wtorek, 24 marca 2015

180.

rozbryzgał się jasny, słoneczny paw na moim oknie. w trzewiach czuć było pulsującą szkarłatną krew.
był dzień, w którym miarowy turkot serca stanowił małą, niemą gwarancję, że doznaję.
żołądek potrzebował jedynie niezbędnego minimum. przeprosiłyśmy się z nieubłaganym końcem, a dotychczasowa suma oddechów została spłodzona na nowo.
to takie miejsce, w którym perspektywa kończy się wraz z ulicą po której się poruszasz i gdzie wschody słońca tracą mistyczny powab.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy