środa, 15 grudnia 2010

162.

wdycham nieobecność rozpełzłą po ulicy, mieszkaniu i na wargach.
na wskroś przeszyta szarością. kładę się wcześnie spać z pół-strawioną przeszłością nienarodzoną i budzę się z ochłapami jakiegoś snu na powiekami, lekko sklejonych niepamięcią o minionej nocy.
świeżo spłodzone przeziębienie rozdrażnia bóle głowy.

to zabawne, ale chyba czasem człowiek potrafi stać się spersonifikowanym magazynem wszelakich emocji, które zabiera razem ze sobą. w ciszę.
opustoszałe szeregi tkanek pozostają niewzruszone, przelewa się krew napędzana miarowym stukotem serca, zwężone płuca krztuszą się zimnym powietrzem, które oblepia tym chłodem obojętności każdy przesmyk mięsa, w którym trwam niezłomnie od niespełna szesnastu dwunastomiesięcznych cykli.
beznamiętnie oglądam zaokiennie ptaki w spokojnym locie wklejone w tablicę błękitu nieba, unoszącą się pod okapem kuchennym parę, sentymentalne obrazy, stare filmy i albumy wspomnień.
chciałabym omamiona przeszłością w sennej halucynacji zamknąć się w niezmienności tego stanu.
tym czasem śnią mi się przypadkowi ludzie w incydentalnych szatach dnia.
wszystko jedno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie

Obserwatorzy