środa, 17 listopada 2010

156.

są łóżka przesiąknięte wonią leniwie rozłożonych na nich ciał. są rozbolałe żyły. są szybko zgaszone światła. są powłóczyste godziny rozklejające czas.

złożyło się, że przy zgaszonym świetle biel budynku odbijała się na drzewach tak bardzo, że przesiąknęłam zimą i zamknęłam powieki. zapamiętałam każdy urywek snu łapczywie wyciągnięty z łona nocy skrzypliwym skowytem otwieranych drzwi.
bezuśmiechem cicho oblepiającym twarz zaczyna się kolejny cykl kończenia. rozpełzłego na podłodze, wargach i wietrze.

dziś położę się już w swoim łóżku. trzymając w ręku garść słów, które nikogo nie obchodzą i z których dawno odeszło tchnienie rzeczywistości.
mam chęć naoliwienia własnego wnętrza, w którym tańczą jeszcze dogorywające nadzieje. w tafli kałuży tonie kolejna kropka deszczu, wiatr uprawia chaos. wypiłam pokaźny kubek, z którego brzegów wylewało się kakao. ta cała rzeźba życia rozsypała się mi pomiędzy palcami kiedy jeden ruch stworzyłby jej ostateczny obraz. bezmyślnie patrzyłam na telewizor, oglądając na suficie tango moich myśli. zatęskniłam za zimową poświatą roztoczoną nad miastem. właściwie to zatęskniłam za każdą ulicą i całym tym światem, który pozostał niezmieniony od czasu kiedy odszedł z niego mój duch. trochę za sobą. sama nie wiem.

/od rana wisiała nade mną czarna chmura przyszłości, którą i tak zdążyłam już przełknąć, rozgryźć, wyrzygać, znów połknąć i tak dalej. nie poradziłam sobie jeszcze z przetrawieniem kolejnej czarnej masy oblepiającej moje wewnętrzne tkanki. zbawiennego wydźwięku patetycznych haseł wpychanych do gardła, żeby uczesać myśli, wsunąć spodnie i wyjść z czterech ścian.
czerń emitowała do wewnątrz próżnię, która rozeszła się po każdej myśli niegdyś krzyczącej a dziś bezładnie dyndającej między wrzaskiem nienawiści a jękiem miłości. nic takiego, wlekłam to bezduszne ciało. nic takiego. możecie się śmiać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy