rozrzucam się na chaos myśli.
lepię powłóczystą bezsenność bólem głowy i motaniną chwil, które przywołać chcę snem choć na chwilę.
mam pod skórą nic, zatrute każdym rwącym ciało wspomnieniem.
każdym zdjęciem przyprawiam się o palpitację serca i wylew czerni ze źrenic.
obnażony dzień przykrywam kakaem, marną telewizją, książką i cmentarnym spacerem.
harmider wewnątrz-myślowy przykryty jesienną peleryną, skomląca w każdej onirystycznej halucynacji, która przenika głęboko w krew, co jest wodą na młyn małej utopii, w której mam kawałek jego serca ułożonego całkiem obok, że aż czuję bicie ułożona wzdłuż. niby nic takiego.
zielony lakier starła z paznokci dłoń czasu, pole fioletowych siniaków niedbale rozrzuconych po nogach, koniuszki rzęs stały się bezbarwne, na dłoniach rozciąga się pajęczyna spękanych naczyń krwionośnych utkanej nad bladością skóry listopadowej zresztą.
nad miastem wisi złowroga płachta czerni, w mieszkaniu żarówki plują żółtym światłem. nie lubię żółtego światła. zewsząd słychać tylko, że o szesnastej robi się ciemno, że wydzieliny ciemnej zawiesiny nocy zatruwają każdy poranek targając myśli, które stały się już mozolną rutyną każdego dnia, który u schyłku znów zatacza koło, by skazić kolejne godziny, w których każdy oddech pachnie perspektywą powolnej śmierci, która gotowa jest zacząć się od zaraz przeżuwając strzępki tej spopielonej duszy wypluwając ją do wewnątrz by w końcu pozostawić po nas tylko podgniły zwój kości, tętnic, ścięgien i gdzieniegdzie mięśni.
w sumie śmieszą mnie ludzie ze swoim zamkniętym postrzeganiem świata, w sumie to też jestem śmieszna w swojej świadomej hipokryzji, bo mój świat kończy się na sztywnym czekaniu bo czasem czuje się mojrzeszem, który od nużącej drogi na stopach ma zaschnięte strużki zimnej już krwi a na twarzy kamienne zmęczenie, choć pokrzepiony nadzieją zmiany idzie dalej przeoczając kolejny dzień, kolejną twarz i zaułek, w którym być może stoi szczęście-kadłubek i wyrwane (nie)szczęśliwe rączki bezładnie wijące się resztką tchnienia, jakie jeszcze im zostało.
niedziela, 7 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz