chowałam się gdzieś w taśmach, tych zawiniętych na białym krążku, wiesz. wystawałam lekko wybałuszając zielone oczy szukając gdzieś ciebie i czując jak literalnie głupieję z każdą minutą czekania na namacalny obraz, którego tym razem będę mogła dotknąć i skłonna jestem ulokować wzrok na każdym szczególe rozpraszającym natrętne niczym owady lgnące do światła owady myśli i zatrzymuję się na dłoniach wiążących białe buty w pociągu. a chłopak młody, włosy krótkie, też blond, ale niepodobny myślę i wędruje tymi oczami do szyby, zimnej podmuchami wiatru od zewnątrz. całe ciało mam zdrętwiałe od tej pustej tęsknoty za iluzorycznością historii wcielanej systematycznie do tego życia. (nie, bo?)
rewolucjonizm wewnętrzny ostatnich miesięcy poszedł się kochać i znowu wpadam w te same schematy, z których w chwilowych olśnieniach zechciałam się wyrwać tak jak wiesz, wszystkie organy pulsujące w ciele kiedy oczy przetwarzały twoje kontury, te rzeczywiste, pochłaniane przez paletę czerni. albo kiedy właśnie oczy wyrywały się z oczodołów na wycieczki po niemych twarzach w poszukiwaniu tego niebieskiego uśmiechu rozlanego na którejś z gdyńskich ulic.
gdynia znów bywa pustką przepychu, odległością bliskości, gdynią-oksymoronem, który wplątuje spojrzenia w każde zbożowe włosy rozwiewane przez chłodny wiatr i równocześnie rozświetlanych przez to sierpniowe słońce słaniające się już ku jesiennym pomrukom.
/dostałam dziś kartkę od magdaleny. miło dostawać kartki. lubię dostawać kartki. lubię słowa. szczególnie te na papierze.
ofuckme, wrzesień puka lekko.
rewolucjonizm wewnętrzny ostatnich miesięcy poszedł się kochać i znowu wpadam w te same schematy, z których w chwilowych olśnieniach zechciałam się wyrwać tak jak wiesz, wszystkie organy pulsujące w ciele kiedy oczy przetwarzały twoje kontury, te rzeczywiste, pochłaniane przez paletę czerni. albo kiedy właśnie oczy wyrywały się z oczodołów na wycieczki po niemych twarzach w poszukiwaniu tego niebieskiego uśmiechu rozlanego na którejś z gdyńskich ulic.
gdynia znów bywa pustką przepychu, odległością bliskości, gdynią-oksymoronem, który wplątuje spojrzenia w każde zbożowe włosy rozwiewane przez chłodny wiatr i równocześnie rozświetlanych przez to sierpniowe słońce słaniające się już ku jesiennym pomrukom.
/dostałam dziś kartkę od magdaleny. miło dostawać kartki. lubię dostawać kartki. lubię słowa. szczególnie te na papierze.
ofuckme, wrzesień puka lekko.
wtorek, 17 sierpnia 2010
137.
drżący poślizg dłoni po ciepłym monitorze w zastępstwie dotyku ciała zamkniętego w martwym zdjęciu, a oczy migoczą jeszcze mocniej łzawą poświatą oświetlaną przez promienie słońca konające w natarciu z szarością nieba.
wspomnienia egzystują w każdym oddechu, tak nierównym i rozrywanym popłochem myśli. dziwne poczucie przynależności zawsze obecne i dławiące chwile. krztuszę się tą ciszą pod twoimi wargami, chłonę tą linię horyzontu wymalowaną grantem i szarością od samego poranka, który pachnie głodem.
nadzieja, obłudna komediantka, aktorka i schizofreniczka, wciąż zasiewa swoje plony na polach nieurodzai przykrytych jej trupami.
/proszę nie próbujcie mnie zrozumieć.
wspomnienia egzystują w każdym oddechu, tak nierównym i rozrywanym popłochem myśli. dziwne poczucie przynależności zawsze obecne i dławiące chwile. krztuszę się tą ciszą pod twoimi wargami, chłonę tą linię horyzontu wymalowaną grantem i szarością od samego poranka, który pachnie głodem.
nadzieja, obłudna komediantka, aktorka i schizofreniczka, wciąż zasiewa swoje plony na polach nieurodzai przykrytych jej trupami.
/proszę nie próbujcie mnie zrozumieć.
niedziela, 15 sierpnia 2010
136.
nieme twarze wklejone w ulice. migawki pod powiekami, tak natrętne. wszędobylskie poczucie pustki wgniecionej pod żołądek, między żebra i nogi. bo niedługo przyjdą dni wywrócone do góry nogami i wyrwie się spokój z zatrutych wspomnieniem tych wszystkich chwili, których nie chce się pamiętać ścian.
/spacerujemy cmentarzem schowane w granatowym kołnierzu nieba, a noc jest tak piękna mnogością mrugających gwiazd i tylko szuranie naszych stóp przerywa koci jazgot, który ocknąwszy satanistyczne wizje popycha nas w popłochu myśli ku wyjściu.
rozłożywszy ciało na moście zbudowanym ponad ulicą pełną samochodowego zgiełku, oglądamy wschód słońca nierozrywany warkotem żadnego prawie silnika, horyzont różowieje i z jasności przeradza się w czysty błękit, którego widok znów wlecze nas do domu, w którym to wreszcie przymykamy na kilka godzin powieki, pod którymi trwa nadal analiza "into the wild", skończonego tuż przed brzaskiem. rankiem znów powłóczywszy zmęczonymi kończynami obchodzimy okolicę.
(nie)zwyczajność nocy i poranku z perspektywą dnia jutrzejszego sprawia, że układam się w wewnętrzny uśmiech, czuję się jakoś pociesznie z tym wszystkim, czego nadmiary wchłaniam i tym, czego brak wylewam ze łzami.
/spacerujemy cmentarzem schowane w granatowym kołnierzu nieba, a noc jest tak piękna mnogością mrugających gwiazd i tylko szuranie naszych stóp przerywa koci jazgot, który ocknąwszy satanistyczne wizje popycha nas w popłochu myśli ku wyjściu.
rozłożywszy ciało na moście zbudowanym ponad ulicą pełną samochodowego zgiełku, oglądamy wschód słońca nierozrywany warkotem żadnego prawie silnika, horyzont różowieje i z jasności przeradza się w czysty błękit, którego widok znów wlecze nas do domu, w którym to wreszcie przymykamy na kilka godzin powieki, pod którymi trwa nadal analiza "into the wild", skończonego tuż przed brzaskiem. rankiem znów powłóczywszy zmęczonymi kończynami obchodzimy okolicę.
(nie)zwyczajność nocy i poranku z perspektywą dnia jutrzejszego sprawia, że układam się w wewnętrzny uśmiech, czuję się jakoś pociesznie z tym wszystkim, czego nadmiary wchłaniam i tym, czego brak wylewam ze łzami.
środa, 11 sierpnia 2010
135.
od początku zeszłorocznej zimy, aż do początku lata kiedy z tego wszystkiego coraz mocniej ulatywał niezauważenie sens moja wyobraźnia nie zaprzestała tworzenia abstrakcji. mimowolnie myśli pobudzają niby-pięść podpisaną twoim imieniem, która uśpiona przez dni kilka spoczywała gdzieś pod żołądkiem by rozbudzić złowrogim uciskiem miażdżącym żebra wszystkie te chwile, małe i większe układając je w zarys fragmentu niedokończonego wspomnienia. wspomnienia rozwianego w niedopowiedzeniach, mogiłach rzeczywistości, które z łobuzerskim uśmiechem grzebała tląca się niczym woskowe światło w krztuszącym się szarością pokoju nadzieja.
bo widzisz, pod zalewającym się nowymi pokładami ciemnych chmur niebem przyklękam na chwilę na kawałku ziemi obrośniętym przez koniczyny, by tej czterolistnej wypatrzeć jak wtedy w dniu poprzedzającym najostrzej pachnące szczęściem chwile i w tej deszczowej osłonie dnia wdycham powietrze w płuca i układam sobie minione lata, które uciekły za szybko, wszystkie słowa, o których wypowiedzenie jestem uboższa, bo teraz jesteśmy prawie dorośli, bo już nie mieszka w nas tylko słońce, którego promienie układają się w uśmiech, bo już nie przesiadujemy godzinami bawiąc się istnieniem, bo my kurwa (nie)dorośliśmy.
no i widzisz chyba, że przez te lata marudne zgubiłam wszystko, dla czego warto by było wyjść z siebie, z wyobraźnią i rozgniecionym umysłem na dłoni. że moje ciało tętni każdym swoim skrawkiem nienawiścią do miejsc, nazwisk i niemych twarzy zatrutych wyziewami tego miasta.
bo ciągle myślę, że co dzień będziesz mówił dobranoc, a ja poprzedzając trzepotem rzęs osunę się w głębokie rewiry mojej sennej wyobraźni, które rozpruwając taflę rzeczywistości przenikną w te ściany, które oglądam codziennie, a wtedy świt rozleje się po podłodze i Twoich oczach kurcząc Ci źrenice i razem z brzaskiem powiesz dzień dobry i będziesz się niemo uśmiechał, oczami.
bo widzisz, pod zalewającym się nowymi pokładami ciemnych chmur niebem przyklękam na chwilę na kawałku ziemi obrośniętym przez koniczyny, by tej czterolistnej wypatrzeć jak wtedy w dniu poprzedzającym najostrzej pachnące szczęściem chwile i w tej deszczowej osłonie dnia wdycham powietrze w płuca i układam sobie minione lata, które uciekły za szybko, wszystkie słowa, o których wypowiedzenie jestem uboższa, bo teraz jesteśmy prawie dorośli, bo już nie mieszka w nas tylko słońce, którego promienie układają się w uśmiech, bo już nie przesiadujemy godzinami bawiąc się istnieniem, bo my kurwa (nie)dorośliśmy.
no i widzisz chyba, że przez te lata marudne zgubiłam wszystko, dla czego warto by było wyjść z siebie, z wyobraźnią i rozgniecionym umysłem na dłoni. że moje ciało tętni każdym swoim skrawkiem nienawiścią do miejsc, nazwisk i niemych twarzy zatrutych wyziewami tego miasta.
bo ciągle myślę, że co dzień będziesz mówił dobranoc, a ja poprzedzając trzepotem rzęs osunę się w głębokie rewiry mojej sennej wyobraźni, które rozpruwając taflę rzeczywistości przenikną w te ściany, które oglądam codziennie, a wtedy świt rozleje się po podłodze i Twoich oczach kurcząc Ci źrenice i razem z brzaskiem powiesz dzień dobry i będziesz się niemo uśmiechał, oczami.
wtorek, 3 sierpnia 2010
134.
to dziwne, ale ramowo ustalone granice między państwami i nowe krajobrazy wpychające się pod powieki stanowią poniekąd zaporę dla myśli, kraniec wyobraźni zatrutej monotonią pytań.
uszczuplając minione dwa tygodnie wylewa mi się z każdej szczeliny ciała dożylnie stosowane niebo jakim okazał się dla mnie paryż. kraina tłumiąca pełnię udręk przybitych do krzyża codzienności, w której maszerując szybkim krokiem nawet przejścia dla pieszych i zamglone horyzonty układają się w uśmiech.
nic nie może też równać się ze spacerem po ulicach barcelony, na których słychać jeszcze szmer przerzucanych stron pachnących typowo przegnitą tekturą. z błądzeniem wzrokiem, który niedawno układał jeszcze słowa w wyobrażenie miejsc, w które uciekało się zanurzając się w nie coraz to bardziej karmiąc czas nieobecnością, w których szaleństwa wyobraźni posuwały się do kreowania złudzeń, które mruczały o ponownym urodzeniu, przeżywaniu tego pieskiego życia na innych zaułkach na których czuć byłoby woń ulotnej miłości i krwi zmieszanej z moczem.
tak samo obecne w krwioobiegu są chwile kiedy to kąpiąc się w morzu na którego tafli niewinnie tańczyła pełnia księżyca razem z pomrukami bluesa po których leżąc na ostudzonym schyłkiem dnia piasku nadziewam oczy na jasno mrugające gwiazdy osadzone na granacie nieba calelli.
mały wycinek pamięci przeznaczony dla miasta kasyn, nocnego życia i starych mężczyzn z wypadającymi odbytami wyposażonymi w hojnie obdarzone wdziękami przez chirurgów plastycznych młode kobiety i łajdaczących się jak ostatnie kurwisony ludzi obarczającymi cię spojrzeniami napęczniałymi od dumy i wyniosłości pachnącej papierowym banknotem.
są uczucia, które muszą pozostać uczuciami nieistniejącymi dla słów. są też miejsca, w których nieobecnie trwamy i oddychamy wspomnieniem o nich rozpraszając je każdym oddechem.
uszczuplając minione dwa tygodnie wylewa mi się z każdej szczeliny ciała dożylnie stosowane niebo jakim okazał się dla mnie paryż. kraina tłumiąca pełnię udręk przybitych do krzyża codzienności, w której maszerując szybkim krokiem nawet przejścia dla pieszych i zamglone horyzonty układają się w uśmiech.
nic nie może też równać się ze spacerem po ulicach barcelony, na których słychać jeszcze szmer przerzucanych stron pachnących typowo przegnitą tekturą. z błądzeniem wzrokiem, który niedawno układał jeszcze słowa w wyobrażenie miejsc, w które uciekało się zanurzając się w nie coraz to bardziej karmiąc czas nieobecnością, w których szaleństwa wyobraźni posuwały się do kreowania złudzeń, które mruczały o ponownym urodzeniu, przeżywaniu tego pieskiego życia na innych zaułkach na których czuć byłoby woń ulotnej miłości i krwi zmieszanej z moczem.
tak samo obecne w krwioobiegu są chwile kiedy to kąpiąc się w morzu na którego tafli niewinnie tańczyła pełnia księżyca razem z pomrukami bluesa po których leżąc na ostudzonym schyłkiem dnia piasku nadziewam oczy na jasno mrugające gwiazdy osadzone na granacie nieba calelli.
mały wycinek pamięci przeznaczony dla miasta kasyn, nocnego życia i starych mężczyzn z wypadającymi odbytami wyposażonymi w hojnie obdarzone wdziękami przez chirurgów plastycznych młode kobiety i łajdaczących się jak ostatnie kurwisony ludzi obarczającymi cię spojrzeniami napęczniałymi od dumy i wyniosłości pachnącej papierowym banknotem.
są uczucia, które muszą pozostać uczuciami nieistniejącymi dla słów. są też miejsca, w których nieobecnie trwamy i oddychamy wspomnieniem o nich rozpraszając je każdym oddechem.
wtorek, 20 lipca 2010
133.
przy rosyjskim spektaklu wpiętym w noc małe słone krople cisną się z oczu, bo urody zazdroszczę złotowłosej aktorce. nowy bagaż doznań wpisanych w karty ze wspomnieniami z minionych dni gdańskiego festiwalu teatrów ulicznych.
/możemy przeszukiwać siebie samych wewnętrznie, chaotycznie i rzucać kurwami w bezradności, bagatela. powierzone chwili nagłe olśnienia buszują we mnie, jak te myśli przy których czuję gwałtowne szarpnięcia strun nasercowych po których rozlewa się fala wspomnień i ponurości życia wywołująca fizyczny ból. każdego dnia coraz mocniej ubywam. ubywam w tęsknoty zasznurowane twoimi wargami.
blade prześwity na peronie przeciskając się przez samotne chodniki będą szumiały o pustce wylewającej się przez palce. o opustoszałej przestrzeni w której czuć tylko swąd rozkładających się ciał marzeń poturbowanych ciszą.
witaj paryżu w swojej romantycznej aurze, witaj hiszpanio wybrukowana czarnymi oczyma swoich mieszkańców, witaj barcelono, konstelacjo moich wyobrażeń o lepszym życiu, planszo historii, w które chcę się wplątać.
zabawimy się w niepamięć?
/możemy przeszukiwać siebie samych wewnętrznie, chaotycznie i rzucać kurwami w bezradności, bagatela. powierzone chwili nagłe olśnienia buszują we mnie, jak te myśli przy których czuję gwałtowne szarpnięcia strun nasercowych po których rozlewa się fala wspomnień i ponurości życia wywołująca fizyczny ból. każdego dnia coraz mocniej ubywam. ubywam w tęsknoty zasznurowane twoimi wargami.
blade prześwity na peronie przeciskając się przez samotne chodniki będą szumiały o pustce wylewającej się przez palce. o opustoszałej przestrzeni w której czuć tylko swąd rozkładających się ciał marzeń poturbowanych ciszą.
witaj paryżu w swojej romantycznej aurze, witaj hiszpanio wybrukowana czarnymi oczyma swoich mieszkańców, witaj barcelono, konstelacjo moich wyobrażeń o lepszym życiu, planszo historii, w które chcę się wplątać.
zabawimy się w niepamięć?
czwartek, 15 lipca 2010
132.
małe balony rozświetlające mglistym pomarańczowym blaskiem sopockie niebo, kiedy dostrzegam, że pojawiły się już gwiazdy. godzina dwudziesta trzecia i minuty dwadzieścia trzy i życzenie posłane wraz ze wzrokiem wbitym w górę, które nie różni się niczym od wszystkich, które w nadziei na jakąś siłę przesądów, której powierzone słowa mogłyby za jej sprawą pozlepiać fragmenty życia w coś bardziej konstruktywnego. tymczasem duszno mi na ciele i w snach, drżą mi myśli i kończyny wybudzone przez niemożność złapania oddechu w parnej osłonie pościeli o piątej nad ranem.
/ciągle pamiętam ten zimowy tydzień. pamiętam te dni wraz z którymi mój rozum i wyobraźnie zabrały zbożowe kosmyki i oblane rumieńcem blade policzki. tam zaczęła się bajka o nadziei więdnącej jak świeżo zerwane kwiaty między spoconymi palcami. o odkryciu wszechświata, do którego niewielu z nas dotrze. do płaszczyzny, która jako jedyna stanowi o naszej odrębności od wszystkich innych żywych gatunków, jakie z uśmiechem na twarzy rozgniatamy połamanymi obcasami. moje konstelacje układają się w litery, które wykrzykują mi sny w gorączkowych i spektakularnie pachnących fragmentach pod powiekami.
minęły niespełna dwa lata, w których uświadomiłam sobie, że dane mi było poznać i otrzeć się o tajemnice małego wszechświata, właściwie fundamentalnej niewiadomej naszego jestestwa. że w mieście niemych twarzy i bezpańskich dusz, przed którymi nie otworzą się jego drzwi, wciąż w nim jestem, oddycham i zaludniam go procesją marzeń, oblewam całunem cichych myśli i że pomimo, iż czuję, że byłabym o niebo szczęśliwsza nie przegrywając batalii z pamięcią o dniu wczorajszym i wszystkich minionych chwilach to należę do jednej pary nieistniejących dla mnie dłoni, ku którym biegnę w każdej iluzorycznej migawce, w której chowam się przed brutalnością rzeczywistości.
/ciągle pamiętam ten zimowy tydzień. pamiętam te dni wraz z którymi mój rozum i wyobraźnie zabrały zbożowe kosmyki i oblane rumieńcem blade policzki. tam zaczęła się bajka o nadziei więdnącej jak świeżo zerwane kwiaty między spoconymi palcami. o odkryciu wszechświata, do którego niewielu z nas dotrze. do płaszczyzny, która jako jedyna stanowi o naszej odrębności od wszystkich innych żywych gatunków, jakie z uśmiechem na twarzy rozgniatamy połamanymi obcasami. moje konstelacje układają się w litery, które wykrzykują mi sny w gorączkowych i spektakularnie pachnących fragmentach pod powiekami.
minęły niespełna dwa lata, w których uświadomiłam sobie, że dane mi było poznać i otrzeć się o tajemnice małego wszechświata, właściwie fundamentalnej niewiadomej naszego jestestwa. że w mieście niemych twarzy i bezpańskich dusz, przed którymi nie otworzą się jego drzwi, wciąż w nim jestem, oddycham i zaludniam go procesją marzeń, oblewam całunem cichych myśli i że pomimo, iż czuję, że byłabym o niebo szczęśliwsza nie przegrywając batalii z pamięcią o dniu wczorajszym i wszystkich minionych chwilach to należę do jednej pary nieistniejących dla mnie dłoni, ku którym biegnę w każdej iluzorycznej migawce, w której chowam się przed brutalnością rzeczywistości.
niedziela, 11 lipca 2010
131.
kto by pomyślał, że na starych i zimnych szynach kolejowych można spotkać mężczyznę w podartych spodniach, starych butach i piwem w dłoni, z którym spędzi się czterdzieści minut na rozprawianiu o życiu.
- jestem okropnym alkoholikiem, przyznaję. - mówił. - i na zdjęciach wyglądam jak syn hitlera.
później wgłębiając się w całą tą przestrzeń prywatności otwieranej zapewne każdemu napotkanemu człowiekowi mówi o rodzinie, którą stracił, o latach liceum, swoich kruczoczarnych włosach, których zazdrościła mu była żona a z których dzisiaj pozostały jedynie szare nitki przesiąknięte wonią tanich trunków i papierosów. co moment przerywa swoją historię, żeby powiedzieć, że siedzenie na zimnych szynach może przyprawić mnie o przeziębienie. wspomina dużo o osamotnieniu, o bohaterskiej śmierci ojca i stracie matki. stracie tego wszystkiego, czego później próbował szukać w butelce. kto by pomyślał, że na punkowym festiwalu można poznać osiemnastoletniego fińczyka z finansową biegunką, który uroczo potykał się o polski akcent i leśnika, który tuła się przez kraj autostopem, snuje nam opowieści przeszłości, o starych dobrych latach polskiej muzyki, o swoim małym miasteczku, który sypia gdzie popadnie i zawsze pod ręką ma kompas.
/wczoraj mruczało mi do ucha, że czas na przeprowadzkę małego chłopca. na wbicie sobie do głowy tej bezsilności dłoni.
nie wracajmy tam, mały chłopcze. nie nakładaj wciąż na mnie pancerzyka lekkich złudzeń, od którego zaczynam wznosić wielkie królestwo nadziei, w którym co raz umieram.
paradoksalnie; trzeba zobaczyć, że niczego nie ma.
- jestem okropnym alkoholikiem, przyznaję. - mówił. - i na zdjęciach wyglądam jak syn hitlera.
później wgłębiając się w całą tą przestrzeń prywatności otwieranej zapewne każdemu napotkanemu człowiekowi mówi o rodzinie, którą stracił, o latach liceum, swoich kruczoczarnych włosach, których zazdrościła mu była żona a z których dzisiaj pozostały jedynie szare nitki przesiąknięte wonią tanich trunków i papierosów. co moment przerywa swoją historię, żeby powiedzieć, że siedzenie na zimnych szynach może przyprawić mnie o przeziębienie. wspomina dużo o osamotnieniu, o bohaterskiej śmierci ojca i stracie matki. stracie tego wszystkiego, czego później próbował szukać w butelce. kto by pomyślał, że na punkowym festiwalu można poznać osiemnastoletniego fińczyka z finansową biegunką, który uroczo potykał się o polski akcent i leśnika, który tuła się przez kraj autostopem, snuje nam opowieści przeszłości, o starych dobrych latach polskiej muzyki, o swoim małym miasteczku, który sypia gdzie popadnie i zawsze pod ręką ma kompas.
/wczoraj mruczało mi do ucha, że czas na przeprowadzkę małego chłopca. na wbicie sobie do głowy tej bezsilności dłoni.
nie wracajmy tam, mały chłopcze. nie nakładaj wciąż na mnie pancerzyka lekkich złudzeń, od którego zaczynam wznosić wielkie królestwo nadziei, w którym co raz umieram.
paradoksalnie; trzeba zobaczyć, że niczego nie ma.
czwartek, 8 lipca 2010
130.
dzisiaj mówimy o sobie w trzeciej osobie.
w dużym mieście, w którym każda płyta chodnikowa jest placem odciśniętych śladów, historii, małych przestrzeni codziennej anonimowości i fragmentów wyrwanych z sekwencji zdarzeń, do których należą.
mężczyzna postawił stopę wracając z pracy z mocno zarysowaną linią brwi po której spływały strużki zimnego potu w nadziei, że po przekroczeniu drzwi frontowych szarego mieszkania będzie mógł usiąść wygodnie w samotnym fotelu i w puszce piwa utopić kolejny nabrzmiały monotonią dzień. kobieta w wiśniowym swetrze, papierosem w ustach i telefonem przy uchu, poprawiająca co chwile nieład jaki ogarnia jej włosy przy natarciach letniego wiatru. małżeństwo w podeszłym wieku podtrzymujące się nawzajem i powolnym krokiem zmierzające do małego domku, w którym pachnie starością, mydłem i wypaloną miłością. w mnogości śladów jest też jeden, niepozorny i całkiem pospolity, należy do dziewczyny, która nie poznała jeszcze smaku najsłodszych złocistych jabłek i warg, miłosnych uniesień i kawioru. dziewczyny, której mina rzednie na widok słonecznych promieni, które opływają jej brązowe kosmyki falujące niczym rtęć poruszane przez małe pomruki wiatru, który burzył tą parną atmosferę dnia. w której rozbrzmiewają nieme słowa. w którą wklejony jest portret, którego usilnie szuka w każdym napotkanym człowieku. której marzenia zabija codzienność i czynniki od niej niezależne przenikające przez palce, wciąż zajęte ocieraniem się o siebie przez natłok myśli. dziewczyna na chwile zatrzymuje się, wbija wzrok w niebo po czym gwałtownie obraca głowę. zapewne każdy element tego świata mruczy jej do ucha, że powinna być gdzie indziej. kroczyć innymi chodnikami, nie sama. spuszcza wzrok i razem z płaczliwym spojrzeniem wyżłabia przezroczysty ślad jej wyobraźni w betonie. po czym podnosi głowę i idzie dalej. najzwyczajniej. z tą swoją historią. potem tylko wieczorami, pod kocem ciemności, którą tak lubi czuć na każdym kawałku ciała patrzy w gwiazdy i snuje im opowieści i dołącza życzenie. tak, tak. tam wysoko, w gwiazdy.
w dużym mieście, w którym każda płyta chodnikowa jest placem odciśniętych śladów, historii, małych przestrzeni codziennej anonimowości i fragmentów wyrwanych z sekwencji zdarzeń, do których należą.
mężczyzna postawił stopę wracając z pracy z mocno zarysowaną linią brwi po której spływały strużki zimnego potu w nadziei, że po przekroczeniu drzwi frontowych szarego mieszkania będzie mógł usiąść wygodnie w samotnym fotelu i w puszce piwa utopić kolejny nabrzmiały monotonią dzień. kobieta w wiśniowym swetrze, papierosem w ustach i telefonem przy uchu, poprawiająca co chwile nieład jaki ogarnia jej włosy przy natarciach letniego wiatru. małżeństwo w podeszłym wieku podtrzymujące się nawzajem i powolnym krokiem zmierzające do małego domku, w którym pachnie starością, mydłem i wypaloną miłością. w mnogości śladów jest też jeden, niepozorny i całkiem pospolity, należy do dziewczyny, która nie poznała jeszcze smaku najsłodszych złocistych jabłek i warg, miłosnych uniesień i kawioru. dziewczyny, której mina rzednie na widok słonecznych promieni, które opływają jej brązowe kosmyki falujące niczym rtęć poruszane przez małe pomruki wiatru, który burzył tą parną atmosferę dnia. w której rozbrzmiewają nieme słowa. w którą wklejony jest portret, którego usilnie szuka w każdym napotkanym człowieku. której marzenia zabija codzienność i czynniki od niej niezależne przenikające przez palce, wciąż zajęte ocieraniem się o siebie przez natłok myśli. dziewczyna na chwile zatrzymuje się, wbija wzrok w niebo po czym gwałtownie obraca głowę. zapewne każdy element tego świata mruczy jej do ucha, że powinna być gdzie indziej. kroczyć innymi chodnikami, nie sama. spuszcza wzrok i razem z płaczliwym spojrzeniem wyżłabia przezroczysty ślad jej wyobraźni w betonie. po czym podnosi głowę i idzie dalej. najzwyczajniej. z tą swoją historią. potem tylko wieczorami, pod kocem ciemności, którą tak lubi czuć na każdym kawałku ciała patrzy w gwiazdy i snuje im opowieści i dołącza życzenie. tak, tak. tam wysoko, w gwiazdy.
środa, 7 lipca 2010
129.
chciałabym, żeby moje serce, umysł i sny roztrzaskały się na milion kawałeczków, by móc potem je pozbierać i ułożyć w nowy obraz inny niż ten, który oblewa mnie nurtem pytań.
czuję, że wypłakuję każdą minutę, która minęła od czasu, kiedy zobaczyłam twoją bezradną i niewinną twarzyczkę. krótki spacer słonych łez po moim policzku niby metafora całej tej historii, która zatruwa mi oddechy.
choć wiem, że za kilka dni znów będę patrzeć w twoje oczy, tak bardzo uśmiechnięte, pomimo wszystkiego i od razu niby zarażona ułożę wargi w uśmiech. znowu nie poukładam strumienia słów w zalążek sensu. powiem coś nieistotnego wpadłszy na siebie (nie)przypadkiem. w zakamarkach i czeluściach podświadomości znowu zobaczę, jak wspaniały jesteś i rozdrapię skrzepioną nadzieję. gestykulując bezładnie powyrywam słowa z ciągu układającego się w to, co zmusiłoby do pomyślunku nad całą tą niechlujnie ubraną rozmową. zacznę żałować każdego przeżutego słowa, kolejności i nieharmonijności tego wszystkiego. a ty nadal tam będziesz. będziesz uśmiechał się tymi niebieskimi oczami.
/dziewczyna leży napastowana chaotyczną batalią myśli na łóżku. wspomnieniem uśmiechniętego wzroku wżynającego się w każde mrugnięcie. rozkładając bezwładnie ręce w postać litery V ze wzrokiem wbitym w leniwe chmury przepływające spokojnie po błękitnej palecie nieba. gdy konfrontacja wspomnień i trwającego teraz stanu zaczyna milknąć wstaje i z dziecięcą naiwnością przejeżdża wzrokiem po pomarańczowych ścianach pokoju i głęboko nabiera w płuca powietrze cicho szepcące, że całe to starcie czas zawinąć w prześcieradło, schować woń minionych nadziei głęboko do kieszeni i najzwyczajniej wyjść. wychodzi, po drodze zrywa kilkanaście liści, by zająć się czymkolwiek innym niż gmeraniem w pamięci, która aż krzyczy od zatrucia jego enigmatycznością, za którą tak bardzo tęskni.
czuję, że wypłakuję każdą minutę, która minęła od czasu, kiedy zobaczyłam twoją bezradną i niewinną twarzyczkę. krótki spacer słonych łez po moim policzku niby metafora całej tej historii, która zatruwa mi oddechy.
choć wiem, że za kilka dni znów będę patrzeć w twoje oczy, tak bardzo uśmiechnięte, pomimo wszystkiego i od razu niby zarażona ułożę wargi w uśmiech. znowu nie poukładam strumienia słów w zalążek sensu. powiem coś nieistotnego wpadłszy na siebie (nie)przypadkiem. w zakamarkach i czeluściach podświadomości znowu zobaczę, jak wspaniały jesteś i rozdrapię skrzepioną nadzieję. gestykulując bezładnie powyrywam słowa z ciągu układającego się w to, co zmusiłoby do pomyślunku nad całą tą niechlujnie ubraną rozmową. zacznę żałować każdego przeżutego słowa, kolejności i nieharmonijności tego wszystkiego. a ty nadal tam będziesz. będziesz uśmiechał się tymi niebieskimi oczami.
/dziewczyna leży napastowana chaotyczną batalią myśli na łóżku. wspomnieniem uśmiechniętego wzroku wżynającego się w każde mrugnięcie. rozkładając bezwładnie ręce w postać litery V ze wzrokiem wbitym w leniwe chmury przepływające spokojnie po błękitnej palecie nieba. gdy konfrontacja wspomnień i trwającego teraz stanu zaczyna milknąć wstaje i z dziecięcą naiwnością przejeżdża wzrokiem po pomarańczowych ścianach pokoju i głęboko nabiera w płuca powietrze cicho szepcące, że całe to starcie czas zawinąć w prześcieradło, schować woń minionych nadziei głęboko do kieszeni i najzwyczajniej wyjść. wychodzi, po drodze zrywa kilkanaście liści, by zająć się czymkolwiek innym niż gmeraniem w pamięci, która aż krzyczy od zatrucia jego enigmatycznością, za którą tak bardzo tęskni.
wtorek, 6 lipca 2010
128.
deszcz oblepiający ciało schowane pod kwiecistą spódnicą. wietrzny harmider uprawiany we włosach.
ta wielka przemiana spłodzona niewinnie w małej chwili obliguje do układania życia. uporządkowania tego chaosu niedopowiedzeń, swędzących słów i chwil, w których pachniało miłością.
/budzi mnie trzask okna, którego zapominam zamknąć przed ułożeniem ciała w sen. słyszę głuche echo słów, które wciąż trzymam w głowie. łzy są kobietą, z której wyciekają każdej nocy. która zamknięta w ambiwalencji i wszelakich skrajnościach niemal banalnych, nie wie czego chce. z twarzą wepchniętą w kałużę łzawych słonych wymiocin.
są obrazy, stworzone nie przez gałki oczne, a jakiś organ, bezimienny, który projektuje sny. najwspanialszy album ze zdjęciami, pamiętnik wspomnień, których nie było, do którego zaglądam niezmiernie często podczas gdy pamiątki po minionej rzeczywistości obrastają grubymi warstwami kurzu. to zabawne, że imaginacja staje się w pewnym etapie niedopieszczenia życiem pokarmem dla zmysłów, żołądka i umysłu.
czekanie stało się moją religią. na kilka słów, które zatuszują wszystkie tygodnie, w których umierałam z niepewności. bardzo powoli i z wewnętrznym krwotokiem przeszłości. przy każdym zmrużeniu oka widzę to, czego mieć nie mogę, a stojąc obok czuję, jak bardzo odległa jest para ramion, która swoją wiotkością mogłaby otworzyć nowy rozdział wciąż nieukończonej księgi tych sentymentalnych wzlotów i małych pomruków miłości.
dotykam najbardziej samotnego fotela z taką czułością, że niemal zaczynam drżeć. znów tu mieszkasz. coraz bardziej (nie)obecny.
ta wielka przemiana spłodzona niewinnie w małej chwili obliguje do układania życia. uporządkowania tego chaosu niedopowiedzeń, swędzących słów i chwil, w których pachniało miłością.
/budzi mnie trzask okna, którego zapominam zamknąć przed ułożeniem ciała w sen. słyszę głuche echo słów, które wciąż trzymam w głowie. łzy są kobietą, z której wyciekają każdej nocy. która zamknięta w ambiwalencji i wszelakich skrajnościach niemal banalnych, nie wie czego chce. z twarzą wepchniętą w kałużę łzawych słonych wymiocin.
są obrazy, stworzone nie przez gałki oczne, a jakiś organ, bezimienny, który projektuje sny. najwspanialszy album ze zdjęciami, pamiętnik wspomnień, których nie było, do którego zaglądam niezmiernie często podczas gdy pamiątki po minionej rzeczywistości obrastają grubymi warstwami kurzu. to zabawne, że imaginacja staje się w pewnym etapie niedopieszczenia życiem pokarmem dla zmysłów, żołądka i umysłu.
czekanie stało się moją religią. na kilka słów, które zatuszują wszystkie tygodnie, w których umierałam z niepewności. bardzo powoli i z wewnętrznym krwotokiem przeszłości. przy każdym zmrużeniu oka widzę to, czego mieć nie mogę, a stojąc obok czuję, jak bardzo odległa jest para ramion, która swoją wiotkością mogłaby otworzyć nowy rozdział wciąż nieukończonej księgi tych sentymentalnych wzlotów i małych pomruków miłości.
dotykam najbardziej samotnego fotela z taką czułością, że niemal zaczynam drżeć. znów tu mieszkasz. coraz bardziej (nie)obecny.
niedziela, 4 lipca 2010
127.
przy zachodzie słońca, zajmując miejsca w wygodnych leżakach słuchamy muzyki yanna tiersena, która przy takim pejzażu działa jeszcze mocniej. w romantycznej aurze przeciskają się gdzieś wymemłane słowa, retrospekcje i wszystko to na co chciałyśmy zawiązać wargi mocnym węzłem rozmów o bibelotach i uśmiechu.
(dziękuję klau za małe eskapady od życia, w których zapominam..)
/rozczesuję dokładnie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość na trzy pasma, później plotę warkocz wspomnień i obietnic wplątanych we włosy.
jeszcze kilka oddechów i wydychane powietrze będzie szumiało tylko o tym, że trzeba było zrobić więcej, działać bardziej konstruktywnie lub zapomnieć zanim opadły na mnie zielone wyziewy nadziei.
raz spalonej zapałki nie da się zapalić po raz drugi. dziś jestem zapałką.
(dziękuję klau za małe eskapady od życia, w których zapominam..)
/rozczesuję dokładnie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość na trzy pasma, później plotę warkocz wspomnień i obietnic wplątanych we włosy.
jeszcze kilka oddechów i wydychane powietrze będzie szumiało tylko o tym, że trzeba było zrobić więcej, działać bardziej konstruktywnie lub zapomnieć zanim opadły na mnie zielone wyziewy nadziei.
raz spalonej zapałki nie da się zapalić po raz drugi. dziś jestem zapałką.
piątek, 2 lipca 2010
126.
jedno słowo; rewelacja. nic więcej. choć jak z krzyża zdjęta kładę się spać razem z rozpoczynającym wschód słońcem. wielki ścisk i niemożność poruszania kończynami, tysiące dłoni wyciągniętych ku niebu zapiętemu granatowym guzikiem nocy.
/w mojej głowie mieszka ktoś. mały chłopiec z zasznurowanymi wargami. z milczeniem przyklejonym do rzęs.
znajdujemy się w punkcie wyjścia, bo choć zdaje sobie sprawę z mojego patowego położenia to brnę w to wszystko dalej i choć wstyd mówić o tym głośno to w małych gestach, uśmiechach, pojedynczych słowach i samym byciu obok zmartwychwstaje nadzieja, której kurczowo trzymam się aż do kolejnych dni ciszy.
w zaplątanych wymysłach uśmiercam gdzieś rozwagę. niespokojni strażnicy snów wyciągają dłonie ku oczom, na dnie których rozbudzone zmysły wykrzykują imię.
głaskani czasem słowem, z trudem oddychamy.
/w mojej głowie mieszka ktoś. mały chłopiec z zasznurowanymi wargami. z milczeniem przyklejonym do rzęs.
znajdujemy się w punkcie wyjścia, bo choć zdaje sobie sprawę z mojego patowego położenia to brnę w to wszystko dalej i choć wstyd mówić o tym głośno to w małych gestach, uśmiechach, pojedynczych słowach i samym byciu obok zmartwychwstaje nadzieja, której kurczowo trzymam się aż do kolejnych dni ciszy.
w zaplątanych wymysłach uśmiercam gdzieś rozwagę. niespokojni strażnicy snów wyciągają dłonie ku oczom, na dnie których rozbudzone zmysły wykrzykują imię.
głaskani czasem słowem, z trudem oddychamy.
środa, 30 czerwca 2010
125.
czas, który powinien leczyć wszystkie następstwa rozmyślań ułożonych na prawej stronie ciała ze wzrokiem wbitym w żółte ściany. sen, niczym złośliwy nowotwór, daje przerzuty na wszystkie fragmenty ciała. wyczuwalną pustką oddycham, pustką zamkniętą w każdym samotnym oddechu.
przestrzeń, rozłożona w każdym skrawku ciała, myśl podpisana imieniem, którym pachną wieczory, styropian rozrzucony po ulicy, deszcz i trawy rozkołysane przez markotne wiatry niczym kosmyki zbożowych włosów.
jutro z małomównością na ustach i poplątanymi słowami układanymi w głowie moje oczy wybiorą się na wyprawę po niemych twarzach, horyzontach nadziei i wspomnieniach, którymi wymalowane są gwiazdy.
apopleksje nasercowe zalewające wszystkie komory, oddechy, cebulki włosów i bezwładne wargi.
/mam ochotę rozdrapać blado zielonym paznokciem twarz człowieka z przed lustra. wyjść, trzasnąć drzwiami, nie wracać więcej w krainę postrzeganą przez zmysły, które wszystko układają mi w przypominajkę o kimś, kogo we mnie być nie powinno, kto zatruwa każde spojrzenie i kogo podświadomie szukam w każdym szczególe w konflikcie ze świadomością, która przymusowo wpycha mnie w niedołężne uściski zapomnienia.
przestrzeń, rozłożona w każdym skrawku ciała, myśl podpisana imieniem, którym pachną wieczory, styropian rozrzucony po ulicy, deszcz i trawy rozkołysane przez markotne wiatry niczym kosmyki zbożowych włosów.
jutro z małomównością na ustach i poplątanymi słowami układanymi w głowie moje oczy wybiorą się na wyprawę po niemych twarzach, horyzontach nadziei i wspomnieniach, którymi wymalowane są gwiazdy.
apopleksje nasercowe zalewające wszystkie komory, oddechy, cebulki włosów i bezwładne wargi.
/mam ochotę rozdrapać blado zielonym paznokciem twarz człowieka z przed lustra. wyjść, trzasnąć drzwiami, nie wracać więcej w krainę postrzeganą przez zmysły, które wszystko układają mi w przypominajkę o kimś, kogo we mnie być nie powinno, kto zatruwa każde spojrzenie i kogo podświadomie szukam w każdym szczególe w konflikcie ze świadomością, która przymusowo wpycha mnie w niedołężne uściski zapomnienia.
niedziela, 27 czerwca 2010
124.
popołudnie w gdyni. martynowe spacery po bulwarze, parkach i osiedlach pełnych szarzyzny bloków poukładanych jeden przy drugim. w mieście, do którego mogłabym wracać w każdej minucie zamienionej w nieskończoność. dożylnie wprowadzony do krwioobiegu dobry nastrój. dziś nie czuję tej spotęgowanej tęsknoty.
sobota, 26 czerwca 2010
123.
w perspektywie dwa miesiące w których będziemy odpoczywać od dróg krzyżowych zamkniętych w codzienności, zapominać o dniach tygodnia, godzinach i oddychaniu.
można doszukiwać się sensu, predestynacji w przypadkach rozrzuconych po ulicy. można układać wszystko w niebanalne obietnice i coraz mocniej zawierzać się szaleństwom bujnej fantazji, układać się z uśmiechem na ustach do snu i wmawiać szarym komórkom, że są różowe.
/boję się siebie; obsesyjnie wpatruję się w zdjęcia. półprzytomnie siedzę oparta na łokciach przy stole rozmyślając nad herbatą, że mogłam nie podsycać nadziei innym, kiedy to mi samej do głowy przebijała się myśl, że warto ją odrzucić. zabawić się w kuratele zamysłów i nie płakać w zimną podłogę.
gdyby tak spytać, czego szukam w tym świecie, zapewne rozłożywszy bezradnie ręce wybuchnęłabym płaczem w głowie tworząc samobójcze wizje, wykrzykując, że urodziłam się za późno by zobaczyć the doors i zaznać trochę autentyczności ludzkich odruchów, z których dzisiejsze powietrze wydychane przez ludzi, których mózg przekształcił się w drugie jelito lub kalkulator jest całkowicie ogołocone.
miewam ostatnio problemy z zamianą myśli w słowa. z ubraniem tego czegoś schludnie i mniej pasywnie. palę listy schowane pod sterty książek przypalając sobie opuszki palców.
/ciemność i dwie leniwe latarnie za oknem, markotnie mrugające bladym światłem, rozlewającym się w nocy niby promienie. 00:38, czas skończyć tą konsternacje dnia.
można doszukiwać się sensu, predestynacji w przypadkach rozrzuconych po ulicy. można układać wszystko w niebanalne obietnice i coraz mocniej zawierzać się szaleństwom bujnej fantazji, układać się z uśmiechem na ustach do snu i wmawiać szarym komórkom, że są różowe.
/boję się siebie; obsesyjnie wpatruję się w zdjęcia. półprzytomnie siedzę oparta na łokciach przy stole rozmyślając nad herbatą, że mogłam nie podsycać nadziei innym, kiedy to mi samej do głowy przebijała się myśl, że warto ją odrzucić. zabawić się w kuratele zamysłów i nie płakać w zimną podłogę.
gdyby tak spytać, czego szukam w tym świecie, zapewne rozłożywszy bezradnie ręce wybuchnęłabym płaczem w głowie tworząc samobójcze wizje, wykrzykując, że urodziłam się za późno by zobaczyć the doors i zaznać trochę autentyczności ludzkich odruchów, z których dzisiejsze powietrze wydychane przez ludzi, których mózg przekształcił się w drugie jelito lub kalkulator jest całkowicie ogołocone.
miewam ostatnio problemy z zamianą myśli w słowa. z ubraniem tego czegoś schludnie i mniej pasywnie. palę listy schowane pod sterty książek przypalając sobie opuszki palców.
/ciemność i dwie leniwe latarnie za oknem, markotnie mrugające bladym światłem, rozlewającym się w nocy niby promienie. 00:38, czas skończyć tą konsternacje dnia.
czwartek, 24 czerwca 2010
122.
(Ściany szepczą..)
ludzie mrugają, a wtedy przegapiają najlepsze chwile.
piszę listy, których nigdy nie wyślę i chowam je pod pudłami, na których zalegają ślady czasu.
delikatnie niczym niewidomy gładzę opuszkami palców zżółknięte kartki i czytam słowa, szukając w nich harmonii. ubieranie całego chaosu w słowa i wizje, gdy wyszeptuję je do ucha na ciemnej ulicy przy warkoczach latarnianego światła wijącego się nam pod nogami.
pod powiekami mieszkają fragmenty uśmiechu i rozmów.
tylko problemy układają się co noc, obok skonałego ciała. one nie są zmęczone.
na karuzelach błędnika myśli dalej tworzą splątane połączenia, a wszystkie szczegóły, litery, godziny i nazwy mijanych ulic przypominają o jednym. w mojej małej iluzorycznej astronomii jest osoba, która zawsze trwa, która nie zasypia ani ze słońcem ani z gwiazdami i w rozciągniętym swetrze mojej wyobraźni ma swój dom, którego okna są niczym oczy, w które beznamiętnie potrafię się wpatrywać, drzwi, niczym usta, które rzadko się otwierają i których milczenie bywa wymowne.
ludzie mrugają, a wtedy przegapiają najlepsze chwile.
piszę listy, których nigdy nie wyślę i chowam je pod pudłami, na których zalegają ślady czasu.
delikatnie niczym niewidomy gładzę opuszkami palców zżółknięte kartki i czytam słowa, szukając w nich harmonii. ubieranie całego chaosu w słowa i wizje, gdy wyszeptuję je do ucha na ciemnej ulicy przy warkoczach latarnianego światła wijącego się nam pod nogami.
pod powiekami mieszkają fragmenty uśmiechu i rozmów.
tylko problemy układają się co noc, obok skonałego ciała. one nie są zmęczone.
na karuzelach błędnika myśli dalej tworzą splątane połączenia, a wszystkie szczegóły, litery, godziny i nazwy mijanych ulic przypominają o jednym. w mojej małej iluzorycznej astronomii jest osoba, która zawsze trwa, która nie zasypia ani ze słońcem ani z gwiazdami i w rozciągniętym swetrze mojej wyobraźni ma swój dom, którego okna są niczym oczy, w które beznamiętnie potrafię się wpatrywać, drzwi, niczym usta, które rzadko się otwierają i których milczenie bywa wymowne.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
121.
poczucie nicości jest wpisane w codzienność myślę. nieruchome, zastygnięte białe chmury przyczepione do kołnierza błękitnego nieba.
połykam wielkie nic rozpuszczone w porannej herbacie.
gorączkowo trzymam się pojedynczych członów, anormalnych sytuacji, wielokrotnie powtórzonych i przyłączonych do normalności.nadzieja, ukryta w mnogości mrugających gwiazd obgryziona i już inna, niż kiedyś. gasnąca razem z nimi przy każdym świcie oblewającym powieki i wyrywającym z nieobecnego trwania w ramionach morfeusza.
sobota, 19 czerwca 2010
120.
uciekam ponownie w mały wszechświat zamknięty w stronach "cienia wiatru". w konstelacje słów, które zagnieżdżają się w głowie i pobudzają wyobraźnie.
bohaterowie i historie, w ramiona których chciałoby się uciec. zasypiać w ciemnościach i budzić się w purpurze poranku rozlewającego się i przecinającego pomrukami zmartwychwstałego słońca na ulicach dwudziestowiecznej barcelony.
tymczasem wczoraj i dziś odwiedzam gdynię i będąc jeszcze bliżej, czuje się jeszcze bardziej odlegle. odjeżdżając, coraz mocniej czuję, jak bardzo tęsknie za widmem chwil, które się nie narodziły. wspominam gesty i niby film układam sobie w głowie wszystko, za co czuję wdzięczność, że dane było mi to przeżyć i schowawszy gdzieś na dnie oczu, wylewać to razem ze łzami.
codziennie rano budzę się w całkiem jasnym pokoju, który kradnie senne złudzenia, które istnieją tylko w świeżym mroku. które smakują lepiej i są bardziej obecne, kiedy miasto, którego z całej siły nienawidzę owinięte jest jeszcze czarnym szalem nocy, a latarnie oświetlają jedynie mgliste warkocze i kontury przechodniów sunących po ulicach usłanych wielkimi źrenicami.
tęsknie za czarną paletą kolorów, którą wymalowane są ściany, domy, mosty i twarze.
"Jestem jeszcze zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć. To musi być ktoś zupełnie obcy, kto nie może mnie zranić."
- Janusz Leon Wiśniewski
bohaterowie i historie, w ramiona których chciałoby się uciec. zasypiać w ciemnościach i budzić się w purpurze poranku rozlewającego się i przecinającego pomrukami zmartwychwstałego słońca na ulicach dwudziestowiecznej barcelony.
tymczasem wczoraj i dziś odwiedzam gdynię i będąc jeszcze bliżej, czuje się jeszcze bardziej odlegle. odjeżdżając, coraz mocniej czuję, jak bardzo tęsknie za widmem chwil, które się nie narodziły. wspominam gesty i niby film układam sobie w głowie wszystko, za co czuję wdzięczność, że dane było mi to przeżyć i schowawszy gdzieś na dnie oczu, wylewać to razem ze łzami.
codziennie rano budzę się w całkiem jasnym pokoju, który kradnie senne złudzenia, które istnieją tylko w świeżym mroku. które smakują lepiej i są bardziej obecne, kiedy miasto, którego z całej siły nienawidzę owinięte jest jeszcze czarnym szalem nocy, a latarnie oświetlają jedynie mgliste warkocze i kontury przechodniów sunących po ulicach usłanych wielkimi źrenicami.
tęsknie za czarną paletą kolorów, którą wymalowane są ściany, domy, mosty i twarze.
"Jestem jeszcze zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć. To musi być ktoś zupełnie obcy, kto nie może mnie zranić."
- Janusz Leon Wiśniewski
poniedziałek, 14 czerwca 2010
119.
sztuczne kwiaty wpięte we włosy. wróżby z kart rozrzuconych na blacie jednego ze stołów w fastfoodzie. dźwięki ze starych rosyjskich kreskówek.
niepojęte jutro. zasznurowane wargi, niedowłady palców i kolejne rozczarowanie rozlane na podłodze.
urojone chwile są obecne. zawsze o krok, coraz bardziej realne i coraz bardziej bytują we krwi. wewnętrzne krzyki parzą słuch i głuchnę na słowa, które burzą mój irracjonalnie poukładany sen.
mam ochotę na rozmowy w świetle bladego księżyca.
dzisiaj nie mam na nic siły/ochoty/życia.
niepojęte jutro. zasznurowane wargi, niedowłady palców i kolejne rozczarowanie rozlane na podłodze.
urojone chwile są obecne. zawsze o krok, coraz bardziej realne i coraz bardziej bytują we krwi. wewnętrzne krzyki parzą słuch i głuchnę na słowa, które burzą mój irracjonalnie poukładany sen.
mam ochotę na rozmowy w świetle bladego księżyca.
dzisiaj nie mam na nic siły/ochoty/życia.
piątek, 11 czerwca 2010
118.
wyniszczająca świadomość, że odkryło się świat, o którym inni nie mają zielonego pojęcia, w którym budzą się dziwne odruchy, nienaturalna chęć autodestrukcji.
pogoda lubi skrajności; wychodząc z domu widzę drgające od gorąca powietrze, wracając zastaje porozrzucane po pokoju zdjęcia, które wpadający przez lekko otwarte okno wiatr zerwał ze ścian.
/"Dlaczego mój umysł wciąż krąży wokół ciebie
Dlaczego planety myślą jak to byłoby być tobą
Wszystkie twoje słodkie dzikie obietnice były słowami
ptakami w bezustannym locie.."
czuję się rozdziobana, rozrzucona w chwilach, w retrospekcjach, w czekaniu. w głosie, którego nie potrafię zapamiętać i w uśmiechu, którego szukam w ścianach.
złe scenariusze w głowie, niepoukładane i gryzące. dostaję pierdolca i do trzeciej nad ranem nie mogę zasnąć. problemy nie są zmęczone i dożylnie wstrzykują mi bezsenność. w tej chwili nic nie ucieszy mnie bardziej ani w jakikolwiek sposób, niż pewność, że się mylę. że scenariusze nigdy nie zostały wcielone w życie.
zamykając oczy, widzę w ciemności pokoju o zgaszonych światłach widzę małą kropkę, wielkości główki od szpilki, gwiazdę, przed którą wylewałam się z obaw i składałam ku niej życzenie w nadziei, że nie jest samolotem.
chyba jednak samoloty latają wysoko (..)
pogoda lubi skrajności; wychodząc z domu widzę drgające od gorąca powietrze, wracając zastaje porozrzucane po pokoju zdjęcia, które wpadający przez lekko otwarte okno wiatr zerwał ze ścian.
/"Dlaczego mój umysł wciąż krąży wokół ciebie
Dlaczego planety myślą jak to byłoby być tobą
Wszystkie twoje słodkie dzikie obietnice były słowami
ptakami w bezustannym locie.."
czuję się rozdziobana, rozrzucona w chwilach, w retrospekcjach, w czekaniu. w głosie, którego nie potrafię zapamiętać i w uśmiechu, którego szukam w ścianach.
złe scenariusze w głowie, niepoukładane i gryzące. dostaję pierdolca i do trzeciej nad ranem nie mogę zasnąć. problemy nie są zmęczone i dożylnie wstrzykują mi bezsenność. w tej chwili nic nie ucieszy mnie bardziej ani w jakikolwiek sposób, niż pewność, że się mylę. że scenariusze nigdy nie zostały wcielone w życie.
zamykając oczy, widzę w ciemności pokoju o zgaszonych światłach widzę małą kropkę, wielkości główki od szpilki, gwiazdę, przed którą wylewałam się z obaw i składałam ku niej życzenie w nadziei, że nie jest samolotem.
chyba jednak samoloty latają wysoko (..)
czwartek, 10 czerwca 2010
117.
"To ciężkie czasy dla marzycieli." - /Amelia./
to zabawne jak wiele historii i kawałków czasu można ukryć w zapachu. melonowy balsam do ciała, który przypomina najmilej spędzone wakacje, trudny do sprecyzowania zapach nagrzanego słońcem piasku, dzieciństwo i dnie spędzone na grzbietach galopujących koni.
w parnej atmosferze dnia wczorajszego ukazuje się jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w parze z kropiącym deszczem dając pole do popisu wyobraźni, która układa te lawirujące emocje w wieczór niby ostatni w życiu.
wychodzę na balkon i przy jednym z moich ulubionych zapachów, podeszczowej ziemi, spotykam się z echem dni, które minęły pod postacią dźwięków kilku piosenek, które chyba zawsze będą symbolem tego, do czego chcę wracać zawsze i wszędzie. do godzin, w których mogłabym zamieszkać i być nietykalną dla teraz.
to zabawne jak wiele historii i kawałków czasu można ukryć w zapachu. melonowy balsam do ciała, który przypomina najmilej spędzone wakacje, trudny do sprecyzowania zapach nagrzanego słońcem piasku, dzieciństwo i dnie spędzone na grzbietach galopujących koni.
w parnej atmosferze dnia wczorajszego ukazuje się jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w parze z kropiącym deszczem dając pole do popisu wyobraźni, która układa te lawirujące emocje w wieczór niby ostatni w życiu.
wychodzę na balkon i przy jednym z moich ulubionych zapachów, podeszczowej ziemi, spotykam się z echem dni, które minęły pod postacią dźwięków kilku piosenek, które chyba zawsze będą symbolem tego, do czego chcę wracać zawsze i wszędzie. do godzin, w których mogłabym zamieszkać i być nietykalną dla teraz.
środa, 9 czerwca 2010
116.
"Są na świecie Indianie i jest wielka, bezkresna preria. Indianie kłusują sobie po prerii, ot tak - z prawa do lewa i z lewa do prawa. Czasami taki Indianin gdzieś się zatrzyma, przycupnie i myśli. Myśli, że zdąży... Dzisiaj nie zdążył."
- Jan Chojnacki
obmyślam sobie chwile. rozrysowywuję gesty w głowie, nabrzmiałej od mroku gryzącego każdy narożnik pokoju. układam słowa w dwa monologi zlepione w rozmowę. ćwiczę jeden z uśmiechów na specjalną okazję i mrużąc oczy oglądam się w kawałku małego lustra. rozrywam spokój wariacjami zielonych oczu, których kolor pochłania noc, mylnie błądzących po ciemnych ścianach, wychylających się z pod ciepłej kołdry.
do małych wizji prężę się niczym kot do punktowych lamp, by potem zauważyć, że w odpowiednim czasie scenariusze zwiędną niczym białe róże ułożone na trumnie, nad którymi zamknie się wieko czasu teraźniejszego, ustępując miejsca chaosowi.
czas jest reżyserem, a czekanie czyni ze mnie chełpliwego aktora, przebierającego w coraz to bardziej absurdalnych scenariuszach.
/ewokacje wspomnień. rozgryzam każde słowo po kawełeczku.
- Jan Chojnacki
obmyślam sobie chwile. rozrysowywuję gesty w głowie, nabrzmiałej od mroku gryzącego każdy narożnik pokoju. układam słowa w dwa monologi zlepione w rozmowę. ćwiczę jeden z uśmiechów na specjalną okazję i mrużąc oczy oglądam się w kawałku małego lustra. rozrywam spokój wariacjami zielonych oczu, których kolor pochłania noc, mylnie błądzących po ciemnych ścianach, wychylających się z pod ciepłej kołdry.
do małych wizji prężę się niczym kot do punktowych lamp, by potem zauważyć, że w odpowiednim czasie scenariusze zwiędną niczym białe róże ułożone na trumnie, nad którymi zamknie się wieko czasu teraźniejszego, ustępując miejsca chaosowi.
czas jest reżyserem, a czekanie czyni ze mnie chełpliwego aktora, przebierającego w coraz to bardziej absurdalnych scenariuszach.
/ewokacje wspomnień. rozgryzam każde słowo po kawełeczku.
wtorek, 8 czerwca 2010
115.
przejście dla pieszych, na którym zawsze światło jest czerwone, kiedy po drugiej stronie otwierają się drzwi tramwaju pachnie truskawkami sprzedawanymi w drewnianych koszykach w cenie złotych dwunastu.
wszystkie zielone krzaczki pęcznieją od białych kwiatów, które uwielbiam wsuwać we włosy za lewym uchem.
wieczory stają się ofiarami wewnętrznego gadulstwa o przeżuwanych powoli słowach i bibelotach obecnych i nieobecnych.
wczoraj zasypiam spokojnie, obejrzawszy koniec z hollywood woodiego allena, który jakoś działa dożylnie optymizmem. nie toczę walki o kołdrę z bezsenności, manewrując kończynami w nadziei na sen.
miasto tonie w duchocie wiosennej.
bagatela, pooddychajmy.
wszystkie zielone krzaczki pęcznieją od białych kwiatów, które uwielbiam wsuwać we włosy za lewym uchem.
wieczory stają się ofiarami wewnętrznego gadulstwa o przeżuwanych powoli słowach i bibelotach obecnych i nieobecnych.
wczoraj zasypiam spokojnie, obejrzawszy koniec z hollywood woodiego allena, który jakoś działa dożylnie optymizmem. nie toczę walki o kołdrę z bezsenności, manewrując kończynami w nadziei na sen.
miasto tonie w duchocie wiosennej.
bagatela, pooddychajmy.
wtorek, 1 czerwca 2010
114.
są takie dni, kiedy w duszy pada deszcz. mokre i puste ulice i tylko ten wiatr.
w tramwaju dwaj starsi panowie używający partykuł wzmacniających z puszką rozpoczętego piwa w dłoniach. duchota miasta zamknięta w deszczu zmagazynowanym w chmurach. tramwaje to pojazdy o niezwykle ostrym zapachu refleksji, w szczególności, gdy jedną trasę pokonuję trzy razy dziennie, która wbija mi do głowy, niczym szpilki świadomość monotonności, której częścią się stałam. elementem, który wpasowując się w normalności, roztapia się w chaosie.
otwieram wieko minionych dni i czuję, że nie tylko żołądek napełnia się głodem. obietnice są tylko zastygłą śliną na wargach. czuję się zgnieciona ciągłym czekaniem i tymi rzędami marnych uśmiechów.
zamknięta w pudełku z czasem przeszłym.
niedowłady słów.
w tramwaju dwaj starsi panowie używający partykuł wzmacniających z puszką rozpoczętego piwa w dłoniach. duchota miasta zamknięta w deszczu zmagazynowanym w chmurach. tramwaje to pojazdy o niezwykle ostrym zapachu refleksji, w szczególności, gdy jedną trasę pokonuję trzy razy dziennie, która wbija mi do głowy, niczym szpilki świadomość monotonności, której częścią się stałam. elementem, który wpasowując się w normalności, roztapia się w chaosie.
otwieram wieko minionych dni i czuję, że nie tylko żołądek napełnia się głodem. obietnice są tylko zastygłą śliną na wargach. czuję się zgnieciona ciągłym czekaniem i tymi rzędami marnych uśmiechów.
zamknięta w pudełku z czasem przeszłym.
niedowłady słów.
sobota, 29 maja 2010
113.
całe szeregi chwili, dających złudzenie sensu toną w ulotności.
wyposażona w wielki worek zabobonów nic nie rozumiem i trzymam się ledwo chwil, które napełniają serce, by w dniu następnym rzucić mnie na kolana przed huraganami codzienności.
mało spokojne noce, mimowolne wybudzanie się ze snu, którego usilnie chcę pamiętać, a który wycieka ze mnie wraz z otwarciem oczu.
lubię wczoraj.
dziś jest ambiwalencją. dziś, parszywe w niedopowiedzeniach, we wpatrywaniu się w ekran telefonu w nadziei na widok komunikatu obwieszczającego zielonej parze oczu o nowej wiadomości. dziś, pyszne w rozmowach o sensie, przeznaczeniu i wszystkiego, co układa nam się w wyraz 'życie' pod granatową peleryną nocy, z których natłoku pękają mi zwieracze w oczach.
(magdalenie dziękuję za wszystko..).
"Kiedy inni oczekują od nas, że staniemy się takimi jakimi oni chcą żebyśmy byli, zmuszają nas do zniszczenia tego kim naprawdę jesteśmy. To dosyć subtelny rodzaj morderstwa. Większość kochających rodziców i krewnych popełnia je z uśmiechem na twarzy."
- Jim Morrison
wyposażona w wielki worek zabobonów nic nie rozumiem i trzymam się ledwo chwil, które napełniają serce, by w dniu następnym rzucić mnie na kolana przed huraganami codzienności.
mało spokojne noce, mimowolne wybudzanie się ze snu, którego usilnie chcę pamiętać, a który wycieka ze mnie wraz z otwarciem oczu.
lubię wczoraj.
dziś jest ambiwalencją. dziś, parszywe w niedopowiedzeniach, we wpatrywaniu się w ekran telefonu w nadziei na widok komunikatu obwieszczającego zielonej parze oczu o nowej wiadomości. dziś, pyszne w rozmowach o sensie, przeznaczeniu i wszystkiego, co układa nam się w wyraz 'życie' pod granatową peleryną nocy, z których natłoku pękają mi zwieracze w oczach.
(magdalenie dziękuję za wszystko..).
"Kiedy inni oczekują od nas, że staniemy się takimi jakimi oni chcą żebyśmy byli, zmuszają nas do zniszczenia tego kim naprawdę jesteśmy. To dosyć subtelny rodzaj morderstwa. Większość kochających rodziców i krewnych popełnia je z uśmiechem na twarzy."
- Jim Morrison
środa, 26 maja 2010
112.
codziennie budzę się, mimowolnie, około godziny piątej, a potem zasypiam znów na godzinę, po której nie mogę odkleić się od poduszki. w głowie tłuką mi się naczynia, przy każdym ruchu ciała. przewód pokarmowy zaczyna wiosenne histerie. tramwaje o poranku, niezwykle sprzyjają refleksjom. strzępy rozmów i kawałek małego świata, pozostawiony na poprzednim przystanku układają się w krótkometrażową odsłonę jestestwa, zamkniętego w kratach tego miasta, narzuconych ram, o które się potykam i martwych dni.
życie mnie dotyka. połykam wielką pigułkę nicości zapakowaną w gratisie do lepszych snów.
cienie rosną w oczach i chcę umierać w ramionach gwiazd.
nic nie sprawi mi tak wielkiej radości, jak pewność, że się mylę. że cała melanholia i teorie, których mam pełną głowę, odejdą w czeluście wczorajszego dnia razem z zachodem słońca, który nigdy więcej się nie powtórzy.
"[...] ja właśnie płakałem. Nie po wierzchu. Czułem coś takiego, jakby z drugiej strony moich oczu łzy do wewnątrz mnie spływały. Doświadczył pan może takiego płaczu?"
- Wiesław Myśliwski
życie mnie dotyka. połykam wielką pigułkę nicości zapakowaną w gratisie do lepszych snów.
cienie rosną w oczach i chcę umierać w ramionach gwiazd.
nic nie sprawi mi tak wielkiej radości, jak pewność, że się mylę. że cała melanholia i teorie, których mam pełną głowę, odejdą w czeluście wczorajszego dnia razem z zachodem słońca, który nigdy więcej się nie powtórzy.
"[...] ja właśnie płakałem. Nie po wierzchu. Czułem coś takiego, jakby z drugiej strony moich oczu łzy do wewnątrz mnie spływały. Doświadczył pan może takiego płaczu?"
- Wiesław Myśliwski
sobota, 22 maja 2010
111.
poranna morfologia.
ulica w kolorze żonkila.
gałąź starego drzewa na której siedząc wymachuję nogami nad małym strumieniem.
rozłożywszy myśli w bezradności, czekając na autobus, który pojawić ma się za minut dwadzieścia, maszeruję przed siebie w poszukiwaniu wcześniejszego przystanku zakarmarkami nieciekawej dzielnicy miasta skąpanego w rozpoczynającym swój codzienny zgon słońcu.
mam kwiaty we włosach i powoli wargi układają mi się w uśmiech. samotne spacery mi sprzyjają, choć nadal prześladują mnie niedopowiedzenia.
dziś uzależniona jestem od:
Beirut - Mount Wroclai (Idle days)
ulica w kolorze żonkila.
gałąź starego drzewa na której siedząc wymachuję nogami nad małym strumieniem.
rozłożywszy myśli w bezradności, czekając na autobus, który pojawić ma się za minut dwadzieścia, maszeruję przed siebie w poszukiwaniu wcześniejszego przystanku zakarmarkami nieciekawej dzielnicy miasta skąpanego w rozpoczynającym swój codzienny zgon słońcu.
mam kwiaty we włosach i powoli wargi układają mi się w uśmiech. samotne spacery mi sprzyjają, choć nadal prześladują mnie niedopowiedzenia.
dziś uzależniona jestem od:
Beirut - Mount Wroclai (Idle days)
piątek, 21 maja 2010
woody allen said
dzień dobry, znajdujemy się tu o godzinie 00:08, w ciemnym pokoju, z pustą szklanką po herbacie na którą opadają warkocze światła monitora.
dziś, właściwie wczoraj; gubię się i odnajduję.
autobus wyposażony we wspomnienia z zakładów karnych, zapach taniego piwa i majowe powietrze.
tak spędzam urocze chwile na małym pomoście w sopocie przy horyncie wtulonym w mgłe i niebie, które jest pastelowym przejściem błękitu w markotną biel z Klaudią, rozmawiając o życiu i bibelotach zamkniętych w chwili.
/szczęście dało się tylko pomuskać wzrokiem i uciekło, wpychając mnie w uściski strzępów nadziei, uściski chaotyczne i porozrzucane po ciele.
oglądam amelię. tłukę szkło. telefonuję do Aleksandry, by potem szukać jej uśmiechu w martwym błękicie młodej nocy.
mam oczy ciepłe od świeżych łez. rozmawiam z gwiazdami leżąc na balkonie. na betonie, który nie jest dziś zimniejszy ode mnie.
"Nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz człowieka. Każdy z nas ciągle oszukuje siebie. Na przykład co dzień spotykamy kobiety, które mówią, że są bardzo samotne i do szczęścia potrzebują tylko dobrego męża. Inni twierdzą, że do szczęścia brakuje im urlopu, wypadów do nocnych klubów, lepszej pracy, przeprowadzki z Teksasu do Nowego Jorku czy do Kalifornii. Jednak kiedy zajrzymy w tych ludzi głębiej, widzimy, że każdy z nich podświadomie pragnie zupełnie czegoś innego. A tak naprawdę, to w ogóle nie wiadomo, czego każdy z nas chce.
Szalenie trudno jest zrozumieć, co się dzieje w naszych sercach i umysłach. Można oczywiście spróbować psychoanalizy i - przy odrobinie szczęścia, po długim czasie - dowiedzieć się nieco więcej o sobie. Znacznie bardziej spektakularne wydają się jednak momenty magicznego olśnienia."
- Woody Allen
dziś, właściwie wczoraj; gubię się i odnajduję.
autobus wyposażony we wspomnienia z zakładów karnych, zapach taniego piwa i majowe powietrze.
tak spędzam urocze chwile na małym pomoście w sopocie przy horyncie wtulonym w mgłe i niebie, które jest pastelowym przejściem błękitu w markotną biel z Klaudią, rozmawiając o życiu i bibelotach zamkniętych w chwili.
/szczęście dało się tylko pomuskać wzrokiem i uciekło, wpychając mnie w uściski strzępów nadziei, uściski chaotyczne i porozrzucane po ciele.
oglądam amelię. tłukę szkło. telefonuję do Aleksandry, by potem szukać jej uśmiechu w martwym błękicie młodej nocy.
mam oczy ciepłe od świeżych łez. rozmawiam z gwiazdami leżąc na balkonie. na betonie, który nie jest dziś zimniejszy ode mnie.
"Nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz człowieka. Każdy z nas ciągle oszukuje siebie. Na przykład co dzień spotykamy kobiety, które mówią, że są bardzo samotne i do szczęścia potrzebują tylko dobrego męża. Inni twierdzą, że do szczęścia brakuje im urlopu, wypadów do nocnych klubów, lepszej pracy, przeprowadzki z Teksasu do Nowego Jorku czy do Kalifornii. Jednak kiedy zajrzymy w tych ludzi głębiej, widzimy, że każdy z nich podświadomie pragnie zupełnie czegoś innego. A tak naprawdę, to w ogóle nie wiadomo, czego każdy z nas chce.
Szalenie trudno jest zrozumieć, co się dzieje w naszych sercach i umysłach. Można oczywiście spróbować psychoanalizy i - przy odrobinie szczęścia, po długim czasie - dowiedzieć się nieco więcej o sobie. Znacznie bardziej spektakularne wydają się jednak momenty magicznego olśnienia."
- Woody Allen
czwartek, 20 maja 2010
110.
"-Wiesz co jest najstraszniejsze, córeczko?
- Co?
- Kiedy mając dwadzieścia lat jesteś tak strasznie zakochana, ale boisz się zrobić pierwszy krok i czekasz aż On go zrobi. Ale się nie doczekasz. Po dwudziestu latach spotykacie się i okazuje się, że On był w Tobie szaleńczo zakochany, ale bał się odrzucenia. Córeczko, nigdy nie bój się zrobić pierwszego kroku."
/dziękuję moje martynowe szczęście, bardzo bardzo! :*
- Co?
- Kiedy mając dwadzieścia lat jesteś tak strasznie zakochana, ale boisz się zrobić pierwszy krok i czekasz aż On go zrobi. Ale się nie doczekasz. Po dwudziestu latach spotykacie się i okazuje się, że On był w Tobie szaleńczo zakochany, ale bał się odrzucenia. Córeczko, nigdy nie bój się zrobić pierwszego kroku."
/dziękuję moje martynowe szczęście, bardzo bardzo! :*
wtorek, 18 maja 2010
109.
prześladują mnie dziwne noce.
podkrążone oczy, bóle głowy i szum w uszach który krzyczy o sen.
nieobecności, które są obecne w każdej minucie.
to wszystko, niby niedokończony jeszcze sen rzeczywistości.
podkrążone oczy, bóle głowy i szum w uszach który krzyczy o sen.
nieobecności, które są obecne w każdej minucie.
to wszystko, niby niedokończony jeszcze sen rzeczywistości.
czwartek, 13 maja 2010
108.
burzyście i grzmiąco.
za oknem i pod skórą.
targuję się z nadzieją o jej miejsce w przestrzeni rzeczywistej.
maj wlewa się w deszczowe nastroje, zmęczenie i martwe powieki.
nie pamiętam snów.
za oknem i pod skórą.
targuję się z nadzieją o jej miejsce w przestrzeni rzeczywistej.
maj wlewa się w deszczowe nastroje, zmęczenie i martwe powieki.
nie pamiętam snów.
poniedziałek, 10 maja 2010
107.
bo zdarzyło się mi po raz pierwszy ze szczęścia wylewać łzy na gdyńskie ulice mokre od deszczu.
w dniu następnym o poranku spacerować sopockimi ulicami i zajmować miejsce w jeszcze zamkniętej kawiarni z zuzanną, w której potem niemal wpadam w objęcia snu. w małej szufladce ukrytej w okrągłym, brązowym stoliku mokrym od rozlanej kaktusowej herbaty, przy którym chłonąc jazz z głośników, wypchanej od listów napisanych na biletach z grudziądza, skasowanych biletów tramwajowych i paragonach czytam, że liczy się tylko miłość i na małych skrawkach papieru wchodzę w małe przestrzenie prywatności.
/ułożona wzorkiem wbitym w ciemną ściane miotam się w bezsennościach.
w dniu następnym o poranku spacerować sopockimi ulicami i zajmować miejsce w jeszcze zamkniętej kawiarni z zuzanną, w której potem niemal wpadam w objęcia snu. w małej szufladce ukrytej w okrągłym, brązowym stoliku mokrym od rozlanej kaktusowej herbaty, przy którym chłonąc jazz z głośników, wypchanej od listów napisanych na biletach z grudziądza, skasowanych biletów tramwajowych i paragonach czytam, że liczy się tylko miłość i na małych skrawkach papieru wchodzę w małe przestrzenie prywatności.
/ułożona wzorkiem wbitym w ciemną ściane miotam się w bezsennościach.
czwartek, 6 maja 2010
106.
spotkanie z czesławem mozilem, na którym udało mi się zdobyć dwa autografy, przytulić czesława i odbić ślad swoich warg na jego prawym policzku. zdjęcia nie mam, bo zdjęcia to cisi zabójcy chwil. najpiękniejsze momenty trzymam w albumie moich wspomnień, wciąż niedomkniętym, a dziś wytartym z kurzu.
/wychodzimy w drodzę na autobus na parkiecie deszczu, chowam się w czarnej kurtce. jutro tribute to seattle, dziś przed piątkowe obgryzanie paznokci. spłodzony pozytywną energią czesława dobry nastrój miesza mi się z wymemłanymi zgryzotami. bo nic się nie zmienia, chociaż podobno oboje tego chcemy. gubię się.
środa, 5 maja 2010
105.
noce w pół bezsenne.
porankom towarzyszy chłód, który jeszcze bardziej wpycha mnie w ramiona snu, łapczywego i spychającego mnie w czeluście wyobraźni. popołudnie zatrute trzaskiem okien, zgrzytem i rytmicznym uderzaniem wewnątrz głowy. wieczorami myśli delikatnie muskają gwiazdy, przykryte peleryną szarych chmur, tłumiących ich blask. subtelnie uciekają w granatową garderobę nocy. garderobę duszną od parujących łez, wrzasków rozczarowań i fetoru umartwionych marzeń.
/dzisiaj z Zuzanną. przesiadujemy w pokoju krzyczącym od pomarańczowości. głośniki pełne głosu grzegorza ciechowskiego, a przede mną Zuzanna w czerwonej flanelowej koszuli, chyłkiem wykradzionej ze stosu wypranych ubrań, z pełnymi wydętymi ustami na małe rozmowy./
otwieram drzwi i poszukuję pigułek na ból głowy. parzę herbatę i zjadam ciasto.
potajemnie błądzę w korytarzach blizn nasercowych i rozdrapuję je tworząc scenariusze piątkowe.
chyba mam cykora, który narasta we mnie i rozszarpuje moją (nie)świadomość, bo nic się nie uśmiecha w zarys tryumfu. zakładam bransoletkę za 2zł, którą szczęśliwą nazwała pani sprzedawczyni w sklepie.
żonkile w szarawym wazonie zaczynają więdnąć razem z małym wyobcowanym czerwonym tulipanem.
"- Cóż, przyznam się, że postanowiłem iść za tobą i zobaczyć to z bliska.
- Jeżeli szedłeś za mną, to dlaczego byłeś tu przede mną?
- Szedłem za tobą... bardzo szybko. "
- Woody Allen
porankom towarzyszy chłód, który jeszcze bardziej wpycha mnie w ramiona snu, łapczywego i spychającego mnie w czeluście wyobraźni. popołudnie zatrute trzaskiem okien, zgrzytem i rytmicznym uderzaniem wewnątrz głowy. wieczorami myśli delikatnie muskają gwiazdy, przykryte peleryną szarych chmur, tłumiących ich blask. subtelnie uciekają w granatową garderobę nocy. garderobę duszną od parujących łez, wrzasków rozczarowań i fetoru umartwionych marzeń.
/dzisiaj z Zuzanną. przesiadujemy w pokoju krzyczącym od pomarańczowości. głośniki pełne głosu grzegorza ciechowskiego, a przede mną Zuzanna w czerwonej flanelowej koszuli, chyłkiem wykradzionej ze stosu wypranych ubrań, z pełnymi wydętymi ustami na małe rozmowy./
otwieram drzwi i poszukuję pigułek na ból głowy. parzę herbatę i zjadam ciasto.
potajemnie błądzę w korytarzach blizn nasercowych i rozdrapuję je tworząc scenariusze piątkowe.
chyba mam cykora, który narasta we mnie i rozszarpuje moją (nie)świadomość, bo nic się nie uśmiecha w zarys tryumfu. zakładam bransoletkę za 2zł, którą szczęśliwą nazwała pani sprzedawczyni w sklepie.
żonkile w szarawym wazonie zaczynają więdnąć razem z małym wyobcowanym czerwonym tulipanem.
"- Cóż, przyznam się, że postanowiłem iść za tobą i zobaczyć to z bliska.
- Jeżeli szedłeś za mną, to dlaczego byłeś tu przede mną?
- Szedłem za tobą... bardzo szybko. "
- Woody Allen
niedziela, 2 maja 2010
104.
spacerujemy po cmentarzu i zrywamy żonkile. ostatnia brama cmentarzu przenosi nas na plac budowy, w którym szukamy wyjątkowości w nieużyteczności przedmiotów. droga wiedzie w dół, więc tak postanawiamy wracać i ze słońcem odbijającym się w oczach wdzieramy się na górę przez wypalone trawy, spalone wiosną.
cmentarne rozmowy o życiu i zerwanych żonkilach wcale nie są szare niczym nagrobki, mijane wolnym krokiem ze wzrokiem wbitym w daty.
nie mam czelności pytać o drogę, gdy życie ekscentrycznie zakręca w małe, piaskowe dróżki bez drogowskazów. niebo, matecznikiem myśli, krzepiących ciało i usta pozostawiających w pół zamknięte. wiosna i małe rozczarowania. w pokoju śpi chaos i wdziera się w raban wspomnień. rozrzuconych rozmachem dłoni w pajęczyny snów.
a w snach katastrofy, tonące statki, potoki łez i troskliwe uściski ramion.
na brzegu rzeczywistości siedzę machając nogami i z oczu potokiem łez podlewam kwiaty.
cmentarne rozmowy o życiu i zerwanych żonkilach wcale nie są szare niczym nagrobki, mijane wolnym krokiem ze wzrokiem wbitym w daty.
nie mam czelności pytać o drogę, gdy życie ekscentrycznie zakręca w małe, piaskowe dróżki bez drogowskazów. niebo, matecznikiem myśli, krzepiących ciało i usta pozostawiających w pół zamknięte. wiosna i małe rozczarowania. w pokoju śpi chaos i wdziera się w raban wspomnień. rozrzuconych rozmachem dłoni w pajęczyny snów.
a w snach katastrofy, tonące statki, potoki łez i troskliwe uściski ramion.
na brzegu rzeczywistości siedzę machając nogami i z oczu potokiem łez podlewam kwiaty.
środa, 28 kwietnia 2010
103.
wczoraj z aleksandrą i herbatą truskawkową ze śmietaną w wietrzny dzień.
noc bezsenna i płodna w teorie tęsknoty i czasu, roztrwonionego w mylnie wpatrzonych oczach.
dziś w ciele zatrutym od wiosennego przeziębienia z niewiosenną pogodą za oknem rodzą się deszczowe myśli.
w jednym łóżku do snu układają się życie i śmierć. wymioty w snach, według sennika, zwiastują szczęście.
ile bym dała..
"Minęło wiele miesięcy, ale mnie nic nie minęło. Czas dla mnie w miejscu przystanął. "
- Edward Stachura
noc bezsenna i płodna w teorie tęsknoty i czasu, roztrwonionego w mylnie wpatrzonych oczach.
dziś w ciele zatrutym od wiosennego przeziębienia z niewiosenną pogodą za oknem rodzą się deszczowe myśli.
w jednym łóżku do snu układają się życie i śmierć. wymioty w snach, według sennika, zwiastują szczęście.
ile bym dała..
"Minęło wiele miesięcy, ale mnie nic nie minęło. Czas dla mnie w miejscu przystanął. "
- Edward Stachura
czwartek, 22 kwietnia 2010
102.
mała przestrzeń nierzeczywista.
firanka przypominająca sieć rybacką szatkuje obraz nocy. przebijają się latarnie, niby świetliki i szyba staje się lustrem. a lustro jest niby bezstronne, choć oblepione czernią z jednej ze stron.
całe zwoje faktów, których zmienić się nie da trzepią mną wewnętrznie. pomyłki, które aż wylewają się z oczu i wściekłość trawiącą rzęsy.
potrafię korzystać z telefonu, automatu do gorącej czekolady czy mikrofalówki, szkoda tylko, że ze słów już nie.
"Zupełnie inaczej jest, jeżeli masz kogoś, kto cię kocha. To ci daje setkę powodów, aby żyć. Ja ich nie mam. "
- Jonathan Carroll
firanka przypominająca sieć rybacką szatkuje obraz nocy. przebijają się latarnie, niby świetliki i szyba staje się lustrem. a lustro jest niby bezstronne, choć oblepione czernią z jednej ze stron.
całe zwoje faktów, których zmienić się nie da trzepią mną wewnętrznie. pomyłki, które aż wylewają się z oczu i wściekłość trawiącą rzęsy.
potrafię korzystać z telefonu, automatu do gorącej czekolady czy mikrofalówki, szkoda tylko, że ze słów już nie.
"Zupełnie inaczej jest, jeżeli masz kogoś, kto cię kocha. To ci daje setkę powodów, aby żyć. Ja ich nie mam. "
- Jonathan Carroll
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
101.
otwieram oczy na nadmiary wiosennych poranków. przecieram powieki rozrywane od wewnątrz krwotokiem snów, niedbale wyrwanych z niedokończonych historii. miewam ochotę na rozdrapanie szorstkim paznokciem twarzy człowieka sprzed lustra, tak zmęczonej jestestwem. bo ten nasz dwudziesty pierwszy wiek pozbawia nas piękna, które chowa pod ekranem telewizora, który aż skwierczy od przepychu w kącie pokoju, rozświetlając jego blade ściany.
tak z Zuzanną marzymy o wehikule czasu, o wycieczce po życiu, którego jesteśmy tak głodne. małej przejażdżce do czasów idei, w imię których warto byłoby ginąć i żyć. do czasów uwięzienia, które było bardziej wolne niż ówczesna swoboda, którą się dławimy, która zatruwa nasze pół-martwe pompy do krwi i z której uciec nie możemy.
refleksyjne popołudnia bywają splinowe, choć otoczone jasną słoneczną poświatą wpadającą przed okno, rozlewającą się po brązowych panelach w pokoju. rażąco oddziałującej na oczy, wylewając ich zieleń jeszcze bardziej.
herbata, ćmy w głowie, maltretująca pomarańcz pokoju i marzenia zamknięte w poduszce.
trochę mi tęskno. sama nie wiem.
tak z Zuzanną marzymy o wehikule czasu, o wycieczce po życiu, którego jesteśmy tak głodne. małej przejażdżce do czasów idei, w imię których warto byłoby ginąć i żyć. do czasów uwięzienia, które było bardziej wolne niż ówczesna swoboda, którą się dławimy, która zatruwa nasze pół-martwe pompy do krwi i z której uciec nie możemy.
refleksyjne popołudnia bywają splinowe, choć otoczone jasną słoneczną poświatą wpadającą przed okno, rozlewającą się po brązowych panelach w pokoju. rażąco oddziałującej na oczy, wylewając ich zieleń jeszcze bardziej.
herbata, ćmy w głowie, maltretująca pomarańcz pokoju i marzenia zamknięte w poduszce.
trochę mi tęskno. sama nie wiem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
