to nie była dłoń.
całe jestestwo tego świata dało mi w ryj.
dziwne wizje mam we wnętrzu opierzone roztrzaskanym w szczęściu wzrokiem na widok bieli zaokiennej o poranku.
mój proces zapominania stał się powłóczystą linią rozdrażnionego spojrzenia. listopadowe powietrze znów ma swoje imię. topię popioły duszy śpiąc ponad jedenaście godzin, chaotycznie przerywanym snem kolejnym rozdziałem ekscentrycznej plątaniny zdarzeń nierzeczywistych zlepionych ze strzępek wystraszonych źrenic, monotonnych pomruków, śliny i nocy.
dwudziesty ósmy listopada rozpina się szyldem pod którym w krwawej bitwie z rozumiem giną wszelkie tkanki, w których pulsowała miłość. wiara w jakąkolwiek rzeczywistą szatę nadziei przy nagości rozczarowania rozpełzłego po materacu mięśni i ścięgien ogołoconego ze szczątek ludzkich odruchów, w którym tkwię.
ostatnio czułam, jakby mieszkał we mnie drugi człowiek, obcy. umierał powoli rozpryskując ciężar swojej agonii po całej powłoce mojego ciała.
żołądek płacze, kończyny wyją, serce jęczy pustką.
mówiłam, że ktoś nie żyje.
niedziela, 28 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz