maszerujemy z oblepioną różem twarzą pośród orszaków tańczącej bieli. z witryn sklepowych leje się czerwień i uśmiechają się manekiny z białą brodą z waty, stoją gdzieś dwa renifery, a niedługo zacznie się panoszyć w nozdrzach zapach goździków.
czasem rzęzi we mnie jałowość mojej przeszłości; powłóczystych prób stworzenia namiastki miłości, kolejnych wykopanych łapczywie pod wpływem nagłego olśnienia nadziei ze zbiorowej mogiły marzeń, wszystkich pozornie złych wyborów, aż w końcu dzieciństwa. właściwie zawsze w bożonarodzeniowej aurze przypominam sobie, że jedyne co pamiętam to starcia wewnątrzrodzinne i ślepe łzy upuszczane z bezradnością na to wszystko, na co wpływu nie miałam.
każda myśl o dzieciństwie jest okryciem nagiej samotności, tęsknotą za czystą percepcją tamtych lat i samym sobą, w którym zaczyna kwitnąć śmierć. moje szczenięce lata nie pachną jednak nieskazitelnością i czystym światem, jakim zdaje się być dla nas w tym wieku miejsce, w którym żyjemy.
kiedyś w grudniu dopadła mnie przeraźliwa gorączka i było to moje pierwsze i jedyne spotkanie z jezusem, który wpełzł w rozpalony ponad czterdziesto stopniową gorączką umysł niesparaliżowany jednak na tyle, by uznać to za mistyczny początek nowej drogi, a jedynie halucynacją ulepioną z paplaniny tamtego okresu.
chciałam więc napisać, że na mikołajki chciałabym odzyskać namiastkę siebie, którą utopiły w czerni rozczarowania wszystkie lata wstecz i czas, jaki zatruł mi jeden niepozorny człowiek, chociaż bardziej wolałabym wrócić do małych chwil, które przytulam wieczorami.
/dużo rzeczy zmieniło się szybko, tak szybko jak wypluwamy jesteśmy z paszczy snu w otchłanie rzeczywistości, bagatela. ostatnio zastanawiam się, czy to, że poznałam Selenę K. to sekwencja przypadkowych zdarzeń, w których jednak należałoby szukać jakiejś predestynacji, zbiegiem okoliczności czy celową krzyżówką dróg, słów, codzienności i dni. nie pamiętam momentu, który stał się przełomem do odkrywania kolejnych płaszczyzn, w których znajduje w niej cząstkę siebie, a może jej cząstkę we mnie.
chociaż ostatnio owija nas przyziemność, to.. to czasem zdawałoby się, że odkryłam jeden z zapachów, który uśmierza mój nihilizm i płodzi coś, o czym chyba wcześniej nie miałam pojęcia, nienamacalność wschodu słońca i gdyńskich rozmów.
Amen.
niedziela, 5 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz