poniedziałek, 8 listopada 2010

154.

kuchenne spowiedzi; rozrywane zgrzytem otwieranych drzwi. ulepione.

od kilku dni permanentnie doskwierała mi wewnętrzna próżnia. dnie wzrastały na moich oczach i wbijały się u schyłku słonecznej kadencji w horyzont rozsiewając nad całym miastem plantację barw.
ogrom patetycznych haseł wpełzał głęboko do życiorysu trawionego wydzielinami każdego dnia.
deszcz miarowo rozbijał się na szarym chodniku z którego szczelin wyglądały martwe ptasie pióra. nie widzieli, że roztapia moją powłokę związanych myśli.
w kubku jeszcze o dziewiętnastej z dna łypał osad porannej herbaty.
mój świat nie istniał, a ja każdej nocy usilnie próbowałam wyżymać umysł, zapętlając wir myśli na tyle mocno, by powstał. później pełzłam mozolnie zostawiając w ciemnej przestrzeni historii, kolejną datę. czasem nadziewałam wzrok na jeden punkt roztaczając wokół siebie sferę ciszy, która krzyczała z oczu.
w stercie zżółkłych liści leżał czarny bucik z niewielkim obcasem. na balkonie kobieta rozłożywszy ręce wprawiała w ruch wargi modlitwą. ktoś po drugiej stronie odpalił papierosa. na ślepiach nieba niby rzęsy ułożył się klucz ptaków.
nie zauważyli, że nakryłam się codziennością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy