słowa wystygły.
ogół tego wszystkiego, namnożonego w ostatnich tygodniach wytępił chyba wszystkie perspektywiczne myśli.
wszystko rozlazło się nam w rękach, wielkie plany ucieczek zastąpiła ulica miłości i noce, w których próbowałam umierać w sobie dla świata.
zdarzyło się znowu rozrysowywać przyszłoście, tworzyć wspomnienia, które nie zaistniały, w końcu zachłysnąć się tym wszystkim i utopić w kubku wieczornej, ostygłej herbaty w kolorze nieobecnych oczu.
za szybko, za łapczywie próbowałam wchłonąć się w obojętność, która raczej zaczęła napastować mnie z naprzeciwka.
nie lubię wieczorów. znów czas to zlepek marnych epizodów ciągnących za sobą wizje kontynuacji, które zdążyłam stworzyć. w które zdążyłam uwierzyć i które zaczęłam wspominać tymi właśnie wieczorami rozbudzającymi martwą wyobraźnie.
zimna od wszystkich gryzących słów od dziś patrzę w lustro mając nadzieję, że spotkam w nim kogoś innego. takiego wiesz, bez włosów, co wypadają garściami i obgryzionych paznokci. kogoś o autentycznym uśmiechu myślę.
/gaśniemy z emocjonalnego wzburzenia.
w otumanienie. w ulice dawnych miłości.
niezaistniałych.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz