nie byłam nigdy małym wojakiem
i młodości w mdłościach nie rzuciłam
na wrzeciono trzaskające i plujące świeżą czerwienią
któregoś wschodu bekłam i oróżowiałam
były dni orszaki i nocnych niedoli konwoje
dłoni nikt nie chciał odgryźć ani posiąść
przędzalnictwo już dawno wepchnięto do trumny
i nic już w denko nie zabębniło
krwiobiegi szczęśliwie zatamowane
te wszystkie dłonie są wciąż zimne
i nie znają żadnych domów
choć samopas po świecie najsamcalszym żywot swój pędzą
nie dotrwałam jeszcze do południa
ale ciężko jest żyć na samych nogach
nikogo już nigdy żadne słowo nie opryska
poniedziałek, 26 lutego 2018
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz