sobota, 2 kwietnia 2011

168.

zostawiam za sobą kolejne nierozwinięte nici życia, kolejne rozerwane sekwencje niewydarzonych zdarzeń.
cisza pod skórą, między wargami a zaraz obok potargany chaos obłąkanego świtu rozlanego na bladym ramieniu. mam ochotę spędzić wieczność w nagrzanej od ciała pierzynie, w świadomej halucynacji, w osobistym omamie przeszłości zlanej z nieistniejącą poczwarą spłodzoną z każdej małej nadziei. w zimnej klatce struchlałych ścian, w pełni uroczystości snu, której nigdy w satysfakcjonujący sposób nie opiszę. właściwie to nie znam się na słowach równie co i na krawiectwie, umieraniu i życiu, cokolwiek to znaczy. myśli płodzą mi się w tempie zajęczej kopulacji, nierozwinięte, skrócone ustępujące miejsca kolejnym orszakom wizji wzniosłości kolejnych dni.
doświadczyło mi się coś dziwnego; każda postać, każdy zwój tętniących tkanek stał się sentymentalną fatamorganą rozpełzłą po planszy mojego dnia. po mnie, jako jedynej kreaturze o ciepłym oddechu miętoszonej przez wspomnienia wijące się teraz nieobecnie, nacierające zewsząd - we wzrok, słuch i papierowy dotyk. przesiąknęłam martwością, wyobrażeniem samotności, którą trzeba przeżyć samemu i w sobie.

dajmy odpaść naszym ustom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy