w dniu pierwszolistopadowym z natłoku wszystkiego, co wylęgło się we mnie w małej przeszłości wychodzę niedbale ubrana, w wilgotnych źrenicach i w całej bojaźliwości, jaka rozgrzewa moje ciało spaceruję po małym cmentarzu schowanym w matczynych objęciach lasu.
małe nagrobki, które łamią się w pół i rozkruszają na mizerną trawę. sponiewierane czasem, który starł daty zostawiając nienaruszoną szarość płyty którą rozświetlają lekko tlące się w ciemności płomienie czerwonych zniczy ułożonych pojedynczo na każdym z nich.
każdy oddech szarego sklepienia rozdrażnia tylko to rozgdybanie o przemijaniu którym pachnie cała ulica, epizodyczności wygryzającej dziury w życiorysie i każde jej ujęcie prowadzi do punktu wyjścia i panoszy się w głowie, duszy, pokoju i całym mieszkaniu.
w tym wszystkim wargi wykrzywiam do podłogi, nadziewam wzrok beznamiętnie i zamknięta gdzieś w gnieździe swojej świadomości usypiam każdy zmysł, który karze mi odczuwać.
następnego dnia, kiedy odór bazarostwa święta wszystkich zmarłych powoli zaczyna zanikać, spaceruję z magdaleną po srebrzysku. dostajemy za darmo kwiaty, układamy je na obsypanych zapomnieniem grobach, które stoją jeszcze na własnych popiołach.
dzisiaj znowu mydli mi oczy nadzieją.
doskwierasz mi w każdym zakamarku rozkładającej się duszy. umartwiam się w obawach, w wieczorze i tęsknocie.
/gdyby istniała jakakolwiek predestynacja jakiejś wyższej siły dzięki której atencji jesteśmy tu gdzie jesteśmy, to chyba nieprzypadkiem mieszkam ciągle przy cmentarzach otulona mnogością trupów moich marzeń, które gniją wewnątrz ciała sprawiając niemal fizyczny ból.
środa, 3 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz