czwartek, 11 listopada 2010

155.

miasto w pokrywie sepii i nieokrzesana szarość na firmamencie. godzina piętnasta trzynaście, bagatela. morze zaokienne stało się brudną zawiesiną, w której sidła wpadły pojedyncze statki.

spałam z pięć godzin. właściwie to dzień wczorajszy wtłoczył we mnie mały optymizm, który powoli przestaje się ze mną wlec przez kolejne godziny. tak właściwie to każda godzina mnie nuży. ostatnio pałaszują mnie przeczucia i opróżnioną głową sklejam wargi lekkim uśmiechem. czasami wszystko wydaje się takie puste i wtedy tylko cisza potrafi mówić. któregoś razu podczas takiej rozmowy zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam swojego dzieciństwa. nie pamiętam właściwie, co powinnam pamiętać.
piętnasta trzydzieści dziewięć: niebo ma kolor skóry noworodka i podbitych oczu na płachcie rozlanego błękitu.
czasem myślę, że wychowały mnie szeregi moich urojeń, stosy zapisków z dni, kiedy żyłam we własnej głowie.

boję się tego zepsutego miasta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy