dziś spotkało mnie coś niesamowitego. (coś patrzy, spogląda w oczodoły i rozgryza strzępy duszy.)
wchodzę do sopockiego antykwariatu, między szeregi niedbale poukładanych książek, stosy spiętych stron rozrzuconych po podłodze, niealfabetycznie ułożone grzbiety z których wyglądają duchy słów zlepionych okładkami. tak czy inaczej, bez większego namysłu sięgam po pomarańczową książkę omamiona tytułem "moonlight drive", niepodejrzewająca jakiegokolwiek powiązania z zespołem the doors, wyrwałam ją z łańcucha książkowego i w tym momencie coś budzi we mnie drzemiące dziecko, rozradowane zdjęciem Jamesa Morrisona, którego woń urodzin panoszy mi się w ciele i którego atencji dopatruję się w owej (nie)przypadkowej sekwencji spojrzeń rozłożonych na kilkunastu identycznych półkach i mnogości brzegów książek wystających niedbale.
ósmy grudnia wyobrażałam sobie jednak inaczej. chciałam przesiąknąć poezją, whisky i psychodeliczną muzyką, zbudować w sobie małą rewolucję i wygrać batalię nad wspomnieniem przeszłości nieprzeżytej albo właśnie zasnąć w schronie historii zlizanej z fotografii i pamiętników. na zawsze. w markotne nieistnienie.
/czasem czuję świat na swoich piersiach, a czasami rozpryskuję ten świat na materac zimnych mięśni skubanych przez czarne ptaki rozczarowań i czasu, co krążą nad igrającą poświatą miasta i każdym splecionym kłębem oddechu.
chowam się wieczorami pod martwą taflą wody. w ciszę, w grudzień, w lęk.
środa, 8 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz