dzieję się nicość.
nie potrafię rozciągnąć w sobie wizji przyszłości, rozłożyć jej starannie na wargach i opatulić serca.
nie potrafię też rozerwać bezustannego miarowego rytmu stóp natarciem przeszłości.
spaceruję rozrzucając się na chodnik w skowyczenie wszechobecnej obojętności zabarykadowanej gdzieś między żebrami.
rozlewam się w ślepą strugę łez parującą na wargach muskanych nieużywaniem.
złowrogie konary wiją się zaokiennie nieudolnie rozszarpując mdłą szarość nieba, w której topią się płody moich nadziei.
chcę tylko, żeby sen lizał moje blade czoło, beznamiętnie.
umieranie nie boli, naprawdę.
środa, 12 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz