co tu dużo mówić, coś pękło. pękło w nas wszystkich rozłożywszy się grymasem szarego nieba.
korzystając z przywileju śmierci rozlewamy się pod powieki.
z albumów nieautentycznych.
cicho podpieram ścianę bladą dłonią. chaosem myśli nieobecnych wyżłabiając niemal dziury w zielonej pokrywie umysłu.
czasem chodzę moją osobliwą ulicą miłości i rozkładam się na części pod kopułą gwiazd. okrywam nocą nagość rozdrobnionej wyobraźni kiedy miasto bieleje mglistą powłoką.
każdy tańczący w powietrzu atom czuł dziś więcej ode mnie, kiedy rozlepiałam rzęsy, kiedy zalałam sen gorącą herbatą, kiedy uśmiechem doprowadziłam dawne strapienia do wrzenia, że spienione wyszły wieczorem, żeby obleźć ciało kłączem prawdy i słabością kończyn.
długo wpatruję się w mętny wers horyzontu za oknem, który właściwie scala się w jedną, odległą ciemność, która nie mówi nic.
to coś patrzy agonalnym wzrokiem. wewnątrz.
wtorek, 23 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz