za oknem z rana nacierały na siebie sznury bieli, wijącej się chaotycznie jak żmije. zaokienne niegdyś miasto było tylko mglistą otchłanią, w której mieściły się wszystkie dni, wyrzucone na te chodniki, które pamiętałam.
blokada wspomnień minionej nocy została sforsowana, że tłum bezsenności zalęgł się i rozprzestrzenił pod powiekami, które rano przybrały kolor niedojrzałych śliwek.
niekompletnie się ubrałam, zapaliłam pomarańczowe kadzidło i postawiłam je na kapslu od piwa, który pełni czasem rolę magazynu dla popiołu. wsunęłam na nogi skórzane spodnie, tak, że ledwo sięgały linii szerokich bioder, a z głośników sączył się szum poezji na tle linii dźwięków klawiszy pianina. usiadłam na wysokim drewnianym krześle ustawionym na parapecie, z którego niezauważenie można obserwować życie tętniące poniżej czternastego piętra i zaczęłam czytać krainę chichów Jonathana Carrolla.
czasem lubię przytulać się do każdego zdania, które cierpi.
/powłóczysta linia mojego procesu zapominania została rozdziobana przez zielone elfy u schyłku dnia.
przestrzeń zieleni rozlała się po ścianach i ściekała opieszale w małe oczy jeszcze bardziej rozdrażniając bezsenność na kilka kolejnych godzin.
blady materac pękniętych naczynek krwionośnych ułożył się na nogach, dłoniach i zwojach skóry pod oczami.
bardzo przyjemnie myślę o samobójstwie.
piątek, 10 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz