któregoś dnia usłyszeliśmy, że nic nie ma tego dźwięku, którego nigdy nikt nie usłyszał, ale który się pamięta. pamięć stała się bardziej hermetycznym słoikiem na wymysły wyobraźni, bo wszystko co się dookoła rozrosło tylko na ten mizerny słoik napiera i próbuje beznamiętnością wszystkie wspomnienia niespełnione zepchnąć na zimną podłogę. z której się płaczę.
któregoś dnia poczuliśmy, że nic nie potrafi tak dotykać, jak te zwinne palce, których cienia nawet nigdy nikt nie widział. nic nie smakuje, jak nigdy nie rozlana ślina.
urodziliśmy się za późno, by doświadczać. by odczuć dreszcze wijące się po ciele i sprawiające, że ciało drży tak samo z rozkoszy jak i z strachu.
nigdy nie wrócą popołudnia, wieczory i chodniki, tatuaże nie wyblakną a oczy nie poczernieją.
każdy dzień jak mała sekwencja grana pod dyktandem wskazówek zegara mgliście wyłania się spośród wszystkich innych, a miesięcy przybywa.
raz jeden się pojawi chwila, która powinna razem z innymi sobie podobnymi chwilami iść za rękę z więdnącą młodością. przeminąć, zostać opłakaną, gdzieś się zagubić, ustąpić miejsca kolejnej aż skóra zadrżałaby już tyle razy, że postanowiłaby, że basta i że czas pomalować płot na bardziej niewinny, biały kolor.
ale nic nie drży i się nie rusza, tylko ruchome obrazy lubią przypominać, że kiedyś ktoś widział i słyszał i czuł i wbił mnie w ziemię, bo mnie na nią sprowadził.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz