w noc przedwigilijną, a właściwie na przełomie dwudziestego trzeciego i dwudziestego czwartego grudnia śnią mi się wystrzały przed babcinym domem, w tym samym miejscu, w którym rozlewają się krwiste zachody słońca na pustej przestrzeni niezabudowanych hektarów, a tam ludzie, z niewyraźnymi, poszarpanymi szarością twarzami, których w sennych obrazach odtworzyć nigdy nie mogę. wśród tych wszystkich ponuro mknących między sobą znajomych konturów jest jeden, który lekko przykucnięty ma wyrazistą twarz, niewzruszoną jak fotografia. sen nagle się rozrywa wtłaczając tą świadomość nierealności właśnie wtedy, gdy ktoś miał przyjść.
śnią mi się też ludzie zamknięci w torbie podróżnej ułożonej między dwoma trampolinami między którymi lawiruję z powabnością godną nie lada baletnicy.
krzywo zwisające spodnie z czarnej szafki ustawionej po prawej stronie wyglądają jak zjawa o posępnej twarzy tłumiąca mój spokojny sen.
/znów rozepnę się nagością mojej wyobraźni.
nie poczułam świątecznej atmosfery przy stole, w kroczu czy pakując prezenty. nigdy wewnątrz-myślowo nie pulsowały we mnie, choć teraz niewzruszenie przeszłam przez te dwa dni, aż rozlałam się we własną bezduszność.
sobota, 25 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz